(Nie)wszystkie źródła inspiracji

Częściowo swoje powiedziałam TUTAJ, ale to jeszcze nie koniec.

 

 

Skąd przychodzi najlepsza inspiracja?

 

 

Ze “światła” czy z “mroku”?

 

 

Z odczuwania szczęścia, a może z nieszczęścia?

 

 

 

Czy twórca musi być nieszczęśliwy, żeby tworzyć?

 

 

Zawsze się nad tym zastanawiałam. Odpowiedź zawsze brzmiała: “nieszczęście to klucz”, a świat uporczywie to potwierdzał i potwierdza do dziś. Dlaczego mam wrażenie, że wielu “zapamiętanych” i uznanych artystów czerpało, i wciąż czerpie właśnie z “ciemnej strony mocy”? Z tego co ich gnębi(ło) i spędza(ło) sen z powiek?

 

Dlaczego to, co zwyczajnie dobre i pozytywne jakoś takoś nas nie pociąga? Nie budzi zaciekawienia i ekscytacji? Nie inspiruje?

 

 

Realia, a materiał i twórca

 

Świat, media i popkultura nas zepsuły, ot co. Lubujemy się w ekstremach, bo “fajnie coś takiego zobaczyć”, poczytać o tym, ale za nic w świecie nie chcielibyśmy tego przeżyć. Są emocje – może tylko w książce i na ekranie, a nie w naszym życiu, ale są. Jest strasznie, niepokojąco, ekscytująco. Taka “Gra o Tron”, niech będzie na przykład. Kto przeżyje? Kto będzie szczęśliwy? Czy im się uda? Jesteśmy żądni mocnych wrażeń i emocji, najlepiej z dwóch skrajnych biegunów. I tak, kiedy to tylko możliwe, serwujemy sobie emocje i przygody innych osób, bohaterów mniej lub bardziej nierzeczywistych historii. Potrzebujemy tego, bo w codzienności rzadko ryzykujemy na tyle, żeby przeżywać ekstremalne doznania. Trochę strach, no i po co tak ryzykować? “Bezpieczeństwo ponad wszystko”. Przecież jako gatunek chcemy zachować życie, a w ostatecznym rozrachunku przetrwać, ale nie chcemy się nudzić. Prawda?

 

Po to nam sztuka i rozrywka – kino, książki czy teatr. Bohaterowie tacy wyraziści, a historie przejmujące. Podobno najlepsze są te, które bazują na rzeczywistości, bo mają w sobie wystarczającą dozę autentyczności. Gwarantują katharsis o wielkiej mocy. ALE… Dla mnie ta rzeczywistość musi zostać poddana dekonstrukcji, bo w przeciwnym razie NIE pociąga. Gdy chcę realizm albo naturalizm, to wychodzę na ulicę. Ja potrzebuję modyfikacji. Sztuka MUSI odrywać mnie od zwyczajności, przenosić w inne światy, smakować nutami szaleństwa i dziwactwem. Kontrowersja wizualno-treściowa bardzo mi odpowiada, dopóki mieści się poza granicami kiczu. Gdzie są te granice? Wyczuwam intuicyjnie, choć wiem, że mój “nie-kicz”, może być czyimś kiczem…

 

A co z twórcami? Ci wszyscy “szaleńcy”, którzy tworzą, pociągają nas i inspirują, bo robią TO, na co większość nie ma odwagi. Wychodzą przed szereg i im się udaje. Ciężko wyjść “poza”, no nie? Jeszcze byśmy się wygłupili, ktoś mógłby niemiło skomentować, a tego nie chcemy. A może by tak puścić to luzem mimo uszu? To, co inni sobie myślą? Żeby to zrobić trzeba albo a) mieć naprawdę nierówno pod kopułą (ale kto ma “równo” i gdzie jest to “równo”?), b) mieć wszystko bardzo dobrze poukładane ze sobą. Ja dążę do tej drugiej opcji, lecz bez zatracenia dziwactwa, które we mnie siedzi. Czas wywalić zachowawczość do kosza!

 

 

Inspiracja. A może jednak jasność?

 

Ten mały obiekt  przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!
Ten mały obiekt przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!

 

Gdzie znajduje się moment czerpania ze “światła”? W tych rzadkich chwilach pełnego spokoju i szczęścia, a może raczej… gdy dochodzimy do odpowiedniego poziomu samorozwoju i wewnętrznego dobrostanu, i kiedy otaczają nas właściwi ludzie. Wtedy twórczość ma szansę rozkwitać, zyskuje dobre cechy i właściwości budujące. Inspiruje do dobrego, do postępu. Bo przecież jesteśmy w stanie zaoferować światu tylko to, co w nas siedzi… Tworzenie, to nic innego, jak wywalanie swoich “bebechów” na świat. Przerażające, prawda?

 

Czy są inne źródła niż wewnętrzny spokój? A są. Mogą być przebłyskami, chwilami. Stworzeniami dwu lub czworonożnymi, a nawet skrzydłymi… Niedawno “odkryłam”, a raczej przypomniałam sobie coś małego, naprawdę malutkiego: natura potrafi dać wielką inspirację, bo to życie samo w sobie, to inspiracja prosto z jasności. Czasem takich drobnych “odkryć” nie można dokonać bez namacalnego doświadczenia. Krwistoczerwone róże na klombie w ponurej dzielnicy? Krople deszczu w październikowe popołudnie? Głośny niepohamowany śmiech przyjaciela? Albo nowe, małe stwory pod opieką? Jakiś czas temu pojawił się w moim otoczeniu maleńki kot. Sprawia, że nie mogę się opędzić od twórczych myśli, nawet gdy Figa bezrefleksyjnie demoluje otoczenie (to znaczy gdy się cieszy). Myśli są wszędzie, nadchodzą w nieskończoność i łączą się z tymi o moich własnych kotach, mieszkających kawałek stąd. Ta malizna się nie zastanawia, nie jest zachowawcza, nie analizuje. Po prostu jest. Robi to, na co ma ochotę i zupełnie nie myśli o tym, że komuś mogłoby się to nie spodobać albo ktoś doznałby szoku. Przecież jest tak słodka, że wszystko się jej wybaczy… Też tak chcę – istnieć bez zbędnych przemyśleń, bo myślenie, Moi Drodzy, to ogólnie bardzo dobra rzecz, dopóki nie hamuje działania. Uczę się tego i nie ręczę za efekty!

 

 

Białe, czarne, białe

 

Zdarza mi się tworzyć różne rzeczy i wielokrotnie miałam okazję usłyszeć: “czemu w tym tyle przemocy?”, “zawsze tworzysz niepokojące historie”, “to jest bardzo mroczne”. Gdy czerpię z “mroku”, twórczość staje się pokręcona i nie da się w żaden sposób zakamuflować tych ciemnych plam, nawet jeśli obsmaruje się je lukrem. Nie ukrywam, że lubuję się w tym ciężkim, dramatycznym nastroju, ale… kiedy czerpię z radości i szczęścia, a energię mam na odpowiednim poziomie, powstają dobre i pozytywne treści. Czy ekscytują? Na pewno inspirują i niosą dobry przekaz. Gdzie w tym wszystkim miejsce na pazurek i nutę dramatyzmu? Znajdzie się, bo gdzie jest światło, tam czai się cień i na odwrót. Tak działa świat i nie ma tu przestrzeni na dyskusje. Wszystko ma “dwie strony medalu”. Obie nieustannie się przejawiają. Przecież to oczywista oczywistość i najprawdziwsza prawda. Tylko czy o tym pamiętamy?

 

 

No leć już, leć!

 

Jedno jest pewne – nie możemy czerpać z obojętności. Tylko silne emocje pozwalają tworzyć i prowadzą do postępu. U mnie wieje kreatywną pustką, gdy nie potrafię w sobie wzbudzić emocji i kiedy żadne mi nie towarzyszą. Gdy nikt ani nic mnie nie inspiruje… Gdy nic nie zachwyca. Gdy nikt nie zachwyca. Można próbować wzbudzać w sobie pomysły, wyciskać coś z siebie na siłę, ale to zawsze jest suche i beznamiętne. Czasem lepiej, żeby się waliło i paliło, o ile coś z tego powstaje, ale lepiej jest, gdy “świeci”, a w umyśle panuje zdrowy porządek. Zwłaszcza, że chaos zawsze znajdzie miejsce, żeby o sobie przypomnieć!

 

PSSst. W Krakowie panuje taka dziwaczna Grypa, FLU Twórcza się nazywa. Emanują prawdziwie twórczą energią! Ta Grypa to moja nowa inspiracja!

Alexander McQueen i te mroczne miejsca

Sukces czy porażka?

 

Jakiś czas temu obejrzałam film biograficzny “McQueen”, opowiadający drogę projektanta mody od trudnych finansowo początków (geniusz i talent przejawiał od zawsze) po spektakularny sukces i życie zakończone nieszczęśliwie, bo samobójstwem. Poza swoją marką “Alexander McQueen”, projektant tworzył kolekcje dla Givenchy czy Gucci, ale nie o tym będzie mowa… Nawet spektakularny sukces w swojej branży nie gwarantuje szczęścia, jak okazało się na jego przykładzie, a branża na pewno ma znaczenie. Moda, kino, teatr, muzyka to trudne “działki” – trzeba dać z siebie wiele, żeby coś osiągnąć. Trzeba się dosłownie obnażyć emocjonalnie i wewnętrznie, co wyczerpuje. Przecież silne emocje wyczerpują tak samo jak demaskowanie swojego wnętrza ku uciesze publiki. Czasem trzeba “się sprzedać”, żeby dojść na szczyt. Powiem Wam, jak to zrobić, jak już będę “po”. Wracając jednak do tematu… kiedy publika robi się gigantyczna, napięcie wzrasta i nigdzie nie można znaleźć spokoju. To musi być ciężkie i obezwładniające, zwłaszcza, gdy w pakiecie nosi się nieciekawe rany z dzieciństwa, a jakoś brakuje sposobu, żeby je zaleczyć.

Czy życie artysty naznaczone międzynarodowym sukcesem, zapisane na kartach historii można uznać za udane, za sukces? Nawet wtedy, gdy zakończyło się z woli głównego zainteresowanego, samobójstwem? To zależy od ambicji i aspiracji. Czuję, że mnie by takie burzliwe życie zadowoliło dużo bardziej niż spokojny żywot bez wzlotów i upadków. Nawet, gdyby było bardzo dramatycznie (lecz z umiarem). Kto wie, co przyszłość przyniesie i co sobie sama “ugotuję”? Ale… niezależnie od wszystkiego nie chcę żeby pożerał mnie…

 

…mrok 

 

Mimo całego swojego magnetyzmu, mrok jest ciężki do zniesienia. Męczy i przytłacza. Jeśli w nas siedzi, prędzej czy później znajdzie ujście…

 

Nie mamy pojęcia jak bardzo żarł od środka Lee McQueena. Można jedynie przypuszczać, patrząc na kontrowersyjne projekty i kolekcje Brytyjczyka – wykonane naprędce z taśmy klejącej albo innego “niegodnego uwagi” materiału lub z odpowiednim przygotowaniem i nabożnością z najlepszych surowców dla uznanych domów mody (ale i tak na ostatnią chwilę). Kicz? Czemu nie. Jego pomysły były piękne, przejmujące i niebywale charakterystyczne. Brzydkie? Kwestia gustu. Z jednej strony wychwalały kobiety, innym razem koncentrowały się na poniżeniu. Skrajności. Lee zdecydowanie był po stronie kobiet, nie przeciwko, choć media lansowały inną wizję. Media to zawsze pokażą jedyny słuszny obrazek dla mas. No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nieważne jak mówią, ważne, żeby mówili! Zadziałało, bo właśnie od kontrowersji wszystko się u McQueena zaczęło.

 

Lee w swoją pracę wkładał siebie. To była dla niego forma terapii. Tworzył bardzo autentycznie. Okropne doświadczenia z dzieciństwa? Stworzyły nieszczęśliwego geniusza. Chwała złu za to. Żart, nieśmieszny, wiem, ale McQueen to tylko jeden z wielu przypadków… Prawda jest taka, że mrok siedzi chyba w sercach wszystkich artystów (i nie tylko). Nikt nie jest “nieskażony”, czy to dzięki innym, czy na własne życzenie. Na chwilę obecną śmiem twierdzić, że to MROK jest najlepszą pożywką dla sztuki, a przynajmniej najlepszą pożywką dla tej naprawdę przejmującej twórczości.

 

Co z nim dalej zrobić?

 

Co ja w ogóle przez to rozumiem? Czym jest ten cały MROK, te mroczne miejsca?

 

To wszystkie negatywne uczucia, które w nas siedzą. To odczuwanie nieszczęścia, cierpienie różnego rodzaju, wewnętrzna pustka, zagubienie, samotność, złe wspomnienia, strach czy niepokój. Wszystkie te okropne, przytrafiające się nam w różnych okolicznościach smutki. Pytanie: spychać na peryferie świadomości, żeby zakwitły dorodnie? A może twórczo wyganiać? Pozbywać się i czerpiąc z tych smętnych wpływów, wyrzucać z siebie ciężkie treści, siejąc je dalej? Czy to moralnie dobre tak truć kolejne osoby? Ciężko ocenić. Zakładam, że rozum każdy posiada i świadomie wybierze kto i co będzie kształtowało jego poglądy i (pod)świadomość. Gorzej z tymi, co trafią przypadkiem i nie będą mieli jak się obronić… jakieś dzieci i tak dalej. No cóż.

 

Czyli lepiej jednak ciągnąć w stronę światła? Tak byłoby idealnie, tylko czy istnieje rzeczywistość idealna?

 

Nie w tym wymiarze.

 

 

PSSst. Niezły czaszko-rower, co nie? Jestem przekonana, że sam McQueen by takim nie pogardził!

PSsst 2. Ja dobrze wiem, jak czerpać z tego ciemnego, obiecuję sobie, że spróbuję i z jasnego!

Trzy słowa na S

…o Szczęściu, Słabości i Słodkości

 

Jak obstawiasz? To Góra Szczęścia, Słodkości czy Słabości?

 

Ponad nami Góra Szczęścia czy Słabości, a może po prostu Słodkości? Prawdopodobnie każde z osobna i wszystkie na raz

 

Sobota chyli się ku końcowi i czas najwyższy rozstrzygnąć ten trzysłowny spór, który pojawił się bez najmniejszego ostrzeżenia parę dni temu, kiedy przypadkowo (!) zamówiłam Czarny Las z wiśniami (a może Czarną Górę?)…

 

SŁODKOŚĆ

 

Czy odrobina Słodkości może zapewnić Szczęście? Chwilowe na pewno, ale co jeśli Słodkości robi się zbyt wiele? Już tak nie cieszy? Zaczyna się nudzić? Brzydnie? Z jednej strony powiem, że tak, a z drugiej, że nie. Są tacy ludzie, którym Słodkości nigdy za wiele i obawiam się, że należę do tej grupy. Zaobserwujcie mnie tylko w otoczeniu słodkich cudów, to zrozumiecie… Ale czy to może dać Szczęście? Wątpię. Wiem jedynie, że może zafundować chwilowe kulinarne zadowolenie, ale problemów na pewno nie rozwiąże. Gwarantuję. Może co najwyżej dołożyć nowych!

Specjaliści z Instytutu Holili Labiryntu Cudowności wyraźnie twierdzą, że nadmiar Słodkości może być zgubny i prowadzić do choroby oraz ogólnego osłabienia ustroju. Może nawet wpuścić do organizmu węża, co objawia się mocnym powiększeniem obwodu w rejonie brzusznym. W dalszych stadiach węże pojawiają się w innych miejscach, drastycznie zmieniając gabaryty delikwenta dotkniętego wężową przypadłością. Niełatwo się z niej wyleczyć. Zazwyczaj konieczne jest stosowanie specjalnych działań fizycznych wyganiających węże. Całkowite pozbycie się Słodkości, którą węże uwielbiają i zaimplementowanie specjalnego sposobu odżywiania odstraszy węże, ale pamiętajcie, że będą bardzo oporne! Lepiej w ogóle ich nie wpuszczać! Tak, wiem, że powinno być Słodycz, a nie Słodkość, ale w Labiryncie to JA dyktuję zasady.

 

SŁABOŚĆ

 

Czy Słodkość to najzwyklejsza Słabość? Tak. Nie. Nie wiem. Tak naprawdę to wiem, że tak. Umiłowanie Słodkości to objaw Słabości na wielu płaszczyznach, także tych głęboko osadzonych. Tak przynajmniej twierdzą Specjaliści z Instytutu Holili Labiryntu Cudowności. Nie będę się nawet z nimi kłócić. Pewno za karę zapisaliby mi jakąś specjalną kurację, więc milknę. Wniosek jest prosty – jeśli nadmiernie lubisz Słodkości oznacza to po prostu, że coś jest z Tobą nie tak (tak jak ze mną). Czego Ci brakuje, że się (nadmiernie) dosładzasz? Energii? Radości? Wolności? Składników odżywczych? Słodkości ze strony ludzkości? A może bliskości? Zdefiniuj problem, znajdź źródło i zwalcz! No chyba że ten rodzaj Słabości jest dla Twojej przyjemności (a na pewno jest) i wcale nie chcesz tego zmieniać. Poza tym… może niektórych Słabości najzwyczajniej nie da (chce) się zwalczyć?

 

SZCZĘŚCIE

 

Czy Szczęście ma coś wspólnego ze Słabością i Słodkością? Jestem przekonana, że tak. Szczęście można osiągnąć różnymi sposobami. Dostarczenie odpowiedniej dawki Słodkości na pewno jest jedną ze skutecznych (?), lecz krótkotrwałych metod. Jakby się zastanowić… Skoro ma działanie krótkotrwałe, to w rzeczywistości jest nieskuteczna, sorry. Słodkością więc szczęścia nie osiągniesz. Zastanówmy się więc, jakie metody na Szczęście się sprawdzą? Żaden mędrzec chyba jeszcze do tego nie dotarł. Wydaje się, że to kwestia jednostkowa. Każdego cieszy co innego, prawda? Nie ma uniwersalnego przepisu. Czy są takie elementy Życioskładanki, które muszą być ułożone, żeby pojawiło się Szczęście? W tej sprawie Specjaliści Holili Labiryntu Cudowności milczą z zawstydzeniem. Tego to chyba nigdy nie badali, a może wyniki jakieś niewspółmierne? Sądzę, że mam tu do powiedzenia więcej niż oni! Co jest pewne:

  1. Towarzystwo jest najważniejsze. Śmiem stwierdzić, że ludzie, których mamy obok najmocniej wpływają na nasz poziom szczęścia – w końcu stadne z nas stwory, co nie? Człowiek jest jakiś taki niedoszczęściony, kiedy nie ma się z kim dzielić (różnościami)
  2. Pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich trzeba się skupiać na przetrywaniu (tak, przetrywaniu) i zamartwianiu, więc nie można się zająć szczęściem. W skrócie – pieniądze są potrzebne. Im więcej, tym lepiej – nie żałujmy sobie
  3. Zdrowie? Kto by się tym przejmował? Na pewno nie młode pokolenie, choć od jakiegoś czasu eko-fit trendy trochę zmieniają sytuację. Sama zwracam dużą uwagę na zdrowie i formę fizyczną (czekoladą, Słodkością i winem niszczę się tylko czasami…). Kiedy boli i strzyka tu i tam, ciężko się skupić na odczuwaniu zadowolenia, dlatego bez zdrowia ani rusz
  4. Praca może zwiększać poziom szczęścia lub wyraźnie je od nas oddalać. Kiedy robimy to, co kochamy i jeszcze nam za to płacą, jest idealnie. Ja tam jeszcze nie dotarłam, ale kim bym się okazała, gdyby mi się nie udało? Wspinam się więc na gigantyczną górę, spadając co jakiś czas (bo grawitacja czy coś…). Trzy kroki w przód, dwa w tył
  5. Pasja – musi być i już. Brak pasji, interesującego hobby czyni życie dennym, a tak przynajmniej mi się wydaje, ale nie wiem (bo mam pasję i to niejedną)

 

SZCZĘŚCIE & SŁABOŚĆ

 

Co Szczęście robi w jednym worze ze Słabością? Czy jest między nimi jakieś powiązanie? Kiedy jesteśmy szczęśliwi, stajemy się słabsi, bo tracimy czujność? A może stajemy się silniejsi, bo ciężej zburzyć nasz spokój? Przyznam, że nie wiem, która opcja jest tą właściwą. Całkiem możliwe, że żadna albo obie na raz.

Nie mogę opędzić się od myśli, że Szczęście i Słabość idą w parze, kiedy mają coś wspólnego z ważnymi dla nas osobami. Ukochana osoba? Rodzice? Najlepszy przyjaciel? Dziecko? Każdy, kto przeczytał choć jedną książkę lub obejrzał jeden film, wie, jak to wygląda. Bohater staje na głowie i dałby się zabić, żeby tylko uratować lub odzyskać tę ważną osobę. Wystarczy ją po prostu podebrać, żeby zmanipulować naszego drogiego bohatera, zmusić go do czegoś, by osiągnąć swoje cele. Ile z tej idealistycznej fikcji występuje w rzeczywistości? Nie wiem jak to wygląda u Was, ale w moim wymiarze jest jak w książkach i filmach. To trochę utrudnia życie, ale też dodaje wrażeń, więc nie narzekam. Trzeba tylko dobrze rozpoznawać, kiedy warto, a kiedy ani trochę. Z tym też sobie radzę, ale dość o mnie. Idę stąd!

 

Trzy słowa na S

 

Jak rozstrzygnąć trzysłowny spór podsumowujący zdjęcie “zaśnieżonej” góry?

 

Słodkość

 

Szczęście

Słabość

 

W umiłowaniu Słodkości jest zarówno trochę Szczęścia jak i Słabości. Szczęście jest bardzo skomplikowane, a jego składowe mogą nas osłabiać i/lub zmuszać do heroicznych czynów. Słodkość to Słabość, która może przyzywać węże. Na co dzień z nią walczę, ale czasem po prostu nie da się oprzeć. Poza tym nie przesadzajmy, w końcu możemy zniknąć z tej planety w każdej chwili. Jak u Ciebie wygląda kwestia Słabości, Słodkości i Szczęścia?

 

Życzę Wam dużo Słodkości albo Szczęścia, ale na pewno nie Słabości!

 

 

 

PSsst. Ze słodyczy najlepszy boczek?

PSsst 2. To słońce to wszystko czyni piękniejszym, prawda? Ten soczek śliwkowy był naprawdę dobry, a to co na talerzyku to już w ogóle!

Alternatywny środek transportu (nie dla Ciebie!)

Cześć, olbrzymy! Co tam w Waszym wjelkim lecz małym świetzie?

 

U mnje doskonale. Śwjetnie się bawię, dużo wypoczywam. Właśnie zeskoczyłam z takjego kłującego wielgaśnego drzewa, które moje olbrzymy postanowiły przyjąć pod dach jakiś czas temu. Troszkę nabrudziłam, ale oni na pewno posprzątają. Nje o tym mjało być! Jaki środek transportu polecam?

 

Koty tak jak olbrzymy, mają różnorakie upodobania. Na pewno zauważyliście to na przykładzie swoich puchatych stworków. Żeby wyjaśnitź, o co mi chodzi, muszę opowiedzieć o kocistwie, z którym mjeszkam. Ta mała kicia całkowicie nje znosi czegoś, co ja szczerze uwjelbiam. Straszny z njej dzikus i myślę, że wielu moich współbraci reaguje jak ona. Nje chce z Wami bezpośredniego kontaktu, nje chce “zależnośtzi od olbrzymów”. Ja myślę inaczej, więc wszystzy mnje kochają!

Osobiście uwjelbiam, kjedy któryś z olbrzymów bjerze mnie na ręce i nosi w te i wewte. Wtedy czuję się, jakbym frunęła i mogę wyciągąć moje puchate łapki maksymalnie w przód i w tył.  Rozciągam się iii… fruuu, fruuuuuu! Mam darmową przejażdżkę, swój prywatny alternatywny środek transportu. Lubię być lekko kołysana i noszona po całym dostępnym terytorium. Podobno wyglądam wtedy jak Supercat. To bardzo wygodna pozycja. Poza tym… czy ktoś tu nie lubi być noszony?

Można wtedy obserwowatź śwjat z wysokośtzi. Napawam się, ale tylko dopóki olbrzym nje postanowi usiąść. Co to za przyjemnośtź siedzieć przytrzymywanym przez kogoś według jego zasad? Tego naprawdę nje lubię. To ja muszę panować nad sytuacją, a siedzący olbrzym to njepewny teren. Co jak przypadkiem mnje zgnjetzie tymi swoimi wielkimi odnóżami?

Nawet nje waż się siadać ze mną na rękach. Ucieknę! Jak bardzo chcę, to sama u kogoś usiądę, ale tylko jeśli nje zmjenia pozycji co kilka chwil. Tak czy siak – nje liczyłabym na ten zaszczyt… Jak przychodzę na ręce, to albo akurat mam na to ochotę, albo jakiś interes w zanadrzu. Proste, prawda?

 

Njektóre koteły w ogóle nje przepadają za kontaktem fizycznym. Wjecie dlaczego?

Ja wjem, ale nie powiem! (przynajmnjej nje teraz!)

 

A jak jezd z Wami, olbrzymy? Nosi Was ktoś w podobny sposób? Obawiam się, że nie macie takich luksusów jak ja.

Kjedy jezd Wam najwygodniej i najszczęśliwiej?

 

 

PSssst. Ładna jestem, prawda?

PSsst 2. Ja się TAK wyrażam. Jak Ci się pisownia nje podoba, to idź do domu (albo gdzie tam chcesz)