Gdzie znajdziesz lisie królestwo?

Lubisz lisy? Ja całkiem, całkiem i wiem, że na Ziemi jest co najmniej jedno lisie królestwo i…

 

… byłam tam. Czyli gdzie?

 

W Fushimi Inari-taisha (伏見稲荷大社).

 

Słyszeliście o tym miejscu? Możliwe, że nazwa nic Wam nie mówi na pierwszy rzut oka, ale taki widok na pewno spotkaliście w niejednej gazecie, w telewizji czy w Internecie:

I uwierzcie mi – zrobienie takiego zdjęcia graniczy z cudem, to kwestia sekund. Cyk i trzy sekundy później (i wcześniej) już ktoś włazi w kadr… no dobra, dwie. Japonia, ot co.

 

Ale o co chodzi?

 

Położona w Kioto shintoistyczna świątynia Fushimi Inari-taisha poświęcona jest bóstwu japońskiemu Inari, którego płci nie można jednoznacznie określić, ale kto by się tym przejmował? Możemy więc trafić na przedstawienia tego kami jako kobiety, mężczyzny, czy istoty androgynicznej, a wszystko zależy od miejscowych wierzeń. Umówmy się, że dla mnie będzie kobietą (takie małe babskie zboczenie).

Inari to patronka dobrobytu. Opiekuje się, m.in. ryżem, płodnością, powodzeniem, rolnictwem i przemysłem, dlatego wiele firm „sponsoruje” bramy torii (to coś na zdjęciu powyżej), licząc na biznesowy sukces. Informacje o firmach można odczytać z napisów na bramach, których w Fushimi Inari jest bez liku (aż żałuję, że nie próbowałam ich policzyć!).

 

Inari ma swoją świtę, do której należą białe lisy zenko (patrz poniżej). To dobre lisiątka, zwiastują bogactwo i przepych. Trzeba pamiętać, że Inari sama w sobie nie jest lisem!

 

Droga na szczyt?

W upalny letni dzień żar leje się z nieba, a wilgotne ciężkie powietrze oblepia i obezwładnia człowieka, który marzy tylko o hibernacji w basenie lub o litrach wlanej w siebie wody, nie wódy, moi Drodzy. Komu w taki dzień przyszłoby do głowy wspinanie się na tę względnie niewysoką (233 m n.p.m.), ale męczącą górę? Ano mnie i setkom innych osób. Warto wycisnąć z siebie litry potu i to niekoniecznie z wysiłku, by dotrzeć na sam szczyt zwieńczony świątynią. Może krótka modlitwa i wrzucona ofiara zapewnią upragniony dobrobyt?

Po drodze na szczyt trafimy na wiele kawiarenek, w których możemy odpocząć po uprzednim zakupie jednego z japońskich specjałów. Łatwo też natknąć się na automaty z napojami i ukochaną wodą, której cena wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości pokonanych schodów, a w wyższych partiach wynosi około 300 jenów (standard to jakieś 100 jenów).

Pić się chciało. Ludziska to wstydu nie mają… A może po prostu w Japonii brakuje koszy? Coś w tym jest… (ale to innym razem)

 

Czy to czasem nie Spirited Away?

 

Mimo, że odwiedziłam w Japonii wiele miejsc, śmiało mogę stwierdzić, że właśnie Fushimi Inari-taisha i tereny ją otaczające zajmują w moim sercu szczególne miejsce.

Ktoś tu lubi „Spirited Away”, słynne anime studia Ghibli?

Ja totalnie uwielbiam tę magiczną bajkę, pełną cudacznych stworów i nieprawdopodobnych miejsc, naszpikowaną japońskim folklorem. „Spacer” po Fushimi Inari to jak wejście do świata tej animacji. Człowiek może się poczuć, jakby utkwił gdzieś pomiędzy światem ludzi, a miejscem dostępnym jedynie dla kami, jakby znalazł się w strefie, w której wszelkie cuda są możliwe.

To całkowicie i dosłownie magiczne miejsce, inne niż wszystkie, w których kiedykolwiek byłam.

Każdy, kto postawił tam stopę i spróbował przedrzeć się przez kolejne piętra schodów, prawdopodobnie rozumie, co mam na myśli. Tam czas ustaje, a codzienność całkowicie zamiera. Można się w pełni wyciszyć i nawet tłumy turystów wszelkich narodowości (no, może wyłączając głośnych Chińczyków) nie są w stanie zburzyć spokoju, który osiąga się podczas trudnej drogi na szczyt.

Wspinaczka i medytacja w jednym? W Fushimi Inari to możliwe.

 

Lisy i ludzie… co lepsze? Chyba nie trzeba pytać. Pan na pierwszym planie jest subtelnie zdziwiony. Co zobaczył?

 

Nawet stacja kolejowa JR, na której wysiadamy, żeby udać się w tę niemal “pokutną” podróż pod górkę sygnalizuje nam, gdzie się znajdujemy. Dworzec jest obficie przyozdobiony bramami torii symbolizującymi przejście ze świata profanum do sacrum. Szkoda, że żadne zdjęcie się nie uchowało. Chyba trzeba ponownie odwiedzić Japonię!

W Japonii naprawdę wystarczy kilka wycieczek czy niewinnych spacerów, żeby zrozumieć istnienie rodzimego kultu shinto, który docenia wszelkie istnienie i przypisuje duszę przedmiotom będącym dla ludzi Zachodu jedynie martwą materią. Łatwo poczuć, że tam wszystko ma duszę. W Polsce tego nie znajdziesz!

 

Japonia to definitywnie kraj bogów.