Lubię siadać na jeżowcach. Dziennik pokładowy, część 1: wskazówki

 

Lubisz siadać na jeżowcach? Tak? Nie? Sam(a) nie wiem.

 

Jeśli jak ja jesteś fanem ekstremalnych doznań i silnych emocji, polecam przysiąść lub chociaż otrzeć się o jeżowca, najlepiej przez przypadek. Wtedy, znienacka, cieszy najbardziej. To niezwykłe doświadczenie potrafi pozostawić nietrwały ślad w postaci wyglądających na wysypkę kropeczek na Twoim pośladku/udzie czy gdzie tam chcesz. Jeżowiec może nawet wpuścić Ci jad! Najlepiej, kiedy parę kolców się wbije, przynajmniej jest co wybierać!

 

Tak, takie atrakcje mogą Cię spotkać na morzu. Jeśli masz pecha lub bywasz nieuważny(a) jak ja to nawet więcej niż raz!

 

Ta limuzyna grzecznie stoi w porcie znudzona… Za to ego właściciela musi być całkowicie zadowolone!

 

Niedawno spędziłam tydzień na jachcie (po raz pierwszy), w grupie świeżo poznanych ludzi. Mieliśmy wielkie szczęście, bo dopasowaliśmy się na tyle, że byliśmy w stanie funkcjonować bez kłótni i p(b)ijatyk na pokładzie. Mało tego, udało nam się osiągnąć porozumienie także w kwestii wspólnych finansów, destynacji i kolacji. Uważam to za sukces!

 

Ciasno ale własno, jak mawia klasyk!

 

Jaka była nasza trasa?

 

  1. Marina Alimos Kalamaki
  2. Przylądek Sunio
  3. Maleńka wyspa Kythnos
  4. Wyspa Poros
  5. Port Vathy na Półwyspie Methana
  6. Epidavros na Peloponezie
  7. Marina Alimos Kalamaki na zakończenie

 

 

 

 

Gdzie zaczynasz, tam kończysz. Proste prawo. Marina Alimos Kalamaki ma tę zaletę, że posiada bezpłatne prysznice i toalety na lądzie. Co prawda oferuje zimną wodę i drzwi bez zamków w rejonie ubikacyjnym, ale to zawsze miła odmiana dla klaustrofobicznej łazieneczki na pokładzie, gdzie wszystko, co nalane trzeba spuścić w dół siłą własnych mięśni. Tak, żeglarze spuszczają do mórz i oceanów wodę z mycia i mocz. Nie trzeba chyba wspominać, że papier toaletowy i inne śmieci wrzuca się do worka, a cięższe sprawy zaleca się robić na lądzie? No dobra, wspomniałam o tym, bo to ważne.

 

Marina Kalamaki nie posiada niestety w pobliżu przyzwoitych knajpek, w których można by zjeść grecką klasykę lub napić się dobrego frappé* w dobrej cenie, ale nie można mieć wszystkiego! Możemy się za to napić średniej kawy w wyższej = turystycznej cenie w Dia Noche, gdzie panuje całkiem nieturystyczna metoda obsługi klientów… albo właśnie turystyczna? Jakkolwiek by jej nie określić, podsumowanie zawiera się w prostych acz wymownych słowach “byle jaka”.

 

Ostatni wieczór w marinie Kalamaki uświetnił naprawdę malowniczy zachód słońca!
Ach te zachody słońca! Można się rozmarzyć!

 

Jak to się robi na jachcie?

 

Płyniesz w świat pierwszy raz? Jeśli tak, to sprawdź poniższe wskazówki:

 

  1. Na pokładzie robimy wspólny budżet na okrętowe paliwo, postoje w portach i zakupy żywnościowo-niezbędne. Błogosławiony skarbnik zarządza całym funduszem. Czasem nawet ochotnik zgłasza się sam z siebie!
  2. Gdziekolwiek się przemieszczasz, trzymaj się choć jedną ręką. Gdy fale zarzucają łódką, łatwo o siniaki, wywrotki, ofiary w ludziach i przedmiotach.
  3. Nie schodź pod pokład w trakcie podróży chyba, że masz bardzo pilną potrzebę, żelazny żołądek albo upośledzony błędnik. Zdrowe błędniki gwarantują nudności!
  4. Oszczędzaj wodę, bo więcej niż w zbiornikach nie będzie, chyba że dobijecie do portu.
  5. W trakcie rejsu nie doładujesz swojego sprzętu elektronicznego, chyba że ładowarką samochodową. Przecież nie jesteś na lądzie! Nie ma co liczyć na standardowe napięcie w gniazdkach!
  6. Warto mieć ze sobą buty do wody (chyba, że uwielbiasz stawać na jeżowcach), maskę i rurkę do nurkowania (dla dobrych podwodnych widoków).
  7. Trzeba zabrać więcej niż jeden strój kąpielowy i dużo kremu do opalania.
  8. Nawet gdy buja, możesz gotować wodę albo inne frykasy, bo kuchenka w mesie ma specjalne uchwyty. Mimo wszystko nie polecam z przyczyn żołądkowych!
  9. Nagłe wstawanie po przebudzeniu do pozycji “siedzącej” może się skończyć guzami. Sufit jest bardzo blisko powierzchni Twojego łóżka.
  10. Jedz przed wypłynięciem. Wtedy wszystko staje się łatwe, przyjemne i strawliwe.
  11. Nie warto pływać wokół jachtu podczas postoju – wszystko co wypłynie z łazienek jest w pobliżu!
  12. Dokładne sprawdzenie pieniędzy otrzymanych w kantorze jest ważne! Dostałam 5 hrywien zamiast 5 euro, ale zorientowałam się dopiero w Grecji… Dobrze, że “pomyłka” nie dotyczyła 50 euro!
  13. Gdy otwierasz lodówkę, zawsze trzymaj uchwyt jedną ręką, w przeciwnym razie pokrywa spadnie i obije Ci drugą rękę. Sama sprawdzałam!
  14. Zawsze sprawdź(cie) na początku, czy wszystkie zbiorniki, światła i inne funkcje jachtu są w doskonałej kondycji, żeby zminimalizować przykre przygody i ewentualne przepychanki przy oddawaniu łodzi.
  15. Pamiętaj o jednej parze zabudowanych butów. Mogą się przydać, gdy rozwalisz sobie palec albo chcesz się bezpiecznie wspiąć na górę!

 

Przygód nie brakowało, oj nie i zabudowane buciwo się przydało!

 

To chyba wszystko w temacie podstawowego przetrwania na jachcie i niezbędnego ekwipunku. Jakby Cię coś jeszcze gnębiło, wal śmiało!

 

Będzie więcej!

 

 

* Co ciekawe frappé* powstało właśnie w Grecji, kiedy jeden pracownik Nestlé z braku laku ukręcił kawę rozpuszczalną z duuużą pianką na zimnej wodzie!

 

PSsst. Do miejsca ze zdjęcia wyróżniającego nie dotrzesz inaczej niż jachtem/katamaranem etc. To urokliwe maleństwo leży gdzieś na środku morza!

Dragon Hills SPA – dom w pigułce?

Jest czwarta nad ranem w sobotnią noc (a może noworoczny “świt”?). Wychodzisz właśnie z klubu ze znajomymi. Jesteście zmęczeni dzikimi pląsami polewanymi litrami alkoholu. Marzysz o kilku rzeczach. No właśnie, o czym?

  • o śnie?
  • o wannie lub prysznicu?
  • o jakimś “zdrowym” nocnym szamaniu, np. o kebabie?
  • o relaksie rodem ze SPA?
  • a może po prostu o tym, żeby domownicy nie zobaczyli Cię w tym stanie?

Najlepiej, gdyby dało się zrealizować wszystko na raz i to za nieduże pieniądze, prawda?

 

To możliwe, tylko trzeba wiedzieć gdzie

 

No i tu pierwsze rozczarowanie: niestety nie w Polsce.

Nic mi nie wiadomo o tym, żeby w Polsce istniało takie miejsce, niedroga restauracjo-myjnio-sypialnia, do której możesz wejść i za parę złotych przenocować (jedzenie dodatkowo płatne). Szamponik, mydło, ręcznik i ubranie wliczone w opłatę za wstęp. Żyć, nie umierać.

Takie atrakcje znajdziesz za to w Korei pod groźnie wyglądającą nazwą jjimjilbang (찜질방), która oznacza łaźnię parową. Za mniej więcej trzydzieści złotych możemy spędzić w niej do dwunastu godzin bez przerwy. Tak to przynajmniej wygląda w jednej z najbardziej popularnych łaźni w Seulu, czyli w Dragon Hills SPA.

Guano z pomarańczą, ale robi wrażenie. W Azji ludzie chyba lubią guano.

Co relaksującego oferujecie?

 

“Na Smoczych Wzgórzach” spędziłam leniwe godziny, mocząc się w basenach z wodą o różnych właściwościach i pocąc się radośnie w kilku rodzajach sauny. Na wszelki wypadek dodam, że w części „wodnej” chodzimy jak nas Bozia stworzył, a przed wejściem do któregokolwiek basenu należy się umyć pod prysznicami niedaleko wejścia do łaźni (po to nam to mydełko i szamponik). To obowiązkowe! Nie przynośmy wstydu białej rasie, wskakując do basenu na hurra i bez pomyślunku. Strefa z basenami, czy też wannami, jest podzielona ze względu na płeć, więc nie trzeba się obawiać pożądliwych spojrzeń płci przeciwnej. Nie można też wnosić telefonu (kto by pomyślał?). W damskiej strefie mamy dwie sauny, jedną aromatyczną, wilgotną i bardzo przyjemną oraz drugą niemożebnie gorącą, suchą i zabójczą. Byłam w stanie wytrzymać tylko przy podłodze i to kilka chwil, ale trzeba pamiętać, że ja z tych, którzy źle znoszą nadmierny upał.

Chłopaki leżą – smartfon to mus. Na wypadek gdybyś miał wątpliwości – w tej sali są też gigantyczne telewizory ścienne, ale panowie po prostu zalegają.

W części „parowej” i bardziej publicznej nosimy strój wręczony przez obsługę, specjalną piżamkę (patrz powyżej). Tam też możemy zobaczyć się z naszymi znajomymi płci przeciwnej (patrz powyżej). Niektóre sauny wyglądają jak nieduże paleniska, inne przypominają grobowce (patrz poniżej). Dwie piramidy, z których w jednej unosi się woń różnorakich ziół, to moje faworytki!

Tak, tam naprawdę wszystko jest żółte, złote, prawie że gotowane. Na bogato? A może po prostu ma nam być “cieplej”?

Jest też mroźne pomieszczenie, gdzie możemy zobaczyć się z bałwankiem. Tam to dopiero jest chłodzenie, przed kolejną sesją w “piecu”. W niektórych gorących komnatach kamienie parzą stopy, a przed wejściem do środka widnieje komunikat, że nie należy wchodzić boso, ale kto by tam przestrzegał reguł, no nie?

Pingwiny zapraszają!

Największe wrażenie robi gigantyczny piec (podobno sauna, phi), w którym temperatura osiąga taką wartość, że ja osobiście mogłam tam jedynie wbiec i po całej sekundzie uciec, przeklinając ból wywołany temperaturą. Moje towarzystwo wytrzymało dłużej, bo ponad 10 sekund – to zacne osiągnięcie. Kto podejmuje wyzwanie?

Ciekawe jaki jest rekord i ile wytrzymują tam Koreańczycy? Warto wskoczyć choć na chwilę do “pieca” i sprawdzić swoje możliwości.

 

Strawa

 

Gdyby naszedł Cię nagły głód, możesz posilić się na przykład… zestawem trzech jajek na twardo.

Co zawiera? Jajko standard, wędzone i z ognia (prawdopodobnie grillowane). Każde smakuje inaczej. Wyraźnie czuć ich nietuzinkowy smak. Polecam spróbować, jeśli ktoś będzie miał okazję. To nie tylko pożywna, ale też interesująca przekąska. Z przyczyn wymienionych powyżej nie udokumentowałam jedzonka.

Kto oglądał koreańskie dramy, skojarzy wszystko – jajka, ubrania, sale do spania i przesiadywania, i tak dalej. Na wypadek, gdybyś nie miał ochoty na jajka dostępne w „strefie wodnej” (czyli tam gdzie biegamy nago), masz jeszcze okazje zjeść koreański specjał w jednej z restauracji w „strefie parowej”. Do wyboru do koloru – konkrety, porządne dania (m.in. ryż z omletem i keczupem na wierzchu, nie pytaj… i inne takie), a także dobre desery, jak lodowe smakołyki z mango. Czym byłoby życie bez dobrego deseru po wysiłku?

 

Więcej niż możesz sobie wyobrazić

 

Dragon Hills SPA to nie tylko sauny i baseny uzdrowiskowe. W rzeczywistości to kilkupiętrowy kompleks relaksacyjny z iście wyspiarskim klimatem. Przemiła ahjumma chętnie udzieli nam masażu czy innego zabiegu pielęgnacyjnego za dodatkową opłatą – ja dziękuję, ale może Ty?

Na ostatnim piętrze można sobie pośpiewać na karakoe i napić się godnego trunku z procentami. Bar wydaje się być całkiem na poziomie, a wszystko pod dachem z najprawdziwszego nieba. Jest też basen, ale tam już pływamy w strojach kąpielowych! Koniec z golizną, wdzięki zostały docenione.

Uwierz, to basen pod gołym niebem. Całkiem milusio, nie sądzisz?

Dla uzależnionych od elektroniki nie zabraknie atrakcji w postaci telewizji czy automatów do gier. Ilość? W opór.

 

Szara, tj. miętowa rzeczywistość

 

Tylko czy po imprezie myślimy o tym wszystkim? Nie do końca.

Po libacji prawie każdy chce spędzić szczęśliwe chwile w pozycji horyzontalnej – co jest możliwe w leżakowniach, oczywiście na podłodze (w Azji jesteśmy, ludki drogie!). Podłoga potrafi być naprawdę wygodna.

Dragon Hills SPA i inne jjimjilbangi polecają się strudzonym wędrowcom i podpitym imprezowiczom. Gdyby z jakiegoś powodu przepadł Ci nocleg, łaźnia parowa Cię uratuje, no chyba, że akurat wylądujesz na Jeju, ale to już inna historia…

Koniecznie odwiedź Dragon Hills SPA, jeśli będziesz w Seulu. Tanio i przyjemnie. Niecodzienne doświadczenia gwarantowane!

Wystarczy, że wysiądziesz na stacji metra w Yongsan-gu. Wrzucam obrazek, bo obrazki mówią więcej, niż 1000 słów. Nie musisz dziękować.

Wszystko, co może się wydarzyć, gdy wsiądziesz do autobusu

Uroki podróży transportem publicznym – cz. 1

 

Umęczony kilkugodzinną górską wspinaczką włóczykij wsiada z plecakiem do autobusu, układa się do snu i przysypia. Może dzięki temu będzie mógł jechać bez dodatkowego towarzystwa tuż obok i się wyśpi? Taką ma nadzieję. Autobus rusza. Nikt nie siada obok. To będzie dobra podróż.

– No wiesz, jestem tłumaczem. Niedawno zacząłem współpracę z Instytutem Konfucjusza. Wiesz, jak okropnie przetłumaczona jest jedna z książek, którą tam znalazłem? Tłumacz google lepiej by to zrobił. Dobrze, że tam trafiłem, zrobię porządek.

Autobusowy relaks włóczykija zakłóca przemądrzały głos młodego mężczyzny siedzącego nieopodal. Mądrala gada jak najęty, pozwalając swojej rozmówczyni jedynie na pojedyncze słowa.

– Acha, acha.

– Będą mi wdzięczni. Jestem dokładny i znam się na rzeczy. Jeździłem trochę po Azji, wiesz? Mam dużo wiedzy praktycznej. To ważniejsze niż suche studia. Dzięki nim trafiłem do Konfucjusza, ale podróże są nieocenionym doświadczeniem. W Azji Południowo-Wschodniej byłem chyba wszędzie.

– Coś o tym słyszałam.

Włóczykij próbuje spać, lecz głosy pasażerów to utrudniają. Mieszają się, tworząc bohomaz fabularny. Nowy głos wchodzi na scenę. Odzywa się starsza pani.

– Kup masę makową z Biedronki.

– Jak byłem w Tajlandii, to były wielkie trzęsienia ziemi, wiesz? Naprawdę poważne. W Polsce, na Śląsku też się zdarzają, ale to co innego, bo to tylko tąpnięcia. Wiesz?

– Tak. Nasza polska energetyka w dużej mierze wciąż opiera się na węglu. Trzeba to zmienić.

– Święte słowa. Ale patrz, co byśmy zrobili bez węgla w Polsce? Nie byłoby rozwoju, nie byłoby autobusów. Jak byśmy podróżowali…? Gdyby nie ten węgiel…

– Nie, nie, śmietanę już kupiłam, ale weź jeszcze cukier.

Rozlega się głos młodej kobiety:

– Może jakimiś tunelami powietrznymi?

– Tylko wtedy trzeba by było płacić jeszcze za powietrze.

– I śliwki suszone.

Majaki senne włóczykija przybierają kształty suszonych śliwek, wciąganych przez powietrzne tunele przenoszące je w nowe miejsca. Po każdej podróży śliwki przykładają do specjalnych czytników karty kredytowe. Śliwki występują w najróżniejszych konfiguracjach: noszą opakowania z cukrem, wirują w makowym jeziorze lub wylegują się na tajskich plażach.

– Jak przyjadę, upieczemy sernik.

– …na początku myślałem, że nie nauczę się tych tonów. Dużo czasu zajęło mi zapamiętywanie, jak wymawiać poszczególne słowa i zdania, ale gdy przebrnąłem przez pierwsze trudności, zakochałem się w chińskim. Byłem najlepszy na roku. To pozwoliło mi wyjechać na roczne studia w Chinach. Wiele się nauczyłem. Ludzie są tam niezwykle gościnni. Brakuje mi tego miejsca.

– To co tutaj robisz?

– Jadę, jadę.

Słychać głos starszej pani.