To mogłaby być filmowa historia…

 

… filmowa historia bez happy endu, bez dodatków i osładzaczy. Życiowa, trochę brutalna i skłaniająca do refleksji.

 

Sprawdzisz?

 

 

Dwóch bezdomnych rozmawia. Poświęcają sobie pełną uwagę. Najzwyczajniej w świecie szczerze ze sobą rozmawiają. Jeden ma dużą butelkę wody, plastikową, bez etykiety. Pewno od kogoś dostał albo skądś wygrzebał, w każdym razie ma się czego napić. Pije, podaje koledze, a ten się częstuje. Nie krzywią się, więc to nie wódka. Dalej rozmawiają. Nie mają smartfonów, w które by się gapili. Tak bardzo NIE MAJĄ, że poniekąd są naprawdę wolni. Nie wiszą nad nimi zobowiązania, nie muszą troszczyć się o swój materialny „dobytek”. Wolni… Nie sądzisz?

Nie ma sposobu kontroli kogoś, kto niczego nie posiada, bo cóż więcej można mu zabrać?

Kawałek wcześniej stoi młody chłopak z głową tak zwieszoną nad telefonem, że aż przypomina słynne „f”. Kawałek później stoi pan około pięćdziesiątki z małym pieskiem na smyczy, radośnie defekującym na trawnik. I tyle. To wszystko. Taka to oto filmowa historia, a raczej scena. Kilkusekundowa.

 

Nic takiego? Nieznaczące? To naprawdę mogłaby być BARDZO symboliczna i niezła scena.

 

Tak jakoś mam, że często obserwuję świat z perspektywy “reżysera” lub też “scenarzysty”. Miłość do kina jest wieczna.

 

Co my tu mamy?

 

Młody z telefonem – symbol upadku i dezintegracji współczesnych relacji oraz narastającej samotności. Taka smaczna degrengolada i problemy z kręgosłupem na starość. Pieśń przyszłości!

 

Bezdomni – symbol przeszłości, starych czasów. Wykluczeni, niemodni, nie wpisują się w nowoczesny kolorowy obrazek. Zachowują się jak ludzie przeszłości – potrafią poświęcić pełną uwagę, zaopiekować się kimś nawet, gdy sami niewiele mają. W obecnym standardzie występuje raczej znieczulica. Panowie są całkowicie poza nawiasem, “niewidoczni” niczym pariasi, bo są bezdomni, a może… dlatego, że nie przystają? Są poza wszech-kontrolującą technologią. Szczęście czy przekleństwo? Trudno jednoznacznie ocenić.

 

Pan z pieskiem – smycz cywilizacji. Kredyty, wielkoekranowe telewizory, świetne samochody, etaty (z domieszką gówna w tle, jak na załączonym obrazku). To jest cywilizowane, to jest dobre. Co by się stało, gdyby odebrać te wszystkie obiekty, te elementy definiujące? Co gdyby zniknęły fajne gadżety, wygodny dom, modne pieski, najnowszy model samochodu? Pojawiłaby się… Pustka? Rozpacz? Dezorientacja? Poczucie bezsensu? Przerażenie? Pewno niejedno z tych uczuć. Cóż. Jeśli ktoś definiuje się poprzez obiekty, gdyby je wszystkie stracił, mógłby stracić też tożsamość. Bolesne i przerażające. Prawda?

 

Sama jeszcze nie mam dość odwagi, żeby się w pełni odciąć. Występuję na elektronicznej smyczy, występuję w społeczeństwie, standardowo, niby zwyczajnie. Mam parę przedmiotów tu i tam. Przydają się. Jest wygodnie, nie ma co narzekać. Smycz też jest, bo bez niej to jakoś dziko i nieswojo. Ale obserwuję, myślę, działam. Zmieniam i udziwniam.

 

Czy przekraczam swoje granice i mówię “papa” najlepszemu przyjacielowi Komfortowi? Czy powinnam je przekraczać?  Czy to w ogóle ważne?

 

 

Dużo pytań, a ile odpowiedzi?

 

Lubię je przekraczać. Zdarza mi się ryzykować – z różnym wynikiem. W ten sposób się uczę. I szukam. Lubię też dobrze się wyspać i kiedy jest mi wygodnie…

 

 

Jak właściwie jest lepiej?

 

 

Wygodnie i zwyczajnie, bez ekstremy i bezpiecznie?

 

 

A może w pełni ryzyka? Rzuć wszystkim i ucieknij na bezludną wyspę.

 

 

 

Jeśli kiedyś do tego dojrzeję, to Wam powiem, która opcja lepiej się sprawdza (przynajmniej dla mnie). A nie, zaraz, zaraz. Nie powiem, bo przecież się odetnę. Może napiszę list i wetknę go w butelkę?

 

 

PSSst. Listy są fajne. Może jakiś napiszę i wyślę do… no właśnie, do kogo?

To nie kraj dla kinomanów!

Mój Wskaźnik Pokręcenia spadł ostatnio do krytycznie niskiego poziomu. To niechybny znak, że nadszedł czas na dawkę… osobliwości?

Jak zwał, tak zwał.

Zapewniam, że w to konkretne “dziwactwo”, ciężko będzie Ci uwierzyć!

 

Zaraz, zaraz, gdzie to byliśmy?

Miałam chyba bzdurzyć o tym, że to naprawdę nie jest kraj dla kinomanów, zapewniam Cię!

Ale jaki kraj?

 

Zabawmy się troszkę i zacznijmy od pytania. Z czym kojarzy się Japonia, no z czym?

Zzzzz…

  • technologią
  • rozwojem
  • innowacyjnymi rozwiązaniami w różnych dziedzinach
  • niecodziennymi pomysłami
  • krajem ze światowej czołówki?

Takie skojarzenia mają sens. Prawdopodobnie nikt nie pomyśli “zacofane miejsce”, „jeden z ostatnich krajów w kolejce”.

W kolejce do czego?

 

Nawet Japonia jest czasem w tyle

Od czasu do czasu ucinam sobie pogawędki z zaprzyjaźnionym reżyserem niezależnym z Tokio. Rozmawiamy o starych i nowych filmach. Jednego z wielu razów pochwaliłam się:

Ja

– Byłam w kinie na „Przełęczy ocalonych”. Już podsyłam linka.

Reżyser

–  Aaa, to ten film. Też chcę go obejrzeć. Zobaczmy, kiedy będzie w Japonii.

Ja

– Nooo, scrolluję i scrolluję, i…

Reżyser

– Oooo, jest! Czerwiec! Tylko osiem miesięcy później niż w Polsce.

Ja

– No widzę właśnie. Już przestało mnie to dziwić, ale… to przegięcie!

Reżyser

– Znów z tobą przegrałem!

W Polsce i Japonii równocześnie rozbrzmiewa śmiech.

Ja

– Przecież to taki głośny film…

Reżyser

– Nawet Peru, Turcja czy RPA są wcześniej.

Ja

– Dlaczego tak jest?

Reżyser

– Też chciałbym to wiedzieć. W kinach mamy bardzo dużo nowych filmów i animacji japońskich, całą masę historyjek dla młodzieży. Kino zagraniczne to niewielki ułamek w porównaniu z rodzimą produkcją. Premiera jest “na czas” tylko wtedy, gdy akurat gwiazdy jakiegoś najnowszego hitu odwiedzają Japonię, żeby promować film albo kiedy film ma szansę na duży sukces w Japonii, albo jeszcze wtedy, gdy jest jakieś dłuższe wolne, na przykład przerwa letnia. Wtedy japońska premiera zachodniego filmu ma szansę na niewielkie opóźnienie, a w niektórych przypadkach jest na czas.

Ja

– Premiera “na czas” dotyczy głównie wielkich hollywoodzkich produkcji, prawda?

Reżyser

– Tak. Filmy akcji, filmy o superbohaterach i tak dalej trafiają do naszych kin szybciej. Nie przepadam za tym, wiesz dobrze.

Ja

– Rozumiem.

Reżyser

– Są też filmy oscarowe, ale praktycznie nigdy przed przyznaniem nagród. Nagrodzone filmy trafiają do kin w kwietniu, maju albo później. To zależy. Sądzę, że “Przełęcz ocalonych” będzie nominowana, dlatego premiera dopiero po Oscarach.

Ja

– To jest straszne. Boję się wrócić do Japonii, bo będę totalnie nie na bieżąco z kinem.

Japończyk się śmieje.

– Mamy dużo festiwali filmowych i pokazów naprawdę starych filmów.

– Racja, to jest super. W Polsce nie mogę na to za bardzo liczyć. Nowe kino jest trochę słabe. Może powrót do Japonii nie będzie jednak taki bolesny filmowo?

 

Tak się sprawy mają w Japonii. Opóźnienie premier filmów zachodnich w Japonii czasami graniczy z absurdem.

Jak to możliwe, że kraj tak bardzo rozwinięty ma problem z dostępem do zachodniej kultury popularnej? To dziwne. Japończycy naprawdę wierzą w swój kraj i kulturę, i mocno wspierają własne dzieła. Czy to stąd stosunkowo niewielka ilość filmów zachodnich i znaczne opóźnienia w dystrybucji? Może tłumaczenie na japoński też ma na to wpływ?

Skoro prawdziwy japoński kinoman nie zna przyczyny opóźnień, to ja tym bardziej nie muszę, ale na pewno porządnie się zastanowię, zanim wrócę do Kraju Kwitnącej Wiśni na dłużej.

 

Tymczasem – lecę do kina. Niech moc będzie z Tobą!