To nie kraj dla kinomanów!

Mój Wskaźnik Pokręcenia spadł ostatnio do krytycznie niskiego poziomu. To niechybny znak, że nadszedł czas na dawkę… osobliwości?

Jak zwał, tak zwał.

Zapewniam, że w to konkretne “dziwactwo”, ciężko będzie Ci uwierzyć!

 

Zaraz, zaraz, gdzie to byliśmy?

Miałam chyba bzdurzyć o tym, że to naprawdę nie jest kraj dla kinomanów, zapewniam Cię!

Ale jaki kraj?

 

Zabawmy się troszkę i zacznijmy od pytania. Z czym kojarzy się Japonia, no z czym?

Zzzzz…

  • technologią
  • rozwojem
  • innowacyjnymi rozwiązaniami w różnych dziedzinach
  • niecodziennymi pomysłami
  • krajem ze światowej czołówki?

Takie skojarzenia mają sens. Prawdopodobnie nikt nie pomyśli “zacofane miejsce”, „jeden z ostatnich krajów w kolejce”.

W kolejce do czego?

 

Nawet Japonia jest czasem w tyle

Od czasu do czasu ucinam sobie pogawędki z zaprzyjaźnionym reżyserem niezależnym z Tokio. Rozmawiamy o starych i nowych filmach. Jednego z wielu razów pochwaliłam się:

Ja

– Byłam w kinie na „Przełęczy ocalonych”. Już podsyłam linka.

Reżyser

–  Aaa, to ten film. Też chcę go obejrzeć. Zobaczmy, kiedy będzie w Japonii.

Ja

– Nooo, scrolluję i scrolluję, i…

Reżyser

– Oooo, jest! Czerwiec! Tylko osiem miesięcy później niż w Polsce.

Ja

– No widzę właśnie. Już przestało mnie to dziwić, ale… to przegięcie!

Reżyser

– Znów z tobą przegrałem!

W Polsce i Japonii równocześnie rozbrzmiewa śmiech.

Ja

– Przecież to taki głośny film…

Reżyser

– Nawet Peru, Turcja czy RPA są wcześniej.

Ja

– Dlaczego tak jest?

Reżyser

– Też chciałbym to wiedzieć. W kinach mamy bardzo dużo nowych filmów i animacji japońskich, całą masę historyjek dla młodzieży. Kino zagraniczne to niewielki ułamek w porównaniu z rodzimą produkcją. Premiera jest “na czas” tylko wtedy, gdy akurat gwiazdy jakiegoś najnowszego hitu odwiedzają Japonię, żeby promować film albo kiedy film ma szansę na duży sukces w Japonii, albo jeszcze wtedy, gdy jest jakieś dłuższe wolne, na przykład przerwa letnia. Wtedy japońska premiera zachodniego filmu ma szansę na niewielkie opóźnienie, a w niektórych przypadkach jest na czas.

Ja

– Premiera “na czas” dotyczy głównie wielkich hollywoodzkich produkcji, prawda?

Reżyser

– Tak. Filmy akcji, filmy o superbohaterach i tak dalej trafiają do naszych kin szybciej. Nie przepadam za tym, wiesz dobrze.

Ja

– Rozumiem.

Reżyser

– Są też filmy oscarowe, ale praktycznie nigdy przed przyznaniem nagród. Nagrodzone filmy trafiają do kin w kwietniu, maju albo później. To zależy. Sądzę, że “Przełęcz ocalonych” będzie nominowana, dlatego premiera dopiero po Oscarach.

Ja

– To jest straszne. Boję się wrócić do Japonii, bo będę totalnie nie na bieżąco z kinem.

Japończyk się śmieje.

– Mamy dużo festiwali filmowych i pokazów naprawdę starych filmów.

– Racja, to jest super. W Polsce nie mogę na to za bardzo liczyć. Nowe kino jest trochę słabe. Może powrót do Japonii nie będzie jednak taki bolesny filmowo?

 

Tak się sprawy mają w Japonii. Opóźnienie premier filmów zachodnich w Japonii czasami graniczy z absurdem.

Jak to możliwe, że kraj tak bardzo rozwinięty ma problem z dostępem do zachodniej kultury popularnej? To dziwne. Japończycy naprawdę wierzą w swój kraj i kulturę, i mocno wspierają własne dzieła. Czy to stąd stosunkowo niewielka ilość filmów zachodnich i znaczne opóźnienia w dystrybucji? Może tłumaczenie na japoński też ma na to wpływ?

Skoro prawdziwy japoński kinoman nie zna przyczyny opóźnień, to ja tym bardziej nie muszę, ale na pewno porządnie się zastanowię, zanim wrócę do Kraju Kwitnącej Wiśni na dłużej.

 

Tymczasem – lecę do kina. Niech moc będzie z Tobą!

Coś poszło nie tak… L’air de Panache się nie zmieści!

Zaraz, zaraz. Ktoś tu powiedział L’air de Panache?

 

Ścieżki, którymi podążamy, mogą nas zaprowadzić w niezwykłe miejsca. Powinniśmy się spodziewać naprawdę wszystkiego, na przykład…

 

… co jeśli nagle przyjdzie nam trafić do Japonii na kilka miesięcy? Poczujemy radość? Niepewność? Obawę? Nieważne, bo niezależnie od wzniosłości takiej podróży, trzeba pamiętać o przyziemnościach.

W kraju o tak odmiennej kulturze może nas zdziwić praktycznie wszystko, na przykład wizyta na poczcie…

 

L’air de Panache? To się nie uda!

 

Pan Gustave H., prawdziwa dusza Grand Budapest Hotelu nie rozstawał się ze swoimi perfumami. Nawet w najgorszych chwilach życia myślał tak naprawdę jedynie o swoim wyszukanym zapachu (ale nie będę spojlerować). Swoją drogą szkoda, że po premierze filmu nikt nie wypuścił takiej linii perfum… Brałabym od razu. L’air de Panache go definiowały i wielu z nas ma pewno swoją alternatywę tego cudeńka.

Jak tu się obejść bez niego tysiące kilometrów od domu, na drugim końcu świata? Nie da się, musi zostać wysłany. W końcu dociera, masz go, ale…

 

Niespodzianka!

 

Beztroskie dni w upalnym Kraju Kwitnącej Wiśni dobiegają końca. Nie wiesz, czy się cieszyć, czy płakać. Zmęczyła Cię już trochę Twoja inność, tęsknisz za ludźmi, którzy zostali w kraju. Czas spakować graty i ruszyć przed siebie. Więc trafiasz na pocztę z rzeczami, które chcesz wysłać do domu po kilkumiesięcznym pobycie. Wszystko gotowe, spakowane, druk celny wypisany. Podchodzisz do pani na poczcie, ona przegląda druczek i uprzejmie mówi:

– Tego nie można wysłać.

Dziwisz się i zastanawiasz, o co tu chodzi.

– Ale dlaczego? Przecież można to przysłać do Japonii, to dlaczego nie da się stąd wysłać?

– Takie są zasady. Nie można wysyłać perfum za granicę.

 

Przeżywasz długie chwile zastanowienia, zadajesz kolejne pytania. Ostatecznie – nic z tego. Perfumy jadą z Tobą, choć kilka miesięcy temu przyleciały do Ciebie z kraju nad Wisłą. Na szczęście ubyło Ci paru rzeczy, bo po co to dalej wozić, bo się zużyło się i tak dalej, więc Twój L’air de Panache w ostateczności się zmieści. Gdyby ktoś jednak nie miał tyle szczęścia i miejsca w bagażu, nie radzę wozić lub zamawiać zbyt dużych ilości zapaszków.

(przesyłki prywatne, ekonomiczne, płynące statkiem)

Gdzie znajdziesz lisie królestwo?

Lubisz lisy? Ja całkiem, całkiem i wiem, że na Ziemi jest co najmniej jedno lisie królestwo i…

 

… byłam tam. Czyli gdzie?

 

W Fushimi Inari-taisha (伏見稲荷大社).

 

Słyszeliście o tym miejscu? Możliwe, że nazwa nic Wam nie mówi na pierwszy rzut oka, ale taki widok na pewno spotkaliście w niejednej gazecie, w telewizji czy w Internecie:

I uwierzcie mi – zrobienie takiego zdjęcia graniczy z cudem, to kwestia sekund. Cyk i trzy sekundy później (i wcześniej) już ktoś włazi w kadr… no dobra, dwie. Japonia, ot co.

 

Ale o co chodzi?

 

Położona w Kioto shintoistyczna świątynia Fushimi Inari-taisha poświęcona jest bóstwu japońskiemu Inari, którego płci nie można jednoznacznie określić, ale kto by się tym przejmował? Możemy więc trafić na przedstawienia tego kami jako kobiety, mężczyzny, czy istoty androgynicznej, a wszystko zależy od miejscowych wierzeń. Umówmy się, że dla mnie będzie kobietą (takie małe babskie zboczenie).

Inari to patronka dobrobytu. Opiekuje się, m.in. ryżem, płodnością, powodzeniem, rolnictwem i przemysłem, dlatego wiele firm „sponsoruje” bramy torii (to coś na zdjęciu powyżej), licząc na biznesowy sukces. Informacje o firmach można odczytać z napisów na bramach, których w Fushimi Inari jest bez liku (aż żałuję, że nie próbowałam ich policzyć!).

 

Inari ma swoją świtę, do której należą białe lisy zenko (patrz poniżej). To dobre lisiątka, zwiastują bogactwo i przepych. Trzeba pamiętać, że Inari sama w sobie nie jest lisem!

 

Droga na szczyt?

W upalny letni dzień żar leje się z nieba, a wilgotne ciężkie powietrze oblepia i obezwładnia człowieka, który marzy tylko o hibernacji w basenie lub o litrach wlanej w siebie wody, nie wódy, moi Drodzy. Komu w taki dzień przyszłoby do głowy wspinanie się na tę względnie niewysoką (233 m n.p.m.), ale męczącą górę? Ano mnie i setkom innych osób. Warto wycisnąć z siebie litry potu i to niekoniecznie z wysiłku, by dotrzeć na sam szczyt zwieńczony świątynią. Może krótka modlitwa i wrzucona ofiara zapewnią upragniony dobrobyt?

Po drodze na szczyt trafimy na wiele kawiarenek, w których możemy odpocząć po uprzednim zakupie jednego z japońskich specjałów. Łatwo też natknąć się na automaty z napojami i ukochaną wodą, której cena wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości pokonanych schodów, a w wyższych partiach wynosi około 300 jenów (standard to jakieś 100 jenów).

Pić się chciało. Ludziska to wstydu nie mają… A może po prostu w Japonii brakuje koszy? Coś w tym jest… (ale to innym razem)

 

Czy to czasem nie Spirited Away?

 

Mimo, że odwiedziłam w Japonii wiele miejsc, śmiało mogę stwierdzić, że właśnie Fushimi Inari-taisha i tereny ją otaczające zajmują w moim sercu szczególne miejsce.

Ktoś tu lubi „Spirited Away”, słynne anime studia Ghibli?

Ja totalnie uwielbiam tę magiczną bajkę, pełną cudacznych stworów i nieprawdopodobnych miejsc, naszpikowaną japońskim folklorem. „Spacer” po Fushimi Inari to jak wejście do świata tej animacji. Człowiek może się poczuć, jakby utkwił gdzieś pomiędzy światem ludzi, a miejscem dostępnym jedynie dla kami, jakby znalazł się w strefie, w której wszelkie cuda są możliwe.

To całkowicie i dosłownie magiczne miejsce, inne niż wszystkie, w których kiedykolwiek byłam.

Każdy, kto postawił tam stopę i spróbował przedrzeć się przez kolejne piętra schodów, prawdopodobnie rozumie, co mam na myśli. Tam czas ustaje, a codzienność całkowicie zamiera. Można się w pełni wyciszyć i nawet tłumy turystów wszelkich narodowości (no, może wyłączając głośnych Chińczyków) nie są w stanie zburzyć spokoju, który osiąga się podczas trudnej drogi na szczyt.

Wspinaczka i medytacja w jednym? W Fushimi Inari to możliwe.

 

Lisy i ludzie… co lepsze? Chyba nie trzeba pytać. Pan na pierwszym planie jest subtelnie zdziwiony. Co zobaczył?

 

Nawet stacja kolejowa JR, na której wysiadamy, żeby udać się w tę niemal “pokutną” podróż pod górkę sygnalizuje nam, gdzie się znajdujemy. Dworzec jest obficie przyozdobiony bramami torii symbolizującymi przejście ze świata profanum do sacrum. Szkoda, że żadne zdjęcie się nie uchowało. Chyba trzeba ponownie odwiedzić Japonię!

W Japonii naprawdę wystarczy kilka wycieczek czy niewinnych spacerów, żeby zrozumieć istnienie rodzimego kultu shinto, który docenia wszelkie istnienie i przypisuje duszę przedmiotom będącym dla ludzi Zachodu jedynie martwą materią. Łatwo poczuć, że tam wszystko ma duszę. W Polsce tego nie znajdziesz!

 

Japonia to definitywnie kraj bogów. 

Japonia to cmentarzysko parasoli 

Kilka słów o wdzięcznym urządzeniu, które chroni nas przed zmoknięciem, czyli o 

 

U nas już zima – przynajmniej w niektórych miastach. Na zewnątrz lekki śnieżek, ale temperatura niewystarczająco niska, żeby wszystko marzło niemożebnie. Ciap tu, ciap tam i nawet parasol może się przydać (bleee). W Polsce pogoda nie jest jednak pożądanym tematem rozmów, chyba że chcemy zabić niezręczną ciszę (a raczej wprowadzić niezręczną atmosferę).

W Japonii sprawy mają się inaczej i wcale mnie to nie dziwi. Tam NIE MOŻNA nie interesować się pogodą, bo wpływa na życie codzienne w stopniu nieporównywalnie wyższym niż w Polsce. List grzecznie zacząć od paru słów na temat aury. Spotkania też często startują słowami „ale dziś gorąco”, „wiatr mocno wieje, prawda?”. Nie ma w tym nic dziwnego, czy też niezręcznego. To po prostu nieodłączna część japońskiego życia.

Japońska pogoda jest całkowicie nieprzewidywalna – w jednym momencie mamy słońce i upał, a chwilę później atakuje deszcz albo wichura. Nigdy nie wiesz, co Cię spotka przez co ciężko planować aktywność plenerową, chyba że ma się już wprawę. To zabawne, fascynujące i irytujące zarazem.

 

Czy deszcz różni się w zależności od kraju?

 

Najprawdopodobniej tak.

Japoński deszcz, być może ze względu na inne okoliczności pogodowe, nie ma działania depresyjnego. W Polsce jak pada, to zazwyczaj robi się też zimno, a człowiek zaczyna marzyć o leżakowaniu z książką lub filmem i czekoladą na zimno lub ciepło, ale pod kocykiem. Gdy pada w Japonii, marzysz tylko o basenie i pływaniu w czymś innym niż własny pot, ale na pewno nie jesteś wtedy na granicy załamki.

 

O co chodzi z tą porą deszczową?

 

Gdy Twój kolejny parasol niezdarnie walczy z szalonym wiatrem, łamie się i traci przy tym skórę, to niechybny znak, że nadeszła pora deszczowa, innymi słowy tsuyu (梅雨)* lub uki (雨季)**. W Japonii czerwiec i lipiec to czas, kiedy deszcz pada na potęgę, jest wilgotno i gorąco. Taką pogodę idealnie określa słowo mushiatsui (蒸し暑い), czyli parno/duszno i gorąco w jednym… Cudowny stan.

W porze deszczowej pogoda jest jimejime (じめじめ), a wszystko sprowadza się do „lepkiej”  atmosfery. Na niebie wiszą chmury, którym niespieszno do zmiany stanu skupienia, więc choć deszcz pada niemal bez przerwy, rzadko dochodzi do prawdziwej ulewy. W Polsce nikt nie potraktowałby poważnie irytującej japońskiej mżawki. Z jednej strony żal rozkładać parasol, z drugiej leniwe deszczowe krople potrafią być bardzo uciążliwe, dlatego człowiek kończy z przeciwdeszczowym namiotem nad głową niczym prawdziwy Japończyk. Bardzo niewygodne.

 

Japonia to cmentarzysko parasoli

 

Czasem zdarzają się nieprzyjemne (?) niespodzianki. Słyszysz wszechobecny hałas, ale nie wiesz, co to jest. Wychodzisz z domu, a tu wiatr o takiej sile, że łamie Twój parasol, parasole Twoich znajomych i pewno miliona innych osób. Japonia to parasolołamacz, jeśli klimat nagle zaczyna robić się tajfunowy. 日本は傘の墓場です – “Japonia to cmentarzysko parasoli”, dlatego są dostępne na każdym kroku. Te najbardziej kontuzyjne można kupić już za około 100 jenów, ale trzeba je często wymieniać. Na szczęście to nieduża kwota. Ja przez pół roku zużyłam cztery parasole (w Polsce miałam szczęście przez 5 lat używać jednego). Łatwo zostawić parasol w pociągu, na uczelni czy na stojaku przed sklepem, ale są taniusie. U nas też mogłoby tak być? Stojaki byłyby wygodnym rozwiązaniem, tylko co z podkradaniem nieswoich parasoli? Pewno nieprędko będziemy się musieli nad tym zastanawiać.

 

W każdym razie nie lubię deszczu i nie ma w nim niczego romantycznego. Kropka.

 

*tsuyu (梅雨) – czytane osobno 梅 (ume) oznacza „śliwę”, 雨 (ame) oznacza „deszcz”, mamy więc „deszcz śliw”, „śliwkowy deszcz” czy jak kto woli. Jest to czas, kiedy owoce śliwy dojrzewają w Japonii. Urocze!

**uki (雨季) – dosłownie „pora deszczowa”. 季 (ki) to „pora”, przy pomocy tego znaku możemy powiedzieć na przykład „cztery pory roku” 四季, czyli shiki. W końcu nie każdy kraj ma cztery pory roku, prawda?