(Nie)wszystkie źródła inspiracji

Częściowo swoje powiedziałam TUTAJ, ale to jeszcze nie koniec.

 

 

Skąd przychodzi najlepsza inspiracja?

 

 

Ze “światła” czy z “mroku”?

 

 

Z odczuwania szczęścia, a może z nieszczęścia?

 

 

 

Czy twórca musi być nieszczęśliwy, żeby tworzyć?

 

 

Zawsze się nad tym zastanawiałam. Odpowiedź zawsze brzmiała: “nieszczęście to klucz”, a świat uporczywie to potwierdzał i potwierdza do dziś. Dlaczego mam wrażenie, że wielu “zapamiętanych” i uznanych artystów czerpało, i wciąż czerpie właśnie z “ciemnej strony mocy”? Z tego co ich gnębi(ło) i spędza(ło) sen z powiek?

 

Dlaczego to, co zwyczajnie dobre i pozytywne jakoś takoś nas nie pociąga? Nie budzi zaciekawienia i ekscytacji? Nie inspiruje?

 

 

Realia, a materiał i twórca

 

Świat, media i popkultura nas zepsuły, ot co. Lubujemy się w ekstremach, bo “fajnie coś takiego zobaczyć”, poczytać o tym, ale za nic w świecie nie chcielibyśmy tego przeżyć. Są emocje – może tylko w książce i na ekranie, a nie w naszym życiu, ale są. Jest strasznie, niepokojąco, ekscytująco. Taka “Gra o Tron”, niech będzie na przykład. Kto przeżyje? Kto będzie szczęśliwy? Czy im się uda? Jesteśmy żądni mocnych wrażeń i emocji, najlepiej z dwóch skrajnych biegunów. I tak, kiedy to tylko możliwe, serwujemy sobie emocje i przygody innych osób, bohaterów mniej lub bardziej nierzeczywistych historii. Potrzebujemy tego, bo w codzienności rzadko ryzykujemy na tyle, żeby przeżywać ekstremalne doznania. Trochę strach, no i po co tak ryzykować? “Bezpieczeństwo ponad wszystko”. Przecież jako gatunek chcemy zachować życie, a w ostatecznym rozrachunku przetrwać, ale nie chcemy się nudzić. Prawda?

 

Po to nam sztuka i rozrywka – kino, książki czy teatr. Bohaterowie tacy wyraziści, a historie przejmujące. Podobno najlepsze są te, które bazują na rzeczywistości, bo mają w sobie wystarczającą dozę autentyczności. Gwarantują katharsis o wielkiej mocy. ALE… Dla mnie ta rzeczywistość musi zostać poddana dekonstrukcji, bo w przeciwnym razie NIE pociąga. Gdy chcę realizm albo naturalizm, to wychodzę na ulicę. Ja potrzebuję modyfikacji. Sztuka MUSI odrywać mnie od zwyczajności, przenosić w inne światy, smakować nutami szaleństwa i dziwactwem. Kontrowersja wizualno-treściowa bardzo mi odpowiada, dopóki mieści się poza granicami kiczu. Gdzie są te granice? Wyczuwam intuicyjnie, choć wiem, że mój “nie-kicz”, może być czyimś kiczem…

 

A co z twórcami? Ci wszyscy “szaleńcy”, którzy tworzą, pociągają nas i inspirują, bo robią TO, na co większość nie ma odwagi. Wychodzą przed szereg i im się udaje. Ciężko wyjść “poza”, no nie? Jeszcze byśmy się wygłupili, ktoś mógłby niemiło skomentować, a tego nie chcemy. A może by tak puścić to luzem mimo uszu? To, co inni sobie myślą? Żeby to zrobić trzeba albo a) mieć naprawdę nierówno pod kopułą (ale kto ma “równo” i gdzie jest to “równo”?), b) mieć wszystko bardzo dobrze poukładane ze sobą. Ja dążę do tej drugiej opcji, lecz bez zatracenia dziwactwa, które we mnie siedzi. Czas wywalić zachowawczość do kosza!

 

 

Inspiracja. A może jednak jasność?

 

Ten mały obiekt  przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!
Ten mały obiekt przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!

 

Gdzie znajduje się moment czerpania ze “światła”? W tych rzadkich chwilach pełnego spokoju i szczęścia, a może raczej… gdy dochodzimy do odpowiedniego poziomu samorozwoju i wewnętrznego dobrostanu, i kiedy otaczają nas właściwi ludzie. Wtedy twórczość ma szansę rozkwitać, zyskuje dobre cechy i właściwości budujące. Inspiruje do dobrego, do postępu. Bo przecież jesteśmy w stanie zaoferować światu tylko to, co w nas siedzi… Tworzenie, to nic innego, jak wywalanie swoich “bebechów” na świat. Przerażające, prawda?

 

Czy są inne źródła niż wewnętrzny spokój? A są. Mogą być przebłyskami, chwilami. Stworzeniami dwu lub czworonożnymi, a nawet skrzydłymi… Niedawno “odkryłam”, a raczej przypomniałam sobie coś małego, naprawdę malutkiego: natura potrafi dać wielką inspirację, bo to życie samo w sobie, to inspiracja prosto z jasności. Czasem takich drobnych “odkryć” nie można dokonać bez namacalnego doświadczenia. Krwistoczerwone róże na klombie w ponurej dzielnicy? Krople deszczu w październikowe popołudnie? Głośny niepohamowany śmiech przyjaciela? Albo nowe, małe stwory pod opieką? Jakiś czas temu pojawił się w moim otoczeniu maleńki kot. Sprawia, że nie mogę się opędzić od twórczych myśli, nawet gdy Figa bezrefleksyjnie demoluje otoczenie (to znaczy gdy się cieszy). Myśli są wszędzie, nadchodzą w nieskończoność i łączą się z tymi o moich własnych kotach, mieszkających kawałek stąd. Ta malizna się nie zastanawia, nie jest zachowawcza, nie analizuje. Po prostu jest. Robi to, na co ma ochotę i zupełnie nie myśli o tym, że komuś mogłoby się to nie spodobać albo ktoś doznałby szoku. Przecież jest tak słodka, że wszystko się jej wybaczy… Też tak chcę – istnieć bez zbędnych przemyśleń, bo myślenie, Moi Drodzy, to ogólnie bardzo dobra rzecz, dopóki nie hamuje działania. Uczę się tego i nie ręczę za efekty!

 

 

Białe, czarne, białe

 

Zdarza mi się tworzyć różne rzeczy i wielokrotnie miałam okazję usłyszeć: “czemu w tym tyle przemocy?”, “zawsze tworzysz niepokojące historie”, “to jest bardzo mroczne”. Gdy czerpię z “mroku”, twórczość staje się pokręcona i nie da się w żaden sposób zakamuflować tych ciemnych plam, nawet jeśli obsmaruje się je lukrem. Nie ukrywam, że lubuję się w tym ciężkim, dramatycznym nastroju, ale… kiedy czerpię z radości i szczęścia, a energię mam na odpowiednim poziomie, powstają dobre i pozytywne treści. Czy ekscytują? Na pewno inspirują i niosą dobry przekaz. Gdzie w tym wszystkim miejsce na pazurek i nutę dramatyzmu? Znajdzie się, bo gdzie jest światło, tam czai się cień i na odwrót. Tak działa świat i nie ma tu przestrzeni na dyskusje. Wszystko ma “dwie strony medalu”. Obie nieustannie się przejawiają. Przecież to oczywista oczywistość i najprawdziwsza prawda. Tylko czy o tym pamiętamy?

 

 

No leć już, leć!

 

Jedno jest pewne – nie możemy czerpać z obojętności. Tylko silne emocje pozwalają tworzyć i prowadzą do postępu. U mnie wieje kreatywną pustką, gdy nie potrafię w sobie wzbudzić emocji i kiedy żadne mi nie towarzyszą. Gdy nikt ani nic mnie nie inspiruje… Gdy nic nie zachwyca. Gdy nikt nie zachwyca. Można próbować wzbudzać w sobie pomysły, wyciskać coś z siebie na siłę, ale to zawsze jest suche i beznamiętne. Czasem lepiej, żeby się waliło i paliło, o ile coś z tego powstaje, ale lepiej jest, gdy “świeci”, a w umyśle panuje zdrowy porządek. Zwłaszcza, że chaos zawsze znajdzie miejsce, żeby o sobie przypomnieć!

 

PSSst. W Krakowie panuje taka dziwaczna Grypa, FLU Twórcza się nazywa. Emanują prawdziwie twórczą energią! Ta Grypa to moja nowa inspiracja!

Alexander McQueen i te mroczne miejsca

Sukces czy porażka?

 

Jakiś czas temu obejrzałam film biograficzny “McQueen”, opowiadający drogę projektanta mody od trudnych finansowo początków (geniusz i talent przejawiał od zawsze) po spektakularny sukces i życie zakończone nieszczęśliwie, bo samobójstwem. Poza swoją marką “Alexander McQueen”, projektant tworzył kolekcje dla Givenchy czy Gucci, ale nie o tym będzie mowa… Nawet spektakularny sukces w swojej branży nie gwarantuje szczęścia, jak okazało się na jego przykładzie, a branża na pewno ma znaczenie. Moda, kino, teatr, muzyka to trudne “działki” – trzeba dać z siebie wiele, żeby coś osiągnąć. Trzeba się dosłownie obnażyć emocjonalnie i wewnętrznie, co wyczerpuje. Przecież silne emocje wyczerpują tak samo jak demaskowanie swojego wnętrza ku uciesze publiki. Czasem trzeba “się sprzedać”, żeby dojść na szczyt. Powiem Wam, jak to zrobić, jak już będę “po”. Wracając jednak do tematu… kiedy publika robi się gigantyczna, napięcie wzrasta i nigdzie nie można znaleźć spokoju. To musi być ciężkie i obezwładniające, zwłaszcza, gdy w pakiecie nosi się nieciekawe rany z dzieciństwa, a jakoś brakuje sposobu, żeby je zaleczyć.

Czy życie artysty naznaczone międzynarodowym sukcesem, zapisane na kartach historii można uznać za udane, za sukces? Nawet wtedy, gdy zakończyło się z woli głównego zainteresowanego, samobójstwem? To zależy od ambicji i aspiracji. Czuję, że mnie by takie burzliwe życie zadowoliło dużo bardziej niż spokojny żywot bez wzlotów i upadków. Nawet, gdyby było bardzo dramatycznie (lecz z umiarem). Kto wie, co przyszłość przyniesie i co sobie sama “ugotuję”? Ale… niezależnie od wszystkiego nie chcę żeby pożerał mnie…

 

…mrok 

 

Mimo całego swojego magnetyzmu, mrok jest ciężki do zniesienia. Męczy i przytłacza. Jeśli w nas siedzi, prędzej czy później znajdzie ujście…

 

Nie mamy pojęcia jak bardzo żarł od środka Lee McQueena. Można jedynie przypuszczać, patrząc na kontrowersyjne projekty i kolekcje Brytyjczyka – wykonane naprędce z taśmy klejącej albo innego “niegodnego uwagi” materiału lub z odpowiednim przygotowaniem i nabożnością z najlepszych surowców dla uznanych domów mody (ale i tak na ostatnią chwilę). Kicz? Czemu nie. Jego pomysły były piękne, przejmujące i niebywale charakterystyczne. Brzydkie? Kwestia gustu. Z jednej strony wychwalały kobiety, innym razem koncentrowały się na poniżeniu. Skrajności. Lee zdecydowanie był po stronie kobiet, nie przeciwko, choć media lansowały inną wizję. Media to zawsze pokażą jedyny słuszny obrazek dla mas. No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nieważne jak mówią, ważne, żeby mówili! Zadziałało, bo właśnie od kontrowersji wszystko się u McQueena zaczęło.

 

Lee w swoją pracę wkładał siebie. To była dla niego forma terapii. Tworzył bardzo autentycznie. Okropne doświadczenia z dzieciństwa? Stworzyły nieszczęśliwego geniusza. Chwała złu za to. Żart, nieśmieszny, wiem, ale McQueen to tylko jeden z wielu przypadków… Prawda jest taka, że mrok siedzi chyba w sercach wszystkich artystów (i nie tylko). Nikt nie jest “nieskażony”, czy to dzięki innym, czy na własne życzenie. Na chwilę obecną śmiem twierdzić, że to MROK jest najlepszą pożywką dla sztuki, a przynajmniej najlepszą pożywką dla tej naprawdę przejmującej twórczości.

 

Co z nim dalej zrobić?

 

Co ja w ogóle przez to rozumiem? Czym jest ten cały MROK, te mroczne miejsca?

 

To wszystkie negatywne uczucia, które w nas siedzą. To odczuwanie nieszczęścia, cierpienie różnego rodzaju, wewnętrzna pustka, zagubienie, samotność, złe wspomnienia, strach czy niepokój. Wszystkie te okropne, przytrafiające się nam w różnych okolicznościach smutki. Pytanie: spychać na peryferie świadomości, żeby zakwitły dorodnie? A może twórczo wyganiać? Pozbywać się i czerpiąc z tych smętnych wpływów, wyrzucać z siebie ciężkie treści, siejąc je dalej? Czy to moralnie dobre tak truć kolejne osoby? Ciężko ocenić. Zakładam, że rozum każdy posiada i świadomie wybierze kto i co będzie kształtowało jego poglądy i (pod)świadomość. Gorzej z tymi, co trafią przypadkiem i nie będą mieli jak się obronić… jakieś dzieci i tak dalej. No cóż.

 

Czyli lepiej jednak ciągnąć w stronę światła? Tak byłoby idealnie, tylko czy istnieje rzeczywistość idealna?

 

Nie w tym wymiarze.

 

 

PSSst. Niezły czaszko-rower, co nie? Jestem przekonana, że sam McQueen by takim nie pogardził!

PSsst 2. Ja dobrze wiem, jak czerpać z tego ciemnego, obiecuję sobie, że spróbuję i z jasnego!

Wirtualna rzeczywistość

Ostatnio suchość i pustka w Labiryncie. Jak w życiu, tak w Labiryncie? Jak w Labiryncie, tak w życiu? Mam niejasne wrażenie (graniczące z pewnością), że obie kategorie się łączą. Czy na Was wiosna (a może lato?) też działa demotywująco, to znaczy – czy rozleniwia i odciąga od planów? Jeśli odciąga czy to oznacza, że te plany są nieważne? Mnie dopadła jakaś słabość, czas przerwać ten krąg czy też zstąpić z równi pochyłej, a raczej wspiąć się wyżej. Ostatnimi czasy miało być aktywnie i ambitnie, a tu nic z tego. Chyba zimą lepiej mi to wychodzi. Zabrakło wody do podlewania labiryntowych roślin, ale przecież (względnie) stare pomysły nie rdzewieją (poza tym rodzą się nowe).

 

Dziś drobna zapowiedź kolejnej…

 

 

Rudzik

Dostałam ostatnio fajną różyczkę, od razu się rozpromieniłam!

S…

Tak?

Rudzik

No tak!

S…

Chyba była jakaś słaba, skoro nigdzie jej nie widzę? Tak szybko zwiędła?

 

W pokoju stoi bukiet kwiatów w wazonie – nie ma wśród nich żadnej róży.

 

Rudzik

Niee, nie o to chodzi. Tu ją dostałam!

 

Dziewczyna podsuwa drugiej pod nos smartfona – w jednej z długaśnych konwersacji widać ikonkę, emotkę, przedstawiającą różę.

 

S…

Och… naprawdę?

 

Reakcja koleżanki sprawa, że uśmiech znika z twarzy rozanielonego rudzielca.

 

Rudzik

C-co?

S…

Myślałam, że dostałaś różę od kogoś fajnego. Tutaj. Wiesz, w realu…

Rudzik

Nie. On mieszka daleko.

 

Na tę myśl rude dziewczę jeszcze bardziej się zasępia.

 

S…

Weź, kobieto. To straszne. Dlaczego ludzie żyją w ten sposób? Nie lepiej spotkać się z kimś i dać mu ten głupi kwiatek?

Rudzik

No ale czasem się nie da…

Sceptyczka

Da się, nie da się. Serio, ten świat zmierza ku bezdennemu dnu.

Rudzik

Och, co się tak czepiasz, mamy XXI wiek.

Sceptyczka

To prawda, doceniam postęp techniczny i tak dalej, ale zapomnieliśmy gdzieś po drodze o byciu ludźmi. Naprawdę pasuje ci wirtualne funkcjonowanie z innymi? Z facetami? Z przyjaciółmi?

Rudzik

Nie jest takie złe.

Sceptyczka

Ech… ja tego nie lubię. To wygodne, że można do kogoś napisać na mesendżerze czy innym łocapie, ale nie wierzę, że to jest w stanie komukolwiek zastąpić spotkania na żywo i realne doświadczenia. Wiem, że z czasem będzie tylko wirtualniej, ale może warto by było zachować trochę człowieczeństwa w swojej człowiekowatości?

Rudzik

Masz trochę racji, ale po co się tak tego czepiać? Szkoda nerwów… Trzeba iść z duchem czasu. Przecież nic się nie stanie, jak raz na jakiś czas dostanę „wirtualny prezent”, jeśli później dostanę go w realu.

Sceptyczka

O ile go dostaniesz…

Rudzik

A weź. Mogłam ci nic nie mówić. Zawsze wszystko sprowadzasz do parteru.

Sceptyczka

Trudno, tak już mam. Patrzę na życie możliwie racjonalnie. Radziłabym uważać, bo to spotkanie w realu może cię rozczarować. Jeszcze nigdy go nie spotkałaś, prawda?

Rudzik

No nie.

Sceptyczka

Czyli nie wiadomo, czego się spodziewać. To może być jakiś sześćdziesięcioletni “uprzejmy” pan.

Rudzik

Przecież widziałam jego zdjęcia. Wysyłał mi. Super wygląda. Pokazywałam ci?

Sceptyczka

Chyba nie. Pamiętaj, że tożsamości w sieci to nigdy nie można być pewnym. Ta cała wirtualna rzeczywistość to zaraza…

 

… bajki

 

Gdy wirtualna rzeczywistość zaczyna dominować

 

Ile zostało reala w realu? Całkiem sporo? Mniej niż więcej? Niewiele? Ja widzę, że coraz mniej. Trochę mnie to smuci, ale nie powiem, że jestem “poza” tym, a tym bardziej ponad tym. Siedzę w tym jak wszyscy. Pływam, a nawet taplam się w wirtualnym bagienku. Mam smartfona, korzystam z różnych aplikacji, utrzymuję relacje w ten sposób, robię zakupy w Internecie. Nie widzę w tym nic dziwnego. Nie jest to jednoznacznie złe, ani jednoznacznie dobre. Nowe technologie na pewno są wygodne i pozwalają oszczędzić czas. Po co mam biec do sklepu i stać w kolejce, jeśli znam swój rozmiar i zakupy mogą przyjść do mnie? Jak coś się nie spodoba, odeślę i też będzie dobrze. Dawno się z kimś nie widziałam i chcę odnowić kontakt? Messenger to właściwe narzędzie. Szukam noclegu? Jest Airbnb (ten pomysł bardzo mi się podoba, ale więcej w jednym z kolejnych razów) i inne portale. Rezerwacje przez telefon to relikt przeszłości… Jestem głodna, więc zamawiam jedzenie przez Pyszne.pl albo inne Uber Eats. Szukam nowej kawiarni, najlepszego coctail baru w mieście, miejsca gdzie można inspirująco spędzić czas? Jedna z wielu porównywarek na pewno coś mi doradzi. Spojrzę na opinie innych klientów i miejsce testowe wybrane! Potem tylko trzeba przekonać się na własnej skórze. Nie wiem jak trafić z punktu A do punktu B? Przecież mam mapę! No i nikt mi nie powie, że to nie jest wygodne! Z pomocą udogodnień nowoczesności łatwo wszystko zaplanować od początku do końca. Nie ma miejsca na porażkę. Ani nawet na spontan… Gorzej jeśli pojawia się porażka, a plan pada. Trzeba zrobić nowy. Na szczęście wujek Google na pewno doradzi JAK!

 

Relacje międzyludzkie i wirtualna rzeczywistość

 

Relacje międzyludzkie? Podobno nie działają, jeśli interakcje z wirtuala nie przenoszą się na real. Nie można niczego ugruntować ani rozwinąć, utrzymując znajomości tylko przy użyciu smartfona i różnych aplikacji. Jesteśmy otoczeni ludźmi, a równocześnie bardzo samotni (?). Brzmi sztampowo? Może i tak, ale słyszałam, że tak jest. Nie wiem, czy to świat się zmienił i zaczął pędzić tak, że nie mamy czasu na realne znajomości, czy może zawsze tak było, że czas znajdował się tylko dla 2-3 osób? Ciężko mi to ocenić, chyba jestem za młoda. Futuryści z Labiryntu Cudowności przewidują się, że ten stan się zaostrzy. Nie proponują jednak żadnych rozwiązań. W końcu postęp to najwyższa wartość. Na to “podobno nie ma lekarstwa”, z czym nie zgadza się grupa Archaistów Labiryntu Cudowności. Druga grupa wierzy, że sytuacja może przystopować. Archaiści twierdzą, że możemy nawet trochę cofnąć się w czasie i zmienić obecny model funkcjonowania, mają jednak świadomość, że dotknie to raczej jednostek niż całych społeczności. Zawsze to mały krok w przód (albo w tył). Między tymi dwoma przeciwstawnymi zbiorowościami trwa nieustająca batalia i tylko czas może ją rozwikłać! Poza tym… po co nam relacje międzyludzkie, jak kilkaset lajków pod zdjęciem/postem wystarczająco łechce ego?

 

Złoty Środek poszukiwany

 

XXI wiek – technologia. Same udogodnienia, tyle zaoszczędzonego czasu! Ciekawe dlaczego? Może dlatego, że coraz mniej go mamy? Może on po prostu zmienia bieg? Może przyspiesza? To byłoby coś! Tutaj jednak fizyka musiałaby się wykazać, bo nie mam wystarczających kwalifikacji. Chyba spytam któregoś ze specjalistów Labiryntu!

Żyjemy w tym nowoczesnym “wszystkim”, równocześnie marząc o tym, żeby się wyrwać. Futuryści twierdzą, że przeciwstawienie się nowoczesności jest niemożliwe. Trzeba by uciec na bezludną wyspę i liczyć na to, że nie dotrze do nas żaden przejaw cywilizacji, co też nie wydaje się dobrym pomysłem. Gdzie jest więc Złoty Środek? Czy ktoś ma pomysł? Jak się nie zgubić w tym technologicznym wyścigu po zmiany?

 

Ja nieustannie szukam. Jak coś odkryję, dam znać!

 

 

No chyba że mnie wyprzedzisz?

 

 

PSSst. Nikt mi tu za nic nie zapłacił. Przytoczyłam nazwy marek, które rozum przyniósł pod palce. Nad tym nie można zapanować!