Arlekin w Krakowie – totalna błazenada?

Arlekin…

 

jak Ci się kojarzy ta postać? Dobrze? A może źle?

 

No właśnie

 

Gdy słyszę to słowo, myślę o kimś tragikomicznym, pociesznym, godnym współczucia, ale na pewno nie szacunku. Coś jest w tej nazwie…

 

Ale o co tutaj chodzi?

 

Sukces lub porażka – masz 50% szans

 

Ciężko zliczyć wszystkie (nie) warte uwagi miejsca w Krakowie. Jest ich wiele i ciągle przybywa. Niektóre trwają niewzruszone i czasem człowiek myśli – jak to możliwe?

Jak się dziś wybiera nowe miejsca? Cyk, nazwa, facebook, tripadvisor i inne takie, i sprawdzamy opinie. Czego dziś szukasz? Cichego nastrojowego miejsca? Konkretnego jedzenia? Smacznej kawy i pysznego ciastka? Prawdopodobnie zasugerujesz się opiniami innych i odwiedzisz jedno z pierwszych w rankingach miejsc (nie zawsze działa!).

Czasem też celujesz “w ciemno” (to dla amatorów mocnych wrażeń – na przykład dla mnie).

 

Commedia dell’arte

 

Niełatwo trafić na naprawdę dobre ciacho, choć to kwestia gustu. Mnie zazwyczaj nie smakuje.

Pewnego razu myślałam już, że pojawiła się iskierka nadziei, że znalazłam moje guilty pleasure w Arlekinie na Rynku Głównym. Niestety to było tylko pierwsze wrażenie, jakimś cudem dobre (hmmm). Tak, torty i ciasta mają całkiem smaczne, cena też nie zabija, choć w sezonie cudownie wzrasta (lato, turyści czy coś?). Każdy chce zarobić, wiadomo. Kawy nie pamiętam, nie żałuję i nie chcę się poprawić.

 

Czas na konkrety!

 

Obsługa to porażka. Po-raż-ka (porażająca). Oznacza to tyle, że oceny i komentarze na facebooku są jak najbardziej aktualne i prawdziwe. Chcesz więcej? Patrz niżej:

 

Pewnej pięknej soboty…

– Dzień dobry, chciałam zarezerwować stolik na jutro na 17:00.

– My nie rezerwujemy. Dziś jest taki ruch, że nie rezerwujemy.

– Ale ja na jutro.

– Na jutro też nie. Widzi pani, jaki ruch. Nie rezerwujemy, bo to… bleeebuuuubelelelee… Każdy się zmieści.

I w zasadzie nie wiem, dlaczego nie rezerwują, ale w porządku. Mają ruch, może się boją, że „rezerwacja” nie przyjdzie i mniej zarobią?

– No dobrze. W takim razie chciałam złożyć zamówienie.

– A ma pani stolik?

– Nie, ale zaraz sobie usiądę. Chciałam zamówić i usiąść.

„Obsługi i tak się nie doczekam przy stoliku” – myślę, mając w pamięci ostatni raz w tym miejscu. Że też ciasto było mnie tu w stanie przyciągnąć po raz kolejny…

– Nie, nie. To musi pani usiąść i czekać na obsługę!

„Dzięki, wychodzę”.

Stężenie kompozycji składającej się z lekceważenia i braku profesjonalizmu w tym miejscu przekracza tolerowany przez mnie poziom, więc faktycznie wychodzę. Energicznie, już, raz dwa. Pozostaje tylko niesmak. Never see you again!

Przemiła, ciemnowłosa pani skutecznie zniechęca mnie do kontynuowania kalorycznej przygody w smutnym Arlekinie (może Pierrot bardziej by pasował?). Młode kelnerki są zabiegane i Bogu ducha winne, za to „starsza obsługa” to prawdziwa władza na dzielni, niestety wyjątkowo niemiła dla młodych pracownic (i klientów).

 

Arlekin to czy Pierrot? Jak na mój gust – 2 w 1

 

Wystrój? Tak przeciętnie tchnie latami 90. i mgiełką postkomunizmu, że nawet nie zrobiłam zdjęcia (przecież specjalnie tam nie pójdę!). Miejsce z innej epoki, zatrzymało się w czasie dawno temu (i pod każdym względem). Nawet klienci to raczej starsze osoby. Może dla nich obsługa jest milsza?

No a jak z tym ciastem? Wygląda to jakoś? Kawałki duże, nie ma co narzekać i smaczne. Te dwa poniżej to chyba najlepsze, co mają w asortymencie. Raczej nie da się zjeść więcej niż jednego na raz, bo występuje zasłodzenie, ale podkreślam… raczej.

I, tak, pamiętaj, czasem nie mają akurat tego, na co masz ochotę.

 

Widać troszkę wystrój. Serwetki wyglądają znajomo (przedwiecznie), prawda?

 

Jak to zakończyć z godnością? Asortyment mają niezły, obsługę albo umęczoną, albo chamską – bez dwóch zdań. Wystrój nijaki, bezpłciowy, trochę smutny jak niegdyś tętniące życiem sanatoryjne miejscowości. Rezerwacji nie zrobisz, jakby akurat Ci zależało, bo “zmieścisz się” (w godzinach szczytu).

 

Ocena: 3/8

 

Zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdyby takie miejsce w ogóle nie funkcjonowało? Ani to miłe dla klientów, ani dla samych siebie, a lepsze rzeczy jadałam w innych kawiarniach. Warto wpaść tylko na Royala i Moreno (powyżej). O ironio, „Arlekin” pasuje niemal doskonale do tego nieco tragikomicznego miejsca – to błazen według niektórych patronujący złodziejom i żebrakom.

 

Człowiek to sobie jednak czasem potrafi strzelić w kolano…

 

*Grudniowa przechadzka przyniosła radosny (?) update*

Remont to czy zamknięcie? Nie wiem, czy już się cieszyć, czy jeszcze poczekać. Zobaczymy co się wkrótce wydarzy. Ktoś wie?

Nowa odsłona czy całkiem nowa “wartość”?