Słowotok (albo Tokosłow) o statusie z aktorską refleksją w tle

Aktorstwo i inne rozterki

 

To jeszcze nie jest oficjalnie rozpuszczone, te plotki, że w wolnym czasie lubię się bawić w aktorstwo… To znaczy właśnie wszystko się uoficjalniło… Taka prawda. Lubię sobie poudawać, pobawić się i podramatyzować, a aktorstwo to świetna okazja do realizacji tych aspiracji.

 

To naprawdę super sprawa, lekarstwo na życie. Można być kimś innym, z kimś innym, gdzie indziej, ale nie jest to łatwe. Piękny lek na nudę… to recepta na codzienność, wyczerpujący w skutkach dreszczyk emocji, kiedy trzeba dać z siebie wiele. Gra to ryzyko. Nie ma wyjścia, aktor musi trochę zatracić siebie i równocześnie trochę się pokazać. Nieraz bardziej niż by tego chciał. W którym miejscu gra jest wciąż grą, a kiedy wkrada się prawda? Co wtedy? Na ile widz może się zorientować, że gra przestała być grą? Sądzę, że jest to niemożliwe, o ile nie zna się aktora prywatnie. Jak można się z tym zdradzić?

 

Gra

 

To całe aktorstwo wcale nie jest łatwe. Mimo że to dobra zabawa, można pogubić się po drodze i stracić orient kim i gdzie się było, zanim wszystko się pokręciło. Na ile stajemy się graną postacią, a na ile ona staje się nami i przejmuje dowodzenie? Prawdopodobnie niejeden Heath Ledger przeżywał te rozterki. Ja jeszcze ich nie doświadczam, zbyt lekko się tym wszystkim bawię. Sądzę, że to aktorskie zatracenie może być bardzo niebezpieczne. Czy to nie ekscytujące? Fajnie byłoby zrobić “save” sprawdzić, na ile groźne (dla psychiki) jest wchodzenie w kolejne role całym sobą i w razie potrzeby wrócić do zapisanego momentu.

 

Tak w ogóle to ze wszystkim mogłoby tak być, no nie?

 

Gram w “grę”, próbuję czegoś, co może bardzo zaszkodzić, więc robię “save” i nie muszę się martwić. Zawsze mogę wrócić i naprawić to, co się nie udało albo pójść inną ścieżką. Niestety życie to nie Simsy. Nie ma łatwych rozwiązań bez konsekwencji i nikt nie ukradnie nam drabinki z basenu, żeby nas utopić, ale nie o tym miało być, prawda?

 

Wracając do grania, ale tego scenicznego… Trzeba się naprawdę postarać, żeby robić to dobrze. Są różne sztuczki. Będzie o nich wiele w Labiryncie. Jest jedna podstawa – porzucenie “rozumu”. Nic się nie uda, o ile nie zrezygnujemy z racjonalizmu. W TEJ grze trzeba totalnie dać się ponieść emocjom (nie to co w życiu, ha!). Pewien nauczyciel improwizacji powiedział, że wiarygodne aktorstwo wymaga uwolnienia kreatywnej bestii, która w nas siedzi. Efekty mogą być, delikatnie ujmując, niepokojące. Spieszę z wyjaśnieniem, jeszcze tam nie byłam! Co poza bestią jest ważne? Odrzucenie świadomości, że ktoś nas ogląda (i ocenia), zapomnienie o ludziach poza sceną. Myślenie o publice blokuje. Także do kosza z tymi wszystkimi ludkami i jazda! Swoją drogą powoli nadciąga moment, kiedy będę musiała publicznie udowodnić, na ile jestem w stanie odrzucić to wszystko, co przeszkadza w wiarygodności i pozbyć się (nie)zbędnych oporów. Zobaczymy co z tego wyjdzie!

 

Dlaczego nie mogę dojść do sedna sprawy? Dygresje o aktorzeniu przejęły kontrolę nad tym postem. Tak to już bywa w Labiryncie – żyje swoim życiem, ale dość! Koniec tej rozkminy! Czas na…

 

Pro-tip z nutką “statusu” w tle

 

Już uprzedzam – nie skończyłam żadnej super szkoły aktorskiej ani epickiego kursu rocznego, semestralnego czy jakiegoś takiego i póki co nie planuję takiej przygody, ale próbuję w różnych miejscach i wiem, że na granie są różne inne sposoby niż “jedyna słuszna” wyuczona metoda (jak na wszystko). Gotowi na kolejnego pro-tipa ze świata niekończącego się oszustwa?

 

 

Status

 

Czym jest status?

 

Nie mówię tu o tym z fejsbunia albo innych mediów społecznościowych. No pomyśl troszkę, jakie inne statusy nas otaczają? Taki najprostszy, podstawowy to…

 

…”pozycja” w hierarchii, w społeczeństwie, czy gdzie tam chcesz. Każdy ma jakąś pozycję. Zróbmy sobie przykład:

 

Jestem Tadeusz, jestem managerem w dużej firmie. Mam pod sobą ze 100 osób czy coś. Przyzwoicie zarabiam, więc czuję się nieprzyzwoicie zadowolony z siebie i swojej pozycji w ludzkim stadzie… Taki samiec alfa ze mnie.

 

Ale…

 

Tomek: Na imprezach zawsze mocno się upija, opowiada słabe żarty, wygłupia się i nieudolnie podrywa wszystkie wolne (i zajęte) dziewczyny z firmy/knajpy.

Andrzej: Z Tadkiem znam się już dwadzieścia lat, od liceum. Zawsze był typem podrywacza, ale coś mu mocno nie wychodzi. Kobiety patrzą na niego pobłażliwie, z politowaniem i nawet cała ta kasa nie pomaga. No ale przynajmniej ma najnowsze BMW, a ja tylko Opla.

Sabina (jedna z wielu niepoderwanych): Tadeusz nie ma pojęcia o tym, jak powinno się rozmawiać z kobietami. W ględzeniu nie zna umiaru. Straszny z niego egocentryk. Nie można się dopchać do głosu… Na nic cała ta kasa i niezgorszy wygląd – one relacji nie stworzą.

Dawid: Słabiak z niego. Gdybym był kobietą i taki typiarz odważyłby się podejść albo uciekłbym gdzie pieprz rośnie, albo uderzył. Powinien uczyć się od najlepszych i poobserwować mnie w akcji. Może wtedy i on miałby szansę?

Marta: Nudziarz jakich mało. Za nic w świecie nie spotkałabym się z nim drugi raz, mimo że auto fajne… Żarty ma bardzo słabe.

Szef Tadeusza: Bardzo ambitny facet, pnie się coraz wyżej, nie bacząc na okoliczności. Zaraz i mnie “wy-pnie”. Czy to jakaś forma rekompensaty?

Matka: Tadzik to wspaniały chłopak. Tyle osiągnął, dba o siebie. Nie zginie. Tylko gdzie ta piękna jedyna? Czekam na wnuczęta.

 

Nawet jeśli nam się to nie podoba, status, który mamy w społeczeństwie, jest nadawany przez otoczenie, a nie przez nas. Możemy myśleć jedno, a ludzie będą widzieć co innego. Co z tego, że Tadeusz ma się za fajnego faceta, jeśli ludzie sądzą inaczej? Może odnosi sukces w pewnych kwestiach, ale w innych ponosi porażkę, a reputacja ciągnie się za nim jak… dobrze wiecie co. I tak w grupie pięciu osób, każda może przydzielić Tadeuszowi inną cyferkę. On sobie myśli “jestem jedynką, jestem świetny”, a tu bach, sam koniec kolejki. Na co dzień swój status mamy w głowie – zależny od okoliczności i nastroju. Trzeba jednak pamiętać, że zdanie innych bardzo się liczy. No niestety… Na szczęście możemy trochę wymuszać status swoją postawą i działaniami – i to jest super!

 

Status to nie tylko to, jaką mamy pozycję w stadzie, ale też to, jak my sami postrzegamy siebie. Zależnie od tego, gdzie się umiejscowimy na “drabince” w danej sytuacji, tak będziemy się zachowywać. Przetestowałam, m.in. na scenie. Tak prawdziwe, że aż straszne. Kiedy jestem gdzieś i czuję, że “rządzę”, zachowuję się inaczej niż wtedy, kiedy ustawiam się na pozycjach nr 2 lub 3. Tak naprawdę, to lubię być tylko nr 1, czyli panować nad sytuacją i stadem. Kiedy jest inaczej, mocno się irytuję, ale nie powiem, co wtedy robię (poza przeklinaniem). Tajemnica! Ciekawostka: ubiór, wygląd mają bardzo duży wpływ na osobisty “status”, przynajmniej w moim przypadku. Jakie odzienie, taki nastrój i energia. Czasem przymilny kotek, innym razem dziewczę z liceum albo władcza bestia i tak dalej… A jak Twój wygląd i styl wpływają na Twoje zachowanie i na “status”?

 

No i jaki status u kobiet ma Pan Tadeusz?

 

Niski, dlatego może się spodziewać co najwyżej słabego traktowania, chyba że trafi na kogoś o innym spojrzeniu na świat…

 

Status jako stworzenie sceniczne 

 

Jak to wszystko ma się do grania? Jak w życiu, tak w grze. Zasady są te same, tylko aktorzymy podobno “na niby”. Wyobraźmy sobie tę samą scenę między czterema różnymi osobami:

 

Malutka impreza urodzinowa, dwóch facetów i dwie dziewczyny. Solenizant T jest wyraźnie zainteresowany dziewczyną A, a o dziewczynie B nie ma zdania. Mężczyzna D myśli z niechęcią o dziewczynie A, natomiast interesuje się mężczyzną T. Dziewczyna A postrzega dziewczynę B jako zagrożenie. Obie są zafascynowane mężczyzną D.

 

Trochę mi szkoda tych dziewczyn…

 

Wszystkie “wewnętrzne spostrzeżenia” mają mocne odzwierciedlenie w zachowaniach uczestników sceny. Można to świetnie zagrać, w trakcie nawet zmieniając postrzeganie partnerów scenicznych. Różnice będą kolosalne. Poza tym każda z osób A, B, D i T może myśleć co innego o sobie nawzajem w alternatywnych wersjach sceny, co daje nam wiele możliwych scenariuszów. Ale co z tego, że ja Wam to tu wykładam, jak wyobrażenie sobie sytuacji może być trudne? A może nie? Wierzę w Was – przecież bezwyobraźniowe osobniki nie miałyby szans na przetrwanie w Labiryncie… Tak czy siak, najlepiej byłoby to zobaczyć! Może kiedyś cuś nakręcę dla celów edukacyjnych? A może mam napisać kilka historyjek obrazujących sytuację?

 

Na scenie możemy postrzegać “współgraczy” jako ważniejszych lub mniej ważnych od nas, jako interesujących, niebezpiecznych, nudnych, atrakcyjnych, irytujących i tak dalej. Możemy ignorować. To daje duże pole do popisu i miliony możliwości. Dzięki tej statusowej sztuczce możemy bardzo mocno zamieszać, nawet w tej samej scenie. I ja, jak to ja – zachęcam do testowania skrajnego nastawienia do ludzi w życiu codziennym (żeby uchronić się przed nudą). Dla bezpieczeństwa radzę poinformować, że są obiektem eksperymentu.

 

PSSst. Tak naprawdę to nie róbcie tego w domu!

Najniebezpieczniejsza gra w Twoim życiu

Przyznaj szczerze, zastanawiałeś się kiedyś, jaka gra jest najniebezpieczniejsza na świecie?

 

Ja czasem myślę o “naj-rzeczach”, ale nie będę kłamać, że mocno się na tym skupiam, choć w “naj” mam upodobanie. W pudełku czekoladek najlepsze jest to, że czasem wylosuje się taką, która robi wrażenie i bardzo zapada w pamięć. Przypadkiem nieprzypadkiem w pewien niestandardowy weekend natknęłam się na czekoladkę, która powinna nosić nazwę: “najniebezpieczniejsza gra w Twoim życiu” (albo przynajmniej jedna z tych niebezpieczniejszych).

 

Na szczęście to tylko GRA.

 

Chcesz się przekonać?

 

Zanim przystąpimy do akcji, musisz wiedzieć kilka rzeczy:

  1. To gra (lub… ćwiczenie)
  2. To nieprawda, choć przez moment może wydać się prawdą
  3. W rzeczywistości może być trudno w nią zagrać
  4. Musisz wejść w nią całkowicie, naprawdę się zaangażować, a potem wyjść i już, więc…
  5. … może wyczerpywać emocjonalnie (jak inne sztuczki, które później Ci pokażę)
  6. Może okazać się pomocna także w życiu codziennym (ale nie nadużywaj!)
  7. Mogą wystąpić skutki uboczne (o dużej sile rażenia)…
  8. … ale nie wyobrażaj sobie!
  9. I koniecznie zachowaj zimną krew, nawet jeśli próbujesz pokazać, że jest inaczej! To tylko gra!

 

Gra wykorzystuje proste mechanizmy i jedna z największych sił we Wszechświecie, czyli…

 

uczucia

 

Zgodzisz się ze mną, że uczucia to bardzo silne zjawisko. Odbierają rozum. Sprawiają, że tracimy trzeźwy osąd. Każą nam robić nierozsądne rzeczy. Osłabiają. Z drugiej strony bez uczuć nie ma sensu. Życie jest suche niczym kilkudniowa kromka chleba z… pastą ziemniaczaną (właśnie wymyśliłam to pyszne danie, tylko jeść!) i ciągnie się niczym powiększony, jak zestaw w McDonald’s, szary papier toaletowy, raniąc nas z każdej strony swoją szorstkością.

 

Nasza “najniebezpieczniejsza gra” opiera się na dwóch najsilniejszych emocjach, które dzieli od siebie zaledwie kroczek. Mam na myśli:

 

Miłość

 

i

 

Nienawiść

 

Prawda, że to tylko kroczek?

 

Zróbmy to!

 

Powiedzmy, że grę określimy słowem “Mantra”, bo podczas zabawy powtarzamy w myślach określone słowa. To jak, gramy?

 

Pobaw się emocjami i uważaj, żeby nie ugotować czegoś niestrawnego. Przepis poniżej:

 

  1. Znajdź współgracza, czyli osobę, która zgodzi się z Tobą pobawić. Ostrzegam po raz ostatni, efekty mogą być niebezpieczne!
  2. Wyobraź sobie, że kochasz swojego „współgracza”, powtarzając w myślach mantrę „I love you”, „kocham cię”, czy jak Ci tam pasuje. Grunt, żeby miała TO właściwe znaczenie. Współgracz musi robić to samo.
  3. Daj sobie parę chwil, żeby Twoje ciało mogło realnie to poczuć (to naprawdę działa, testowałam). Wczuj się całkowicie, skup na tej myśli i bądź pewien, że postronny obserwator z łatwością zauważy zmianę w postawie i zachowaniu „grających”. Przede wszystkim, sami grający to zauważą!
  4. Gdy już poczujecie to uczucie, idźcie dalej, zacznijcie rozmawiać o czymkolwiek. Może być bez sensu. Rozmowa i emocje same Was poprowadzą. To, jak daleko zdecydujecie się “zagrać”, zależy tylko od Was i od potrzeb danej sytuacji. Kto wie, czy nie wyjdzie z tego mała randka?

 

Zrób dokładnie to samo, powtarzając w myślach “I hate you”, “nienawidzę cię” i zauważ, jak wielką niechęcią zaczynasz pałać do współgracza…  Kłótnia i dużo niechęci gwarantowane! Zastanów się tylko dobrze, czy lepiej zacząć od opcji pozytywnej, czy negatywnej wersji wydarzeń. Jeśli nie oddzielisz farsy od prawdy, zabawa może wpłynąć na Twoją relację ze współgraczem. Ups!

 

Ale po co to wszystko?

 

Żeby coś przeżyć, poczuć, żeby się rozerwać…

 

Tak naprawdę chodzi tu o wiarygodność

 

na scenie

na deskach teatru

 

gdy improwizujesz

 

Nic więcej, tylko GRA

 

 

PSsttt. Przecież wszystko dzieje się w Twoim labiryncie, tfu, umyśle