Paths of Inspiration – Inspirujące Ścieżki

(Nie)wszystkie źródła inspiracji

Częściowo swoje powiedziałam TUTAJ, ale to jeszcze nie koniec.

 

 

Skąd przychodzi najlepsza inspiracja?

 

 

Ze “światła” czy z “mroku”?

 

 

Z odczuwania szczęścia, a może z nieszczęścia?

 

 

 

Czy twórca musi być nieszczęśliwy, żeby tworzyć?

 

 

Zawsze się nad tym zastanawiałam. Odpowiedź zawsze brzmiała: “nieszczęście to klucz”, a świat uporczywie to potwierdzał i potwierdza do dziś. Dlaczego mam wrażenie, że wielu “zapamiętanych” i uznanych artystów czerpało, i wciąż czerpie właśnie z “ciemnej strony mocy”? Z tego co ich gnębi(ło) i spędza(ło) sen z powiek?

 

Dlaczego to, co zwyczajnie dobre i pozytywne jakoś takoś nas nie pociąga? Nie budzi zaciekawienia i ekscytacji? Nie inspiruje?

 

 

Realia, a materiał i twórca

 

Świat, media i popkultura nas zepsuły, ot co. Lubujemy się w ekstremach, bo “fajnie coś takiego zobaczyć”, poczytać o tym, ale za nic w świecie nie chcielibyśmy tego przeżyć. Są emocje – może tylko w książce i na ekranie, a nie w naszym życiu, ale są. Jest strasznie, niepokojąco, ekscytująco. Taka “Gra o Tron”, niech będzie na przykład. Kto przeżyje? Kto będzie szczęśliwy? Czy im się uda? Jesteśmy żądni mocnych wrażeń i emocji, najlepiej z dwóch skrajnych biegunów. I tak, kiedy to tylko możliwe, serwujemy sobie emocje i przygody innych osób, bohaterów mniej lub bardziej nierzeczywistych historii. Potrzebujemy tego, bo w codzienności rzadko ryzykujemy na tyle, żeby przeżywać ekstremalne doznania. Trochę strach, no i po co tak ryzykować? “Bezpieczeństwo ponad wszystko”. Przecież jako gatunek chcemy zachować życie, a w ostatecznym rozrachunku przetrwać, ale nie chcemy się nudzić. Prawda?

 

Po to nam sztuka i rozrywka – kino, książki czy teatr. Bohaterowie tacy wyraziści, a historie przejmujące. Podobno najlepsze są te, które bazują na rzeczywistości, bo mają w sobie wystarczającą dozę autentyczności. Gwarantują katharsis o wielkiej mocy. ALE… Dla mnie ta rzeczywistość musi zostać poddana dekonstrukcji, bo w przeciwnym razie NIE pociąga. Gdy chcę realizm albo naturalizm, to wychodzę na ulicę. Ja potrzebuję modyfikacji. Sztuka MUSI odrywać mnie od zwyczajności, przenosić w inne światy, smakować nutami szaleństwa i dziwactwem. Kontrowersja wizualno-treściowa bardzo mi odpowiada, dopóki mieści się poza granicami kiczu. Gdzie są te granice? Wyczuwam intuicyjnie, choć wiem, że mój “nie-kicz”, może być czyimś kiczem…

 

A co z twórcami? Ci wszyscy “szaleńcy”, którzy tworzą, pociągają nas i inspirują, bo robią TO, na co większość nie ma odwagi. Wychodzą przed szereg i im się udaje. Ciężko wyjść “poza”, no nie? Jeszcze byśmy się wygłupili, ktoś mógłby niemiło skomentować, a tego nie chcemy. A może by tak puścić to luzem mimo uszu? To, co inni sobie myślą? Żeby to zrobić trzeba albo a) mieć naprawdę nierówno pod kopułą (ale kto ma “równo” i gdzie jest to “równo”?), b) mieć wszystko bardzo dobrze poukładane ze sobą. Ja dążę do tej drugiej opcji, lecz bez zatracenia dziwactwa, które we mnie siedzi. Czas wywalić zachowawczość do kosza!

 

 

Inspiracja. A może jednak jasność?

 

Ten mały obiekt  przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!
Ten mały obiekt przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!

 

Gdzie znajduje się moment czerpania ze “światła”? W tych rzadkich chwilach pełnego spokoju i szczęścia, a może raczej… gdy dochodzimy do odpowiedniego poziomu samorozwoju i wewnętrznego dobrostanu, i kiedy otaczają nas właściwi ludzie. Wtedy twórczość ma szansę rozkwitać, zyskuje dobre cechy i właściwości budujące. Inspiruje do dobrego, do postępu. Bo przecież jesteśmy w stanie zaoferować światu tylko to, co w nas siedzi… Tworzenie, to nic innego, jak wywalanie swoich “bebechów” na świat. Przerażające, prawda?

 

Czy są inne źródła niż wewnętrzny spokój? A są. Mogą być przebłyskami, chwilami. Stworzeniami dwu lub czworonożnymi, a nawet skrzydłymi… Niedawno “odkryłam”, a raczej przypomniałam sobie coś małego, naprawdę malutkiego: natura potrafi dać wielką inspirację, bo to życie samo w sobie, to inspiracja prosto z jasności. Czasem takich drobnych “odkryć” nie można dokonać bez namacalnego doświadczenia. Krwistoczerwone róże na klombie w ponurej dzielnicy? Krople deszczu w październikowe popołudnie? Głośny niepohamowany śmiech przyjaciela? Albo nowe, małe stwory pod opieką? Jakiś czas temu pojawił się w moim otoczeniu maleńki kot. Sprawia, że nie mogę się opędzić od twórczych myśli, nawet gdy Figa bezrefleksyjnie demoluje otoczenie (to znaczy gdy się cieszy). Myśli są wszędzie, nadchodzą w nieskończoność i łączą się z tymi o moich własnych kotach, mieszkających kawałek stąd. Ta malizna się nie zastanawia, nie jest zachowawcza, nie analizuje. Po prostu jest. Robi to, na co ma ochotę i zupełnie nie myśli o tym, że komuś mogłoby się to nie spodobać albo ktoś doznałby szoku. Przecież jest tak słodka, że wszystko się jej wybaczy… Też tak chcę – istnieć bez zbędnych przemyśleń, bo myślenie, Moi Drodzy, to ogólnie bardzo dobra rzecz, dopóki nie hamuje działania. Uczę się tego i nie ręczę za efekty!

 

 

Białe, czarne, białe

 

Zdarza mi się tworzyć różne rzeczy i wielokrotnie miałam okazję usłyszeć: “czemu w tym tyle przemocy?”, “zawsze tworzysz niepokojące historie”, “to jest bardzo mroczne”. Gdy czerpię z “mroku”, twórczość staje się pokręcona i nie da się w żaden sposób zakamuflować tych ciemnych plam, nawet jeśli obsmaruje się je lukrem. Nie ukrywam, że lubuję się w tym ciężkim, dramatycznym nastroju, ale… kiedy czerpię z radości i szczęścia, a energię mam na odpowiednim poziomie, powstają dobre i pozytywne treści. Czy ekscytują? Na pewno inspirują i niosą dobry przekaz. Gdzie w tym wszystkim miejsce na pazurek i nutę dramatyzmu? Znajdzie się, bo gdzie jest światło, tam czai się cień i na odwrót. Tak działa świat i nie ma tu przestrzeni na dyskusje. Wszystko ma “dwie strony medalu”. Obie nieustannie się przejawiają. Przecież to oczywista oczywistość i najprawdziwsza prawda. Tylko czy o tym pamiętamy?

 

 

No leć już, leć!

 

Jedno jest pewne – nie możemy czerpać z obojętności. Tylko silne emocje pozwalają tworzyć i prowadzą do postępu. U mnie wieje kreatywną pustką, gdy nie potrafię w sobie wzbudzić emocji i kiedy żadne mi nie towarzyszą. Gdy nikt ani nic mnie nie inspiruje… Gdy nic nie zachwyca. Gdy nikt nie zachwyca. Można próbować wzbudzać w sobie pomysły, wyciskać coś z siebie na siłę, ale to zawsze jest suche i beznamiętne. Czasem lepiej, żeby się waliło i paliło, o ile coś z tego powstaje, ale lepiej jest, gdy “świeci”, a w umyśle panuje zdrowy porządek. Zwłaszcza, że chaos zawsze znajdzie miejsce, żeby o sobie przypomnieć!

 

PSSst. W Krakowie panuje taka dziwaczna Grypa, FLU Twórcza się nazywa. Emanują prawdziwie twórczą energią! Ta Grypa to moja nowa inspiracja!

Weźże się zamknij!

No i żal mi dziś dścisnął… Kiedyś byłam świadkiem ekstremalnie irytującej sytuacji i pozwoliłam sobie jej NIE uwiecznić w formie dialogu. Pamiętam tylko, że siedziałam w Mleczarni jesienią 2017 roku, próbując się skupić i coś napisać, ale za nic w świecie mi to nie wychodziło, bo do mych uszu nieustannie dochodził irytujący i pełen przechwałek głos licealisty, który prawdopodobnie z braku laku pieprzył nieprzytomnie. „Weźże się zamknij!” – myślałam w duszy, rozproszona do granic NIEmożliwości. Gęba mu się nie zamykała, a jego (prawdopodobnie) dziewczyna słuchała tych głodnych kawałków, marudząc trochę, że nie chce ciasta i niewiele się udzielając.

 

Wyglądało to mniej więcej tak:

 

Hałaśliwy licealista

No i ten Robert wiesz, nie wiedział, jak odpowiedzieć na pytanie, więc mu podpowiadałem. Psorka nawet się
nie zorientowała. Ja to taki dobry z chemii jestem. Wszystkie sprawdziany na piątki.

Cicha licealistka

Acha

Hałaśliwy licealista

Poza tym ostatnio na wuefie byłem pierwszy w rzucaniu palantem. Całkiem łatwe to było, wszyscy patrzyli z podziwem.
Szkoda, że tego nie widziałaś! Polski to straszna nuda. Ta baba zadaje tyle bezsensownych ćwiczeń,
że aż odechciewa się ze szkoły wracać do domu. Tylko by chciała czytać „co autor miał na myśli”
i to zgodnie z kluczem. To też mi łatwo idzie, ale wtedy się nudzę. A ty?

 

Może rzuć sobą, powinno ci dobrze pójść. Fajnie, że trafiasz w klucz, znaczy że mózg się wyprał na tyle,
że krytyczne myślenie poszło gdzieś do kąta. Wiem, sama doświadczyłam. Szkoła spełniła swą funkcję – bravo, bravissimo.

 

Cicha licealistka 

Co?

Hałaśliwy licealista

No jak tam w szkole u ciebie?

Cicha licealistka

Może być, ale ostatni sprawdzian z historii mi średnio poszedł.

Hałaśliwy licealista

Nie martw się, następny pójdzie lepiej. Historia tych wszystkich królów jest zagmatwana, tak to bywa.
Ja umiem wymienić wszystkich po kolei. W nocy o północy po ostrej imprezie że Bolesław Piąty Wstydliwy był przed Leszkiem Czarnym, a August Drugi Mocny po Janie Trzecim Sobieskim.

 

A kogóż to obchodzi? Na co ci ta wiedza teraz? Czy twoje życie jest lepsze lub bogatsze, bo wiesz, który król był po którym?

 

Dziewczyna wzdycha, bez przekonania dziubie widelcem ciasto. Pije herbatę

 

 Hałaśliwy licealista

Może następnym razem pójdziemy do kina? Jest kilka nowych fajnych filmów. Jakiś tam nowy Wolverine na przykład.
Chętnie bym to zobaczył. On to jest gość!

Cicha licealistka

No właśnie. Gdzie są tacy panowie? Którzy działają zamiast ględzić w kółko?

 

 

No i tu zakończmy wspomnienie tego niezgrabnego spotkania sprzed roku. Wtedy byłam w innym miejscu życia, ciężko było mi tego nie słuchać. Nie potrafiłam się wyłączyć, a chłopak tak utkwił mi w głowie, że dziś, trafiając na coś podobnego, przypomniało mi się, że miałam o tym napisać tekst… Dziś jestem gdzie indziej i dobrze. To dla mnie szokujące, jak wiele się zmieniło, kiedy niby „nic się nie zmieniło”.

 

Jesień 2018

 

Siedzę pogrążona w swoich myślach, w moim świecie, w mojej książce, w głębokiej fazie relaksu. Dźwięki przechodzą obok niezauważone, ale rejestruję je na granicy świadomości. Łapię się na chwili medytacji albo dwóch. Na moje życzenie błogi stan ustaje i znów zwracam uwagę na otoczenie, zerkam na ludzi obok, słyszę ich. Jedna bzycząca mucha zaczyna mnie wkurzać, bo bzyczy i bzyczy. Wjeżdżam więc na inny level – słownictwo też będzie inne. Siedzi typ z dziewczyną i gada. Ryj mu się nie zamyka. Gada o swoich podnietach jakimś tam skejterem, który jest też muzykiem i czymś tam jeszcze, a na ślub dostał jakiś tam dom od kogoś. Chłopaczek jara się czyimś sukcesem niczym pochodnia, a jego „partnerka” słucha potulnie. Czy to ją w ogóle obchodzi? Mnie by nie obchodziło, ale ona siedzi i słucha, a on gada o tym człowieku i gada.

 

Ja się nie potrafię tak „na poważnie” kimś wzniecać, więc pewno wypaliłabym: „A po co o nim mówisz? Chcesz być jak on?” albo „Nie obchodzi mnie on. Mogłabym się od niego czegoś nauczyć?”. Wątpię. Po długotrwałej tyradzie na temat studiów, fizyki i różnych fascynujących badań, chłopak wjechał na temat jakiegoś człowieka z drugiego końca świata, jak gdyby miał on jakiekolwiek znaczenie tu i teraz.

 

Ludzie lubią mówić bez sensu, a paszcza im się nie zamyka. Po co tyle słów? Przypuszczam, że jakieś 90% rozmów to bełkot bez znaczenia. Ludzie nie potrafią słuchać. Ego? Nerwy? Za mało są na co dzień słuchani? Nie wiem. Ja też mam chwilę, gdy gadam i gadam, a gęba mi się nie zamyka, ale słuchać też potrafię, co więcej – z uwagą. Zawsze i we wszystkich aspektach wierzę w złoty środek – trzeba mówić i słuchać w odpowiednich proporcjach, i to Z UWAGĄ. Bez tego nie ma dialogu i szkoda strzępić ryja.

 

 

A Ty? Potrafisz słuchać?

 

Czy mówisz w nieskończoność, a Twój słowotok jest jak Velvet?

 

Czyli… nigdy się nie kończy i jest do dupy?

Lubię siadać na jeżowcach. Dziennik pokładowy, część 1: wskazówki

 

Lubisz siadać na jeżowcach? Tak? Nie? Sam(a) nie wiem.

 

Jeśli jak ja jesteś fanem ekstremalnych doznań i silnych emocji, polecam przysiąść lub chociaż otrzeć się o jeżowca, najlepiej przez przypadek. Wtedy, znienacka, cieszy najbardziej. To niezwykłe doświadczenie potrafi pozostawić nietrwały ślad w postaci wyglądających na wysypkę kropeczek na Twoim pośladku/udzie czy gdzie tam chcesz. Jeżowiec może nawet wpuścić Ci jad! Najlepiej, kiedy parę kolców się wbije, przynajmniej jest co wybierać!

 

Tak, takie atrakcje mogą Cię spotkać na morzu. Jeśli masz pecha lub bywasz nieuważny(a) jak ja to nawet więcej niż raz!

 

Ta limuzyna grzecznie stoi w porcie znudzona… Za to ego właściciela musi być całkowicie zadowolone!

 

Niedawno spędziłam tydzień na jachcie (po raz pierwszy), w grupie świeżo poznanych ludzi. Mieliśmy wielkie szczęście, bo dopasowaliśmy się na tyle, że byliśmy w stanie funkcjonować bez kłótni i p(b)ijatyk na pokładzie. Mało tego, udało nam się osiągnąć porozumienie także w kwestii wspólnych finansów, destynacji i kolacji. Uważam to za sukces!

 

Ciasno ale własno, jak mawia klasyk!

 

Jaka była nasza trasa?

 

  1. Marina Alimos Kalamaki
  2. Przylądek Sunio
  3. Maleńka wyspa Kythnos
  4. Wyspa Poros
  5. Port Vathy na Półwyspie Methana
  6. Epidavros na Peloponezie
  7. Marina Alimos Kalamaki na zakończenie

 

 

 

 

Gdzie zaczynasz, tam kończysz. Proste prawo. Marina Alimos Kalamaki ma tę zaletę, że posiada bezpłatne prysznice i toalety na lądzie. Co prawda oferuje zimną wodę i drzwi bez zamków w rejonie ubikacyjnym, ale to zawsze miła odmiana dla klaustrofobicznej łazieneczki na pokładzie, gdzie wszystko, co nalane trzeba spuścić w dół siłą własnych mięśni. Tak, żeglarze spuszczają do mórz i oceanów wodę z mycia i mocz. Nie trzeba chyba wspominać, że papier toaletowy i inne śmieci wrzuca się do worka, a cięższe sprawy zaleca się robić na lądzie? No dobra, wspomniałam o tym, bo to ważne.

 

Marina Kalamaki nie posiada niestety w pobliżu przyzwoitych knajpek, w których można by zjeść grecką klasykę lub napić się dobrego frappé* w dobrej cenie, ale nie można mieć wszystkiego! Możemy się za to napić średniej kawy w wyższej = turystycznej cenie w Dia Noche, gdzie panuje całkiem nieturystyczna metoda obsługi klientów… albo właśnie turystyczna? Jakkolwiek by jej nie określić, podsumowanie zawiera się w prostych acz wymownych słowach “byle jaka”.

 

Ostatni wieczór w marinie Kalamaki uświetnił naprawdę malowniczy zachód słońca!
Ach te zachody słońca! Można się rozmarzyć!

 

Jak to się robi na jachcie?

 

Płyniesz w świat pierwszy raz? Jeśli tak, to sprawdź poniższe wskazówki:

 

  1. Na pokładzie robimy wspólny budżet na okrętowe paliwo, postoje w portach i zakupy żywnościowo-niezbędne. Błogosławiony skarbnik zarządza całym funduszem. Czasem nawet ochotnik zgłasza się sam z siebie!
  2. Gdziekolwiek się przemieszczasz, trzymaj się choć jedną ręką. Gdy fale zarzucają łódką, łatwo o siniaki, wywrotki, ofiary w ludziach i przedmiotach.
  3. Nie schodź pod pokład w trakcie podróży chyba, że masz bardzo pilną potrzebę, żelazny żołądek albo upośledzony błędnik. Zdrowe błędniki gwarantują nudności!
  4. Oszczędzaj wodę, bo więcej niż w zbiornikach nie będzie, chyba że dobijecie do portu.
  5. W trakcie rejsu nie doładujesz swojego sprzętu elektronicznego, chyba że ładowarką samochodową. Przecież nie jesteś na lądzie! Nie ma co liczyć na standardowe napięcie w gniazdkach!
  6. Warto mieć ze sobą buty do wody (chyba, że uwielbiasz stawać na jeżowcach), maskę i rurkę do nurkowania (dla dobrych podwodnych widoków).
  7. Trzeba zabrać więcej niż jeden strój kąpielowy i dużo kremu do opalania.
  8. Nawet gdy buja, możesz gotować wodę albo inne frykasy, bo kuchenka w mesie ma specjalne uchwyty. Mimo wszystko nie polecam z przyczyn żołądkowych!
  9. Nagłe wstawanie po przebudzeniu do pozycji “siedzącej” może się skończyć guzami. Sufit jest bardzo blisko powierzchni Twojego łóżka.
  10. Jedz przed wypłynięciem. Wtedy wszystko staje się łatwe, przyjemne i strawliwe.
  11. Nie warto pływać wokół jachtu podczas postoju – wszystko co wypłynie z łazienek jest w pobliżu!
  12. Dokładne sprawdzenie pieniędzy otrzymanych w kantorze jest ważne! Dostałam 5 hrywien zamiast 5 euro, ale zorientowałam się dopiero w Grecji… Dobrze, że “pomyłka” nie dotyczyła 50 euro!
  13. Gdy otwierasz lodówkę, zawsze trzymaj uchwyt jedną ręką, w przeciwnym razie pokrywa spadnie i obije Ci drugą rękę. Sama sprawdzałam!
  14. Zawsze sprawdź(cie) na początku, czy wszystkie zbiorniki, światła i inne funkcje jachtu są w doskonałej kondycji, żeby zminimalizować przykre przygody i ewentualne przepychanki przy oddawaniu łodzi.
  15. Pamiętaj o jednej parze zabudowanych butów. Mogą się przydać, gdy rozwalisz sobie palec albo chcesz się bezpiecznie wspiąć na górę!

 

Przygód nie brakowało, oj nie i zabudowane buciwo się przydało!

 

To chyba wszystko w temacie podstawowego przetrwania na jachcie i niezbędnego ekwipunku. Jakby Cię coś jeszcze gnębiło, wal śmiało!

 

Będzie więcej!

 

 

* Co ciekawe frappé* powstało właśnie w Grecji, kiedy jeden pracownik Nestlé z braku laku ukręcił kawę rozpuszczalną z duuużą pianką na zimnej wodzie!

 

PSsst. Do miejsca ze zdjęcia wyróżniającego nie dotrzesz inaczej niż jachtem/katamaranem etc. To urokliwe maleństwo leży gdzieś na środku morza!

O kocie, który spał w kuwecie

Jestem mała i

przestraszona

miałuję co minutę lub pięć łudząc

się, że mama

albo siostra mnie

usłyszą.

Chcę uciec stąd lecz

wcale nie tak do końca

ale

się boję olbrzymich twych oczu.

Piasek, żwirek jest wygodny

tam się złożę na noc pierwszą w tym

dużym obcym domu

 

TAK

 

Jest u mnie maleństwo. Ma nowy dom, tymczasowy dom i jest dzika.

Powoli się oswajamy. Co ciekawe, w swoim towarzystwie musi mieć dokładnie OBA olbrzymy, bo inaczej przeraźliwie miałuje. Czasem brzmi to jak tęsknota, innym razem jak wykrzyczana wściekłość: “kto mnie zabrał od mamy!”, “gdzie jest mama!?”, “nie chcę tu być!”, ale kotek się oswaja.

 

Ciekawe co powie następnym razem…

Alexander McQueen i te mroczne miejsca

Sukces czy porażka?

 

Jakiś czas temu obejrzałam film biograficzny “McQueen”, opowiadający drogę projektanta mody od trudnych finansowo początków (geniusz i talent przejawiał od zawsze) po spektakularny sukces i życie zakończone nieszczęśliwie, bo samobójstwem. Poza swoją marką “Alexander McQueen”, projektant tworzył kolekcje dla Givenchy czy Gucci, ale nie o tym będzie mowa… Nawet spektakularny sukces w swojej branży nie gwarantuje szczęścia, jak okazało się na jego przykładzie, a branża na pewno ma znaczenie. Moda, kino, teatr, muzyka to trudne “działki” – trzeba dać z siebie wiele, żeby coś osiągnąć. Trzeba się dosłownie obnażyć emocjonalnie i wewnętrznie, co wyczerpuje. Przecież silne emocje wyczerpują tak samo jak demaskowanie swojego wnętrza ku uciesze publiki. Czasem trzeba “się sprzedać”, żeby dojść na szczyt. Powiem Wam, jak to zrobić, jak już będę “po”. Wracając jednak do tematu… kiedy publika robi się gigantyczna, napięcie wzrasta i nigdzie nie można znaleźć spokoju. To musi być ciężkie i obezwładniające, zwłaszcza, gdy w pakiecie nosi się nieciekawe rany z dzieciństwa, a jakoś brakuje sposobu, żeby je zaleczyć.

Czy życie artysty naznaczone międzynarodowym sukcesem, zapisane na kartach historii można uznać za udane, za sukces? Nawet wtedy, gdy zakończyło się z woli głównego zainteresowanego, samobójstwem? To zależy od ambicji i aspiracji. Czuję, że mnie by takie burzliwe życie zadowoliło dużo bardziej niż spokojny żywot bez wzlotów i upadków. Nawet, gdyby było bardzo dramatycznie (lecz z umiarem). Kto wie, co przyszłość przyniesie i co sobie sama “ugotuję”? Ale… niezależnie od wszystkiego nie chcę żeby pożerał mnie…

 

…mrok 

 

Mimo całego swojego magnetyzmu, mrok jest ciężki do zniesienia. Męczy i przytłacza. Jeśli w nas siedzi, prędzej czy później znajdzie ujście…

 

Nie mamy pojęcia jak bardzo żarł od środka Lee McQueena. Można jedynie przypuszczać, patrząc na kontrowersyjne projekty i kolekcje Brytyjczyka – wykonane naprędce z taśmy klejącej albo innego “niegodnego uwagi” materiału lub z odpowiednim przygotowaniem i nabożnością z najlepszych surowców dla uznanych domów mody (ale i tak na ostatnią chwilę). Kicz? Czemu nie. Jego pomysły były piękne, przejmujące i niebywale charakterystyczne. Brzydkie? Kwestia gustu. Z jednej strony wychwalały kobiety, innym razem koncentrowały się na poniżeniu. Skrajności. Lee zdecydowanie był po stronie kobiet, nie przeciwko, choć media lansowały inną wizję. Media to zawsze pokażą jedyny słuszny obrazek dla mas. No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nieważne jak mówią, ważne, żeby mówili! Zadziałało, bo właśnie od kontrowersji wszystko się u McQueena zaczęło.

 

Lee w swoją pracę wkładał siebie. To była dla niego forma terapii. Tworzył bardzo autentycznie. Okropne doświadczenia z dzieciństwa? Stworzyły nieszczęśliwego geniusza. Chwała złu za to. Żart, nieśmieszny, wiem, ale McQueen to tylko jeden z wielu przypadków… Prawda jest taka, że mrok siedzi chyba w sercach wszystkich artystów (i nie tylko). Nikt nie jest “nieskażony”, czy to dzięki innym, czy na własne życzenie. Na chwilę obecną śmiem twierdzić, że to MROK jest najlepszą pożywką dla sztuki, a przynajmniej najlepszą pożywką dla tej naprawdę przejmującej twórczości.

 

Co z nim dalej zrobić?

 

Co ja w ogóle przez to rozumiem? Czym jest ten cały MROK, te mroczne miejsca?

 

To wszystkie negatywne uczucia, które w nas siedzą. To odczuwanie nieszczęścia, cierpienie różnego rodzaju, wewnętrzna pustka, zagubienie, samotność, złe wspomnienia, strach czy niepokój. Wszystkie te okropne, przytrafiające się nam w różnych okolicznościach smutki. Pytanie: spychać na peryferie świadomości, żeby zakwitły dorodnie? A może twórczo wyganiać? Pozbywać się i czerpiąc z tych smętnych wpływów, wyrzucać z siebie ciężkie treści, siejąc je dalej? Czy to moralnie dobre tak truć kolejne osoby? Ciężko ocenić. Zakładam, że rozum każdy posiada i świadomie wybierze kto i co będzie kształtowało jego poglądy i (pod)świadomość. Gorzej z tymi, co trafią przypadkiem i nie będą mieli jak się obronić… jakieś dzieci i tak dalej. No cóż.

 

Czyli lepiej jednak ciągnąć w stronę światła? Tak byłoby idealnie, tylko czy istnieje rzeczywistość idealna?

 

Nie w tym wymiarze.

 

 

PSSst. Niezły czaszko-rower, co nie? Jestem przekonana, że sam McQueen by takim nie pogardził!

PSsst 2. Ja dobrze wiem, jak czerpać z tego ciemnego, obiecuję sobie, że spróbuję i z jasnego!

Woda TYLKO dla sportowców

 

 

Czy wiecie, że jest na rynku woda tylko dla sportowców?

 

O czym mowa? Specjalny skład? Niezwykłe właściwości? Sprawdź poniżej!

 

 

 

Ognista

Widzisz to? Widzisz?

 

Sceptyk spoziera na wskazane przez Ognistą miejsce – rząd plastikowych butelek średniego rozmiaru.

 

 Sceptyk

Co masz na myśli?

Ognista

Woda! Sport! Fitness! Tylko dla aktywnych!

Sceptyk

No widzę… to tylko „etykiety” przypięte dla potrzeb marketingowych…

Ognista

Bzdura! Prawda gówno!

Sceptyk

Co cię tak wznieca?

Ognista

WSZYSTKO! Dlaczego każda woda większa niż 0,5 litra i mniejsza niż 1 litr, to woda „dla sportowców”? Dla aktywnych?
To oznacza, że jeśli ktoś nie uprawia sportu, nie powinien jej w ogóle kupować? Czy zwykły człowiek nie może mieć ochoty i potrzeby,
żeby wypić właśnie 0,7 litra wody zamiast połówki, która starcza na trzy łyki?

Sceptyk

Hahaha! Ale się nakręciłaś! Po co to wszystko? To zwykła woda. Czemu szukasz dziury w całym?

Ognista

Wkurzają mnie te… takie małe, głupie, dziwne sugestie. Takie mikro-programowanie. To wkładanie kupy do mózgu,
wciskanie ludziom do głowy bezsensownych przekonań.

Sceptyk

Za sprawą etykietowania butelek?

Ognista

Tak właśnie! Ludzie to widzą, kodują. Przecież wiesz jak działa reklama i marketing. Czasem bardzo skutecznie.

Sceptyk

Ale to coś złego, że ta ciut większa woda ma „pro-sportową” nazwę?

Ognista

Tak! Niepotrzebne szufladkowanie. Załóżmy, że się nie ruszam i mam zamiar to manifestować. Nie lubię ruchu, ale pasuje mi tylko pojemność 0,7 litra.
Każdy rzut oka na butelkę z etykietką „sport” i „fitness” mnie rani. Rani do głębi! I wkurza!

Sceptyk

To sobie wódkę od razu kup, będzie lżej. I uważaj, bo zaraz zapłoniesz!

Ognista

Wódka to byłoby chyba jedyne wyjście… No nie, on też mnie nie rozumie. Znikąd pomocy!

 

Zauważyliście?

 

W sklepach mamy wodę 0,5 – 1,5 litra i nie licząc Muszynianki 600 ml, wszystkie wody 500 ml + i poniżej litra są klasyfikowane jako sportowe. Dla sportowców, może od razu dla biegaczy? Bo lżej niż litr, a więcej niż pół. Kto to wymyślił? Dlaczego akurat TA pojemność otrzymała taką kategorię? Co więcej, po co w ogóle powstała taka kategoria? Jakie znaczenie z marketingowego punktu widzenia ma ta etykietka? Jakoś do tego nie dotarłam. Mam próżnię, gdy szukam powodów, a sprawa mnie uwiera.

Uwiera, bo lubię znać sens, powód czegoś – przyczynę danej sytuacji lub decyzji, powód dla którego miałabym coś robić w ten sposób czy w inny i w ogóle powód dlaczego coś robić. Skąd się to bierze albo tamto? Kiedy nie znam odpowiedzi, będę zadawać pytania lub co najmniej kwestionować sens. Tak już mam, to się nie zmieni. Nie widzę powodu, by butelki wody o pojemności 700 ml miały zyskiwać przywilej sportowości, więc dalej w głębi i na powierzchni będę się tego czepiać.

 

„Kup sobie maść na ból dupy” powiecie, a ja na to: „no właśnie nie, już taką mam, ale w tym przypadku jakoś nie działa!”

 

 

A jakby tak…?

 

Kwestia pojemności wody niezmiennie mnie zastanawia… Temat odpływa i zapominam o nim, aż tu nagle przypływa nieproszony zwłaszcza wtedy, gdy stoję przed półką sklepową, zastanawiając się, jaki rozmiar wody kupić. Może 0,5 litra powinno być nazywane „bezkacówka” albo coś w tym stylu? Bo wypijesz pół litra i nic złego się nie dzieje. Określenie na butelki litrowe mogłoby brzmieć „podlejesz mną także swoje kwiatki”, „sport plus” albo „poidełko”. Co z 1,5 litra? „Wielka liga”, „kacover”, „na każdą wyprawę”. Jakaś nazwa na 700 ml? Może „między wódką a zakąską”? Tym pięknym akcentem podsumujmy powyższe dywagacje.

 

Wiem, wiem, zahaczyłam o problemy pierwszego świata, o niezwykłą, niecierpiącą zwłoki i milczenia kwestię. Bo czemu nie zwrócić na to uwagi? Jestem przekonana, że na tej ziemi żyją ludzie, którzy rozważają równie kluczowe kwestie. Na 99,8% nie jestem jedyna!

 

I pamiętaj… woda tylko dla sportowców jest tylko dla sportowców.

 

Jeśli nie jesteś jednym z nich, trzymaj się z dala od tej 700 ml! I nie myśl, ze jak zaczniesz ją pić, to nagle dołączysz do tej grupy!

 

 

Pssst. Audycja nie zawiera lokowania produktu. Akurat taką butlę miałam na podorędziu. Miś też nie jest jakoś szczególnie zadowolony.

Kokosowo-cytrynowe Pianki

 

Czas na nową kategorię, nowe miejsce w Labiryntowym Uniwersum

 

 

Dlaczego?

 

Pod publiczkę?

 

Może chociaż na jedzenie złapię ludzi, ha!

 

 

W rzeczywistości nie do końca o to chodzi…

 

Na co dzień jem dziwne rzeczy, bo tak życzy sobie moje ciało (to, czego sobie nie życzy, też jem, ale ciiiiii!). To sprzyja nowym pomysłom i szalonym przepisom. Co chwilę wymyślam kolejne kompozycje. Dlaczego nie podzielić się tym ze światem, przy okazji tworząc sobie małe kulinarne archiwum? Dane w moim przenośnym Labiryncie są ulotne. Zapisane nie zginą (chyba).

 

Przede wszystkim, nie lubię “niezdrowego” jedzenia, więc jeśli uwielbiasz pożerać naręcza tłustych kiełbas, koryta frytek i ociekających lukrem donutów, a McDonald’s to Twój drugi dom, nie znajdziesz tu miejsca dla siebie, sorry. Taki styl żywienia dosłownie by mnie zabił, więc podążam inną drogą. Poza tym… czemu miałabym karmić maszynę, która ma doskonale działać, byle czym? Racjonalnie rzecz biorąc, to nie ma sensu (szkoda, że nie zawsze myślę racjonalnie!)

 

Poranek zaczynam od surowych żółtek, tak, tak! 3-5 żółtych kuleczek dobrze wymieszanych z łyżeczką miodu i mieszanką przypraw, m.in. cynamonu (reszta tajna) i mogę ruszać na trening! Nie trudno się domyślić, że takie śniadanie generuje niezliczone ilości bezpańskiego białka kurzego, które oczywiście można wyrzucić albo zagospodarować w smaczny sposób. Ja cały czas pracuję nad nowymi pomysłami.

 

Sprawdzasz?

Kokosowo-cytrynowe Pianki
Czy to się już gdzieś kiedyś nie pojawiło? Dotrzymuję słowa i proponuję…

 

Kokosowo-cytrynowe Pianki

 

Jak wszystko co najlepsze powstały z potrzeby – w tym przypadku z potrzeby niemarnacji!

 

To alicjowa propozycja na śniadanie, deser lub przekąskę!

 

Składniki ciasta (proporcje bliżej nieznane):

białka kurze – 5-10 lub ile fabryka dała

mąka kokosowa – na wyczucie

nierafinowany olej kokosowy – łyżeczka + do smażenia

starta skórka z cytryny

sok z połowy cytryny

sól himalajska – szczypta (do ubicia białek)

miód – łyżka+ (zależy jak słodko lubisz)

ciepła woda

 

Opcjonalnie:

cynamon, wanilia (czy inne przyprawy, których zapragniesz!)

żurawina, rodzynki i tak dalej (co Ci przyjdzie do głowy)

 

Dodatki:

banany, maliny, truskawki, borówki amerykańskie, orzechy włoskie (lub inne), masło orzechowe (lub dokładnie to, na co masz ochotę!)

 

 

Jak to ukręcić?

 

Jak ja to robię? Ano mikserem. Wlewam białka do miski lub garnka i ubijam ze szczyptą soli himalajskiej aż będą się trzymać w przysłowiowej kupie. Dosypuję mąkę kokosową, kontynuując miksowanie i kontrolując poziom gęstości powstałego ciasta “na oko”. Nie może być zbyt płynne – tak, żeby nie dało się z niego nic uformować ani zbyt gęste, bo wyjdzie ciężko i… ciężko. W międzyczasie rozpuszczam łyżkę (lub ciut więcej) miodu i pół łyżeczki oleju kokosowego w kilku łyżkach ciepłej wody. Do miski/garnka z ciastem ścieram na tarce o tych najbardziej sadystycznych, “zbrojonych” oczkach skórkę ze sparzonej (lub nie) cytryny. Kwestia gustu czy chcemy ją sparzyć, czy zwyczajnie umyć. Każda opcja zadziała. Wyciskam połowę cytryny i wlewam sok oraz miodowo-kokosową miksturę do ciasta. Miksuję całość ostatecznie. Tak naprawdę wszystko robię na przysłowiowe “oko”, aż nie zauważę, że konsystencja jest odpowiednio zwarta. Cyk i ciasto gotowe!

 

Proporcje są orientacyjne w tym przepisie, więc musisz samodzielnie ocenić sytuację (nie mówiłam, że będzie łatwo).

 

Możesz dodać to, na co masz ochotę – rodzynki, żurawinę, kardamon, orzechy, morwę białą… czegokolwiek dusza zapragnie. Ja póki co tworzę takie “plain” placuszki, bez dodatków na poziomie ciasta. Żeby produkcji stało się zadość, trzeba uformować niewielkie placki na patelni z rozgrzanym olejem (kokosowym). Ja używam nierafinowanego, bo kocham smak i zapach kokosa. Wszystko co rafinowane, brzmi jak zaraza. Nie sądzisz? Obracanie pianek podczas smażenia jest nieco problematyczne. Mąka kokosowa nie ma glutenu, więc nic nie uelastycznia ciasta. Mogą wychodzić połamane, bo ciasto jest kruche z natury. Prawdopodobnie wkrótce ulepszę przepis, dodając niewielką ilość innej mąki albo składnika X.

 

Jako dodatki stosuję głównie banany, masło orzechowe, maliny, borówki amerykańskie i miód – lub dokładnie to, na co akurat jest sezon.

 

Piankoprzepis jest prosty i szybki w wykonaniu, a efekty pyszne i bardzo pożywne. Pianki mają niezwykle przyjemną konsystencję i słyszałam, że przypominają małe serniczki, mimo że nie mają ani grama sera! Zabijają głód na długi czas, także ten słodyczowy!

 

Tak się właśnie prezentują te smakoty! Kokosowo-cytrynowe Pianki są piankowo cudowne jak Pianka!
Tak się właśnie prezentują te smakoty! Kokosowo-cytrynowe Pianki są piankowo cudowne jak Pianka!

Trójkąt mocy

Trójkat jest super, prawda?

 

… zwłaszcza Trójkąt Mocy

 

Zastanawiałeś się kiedyś, jaki kształt jest najdoskonalszy na świecie?

 

Koło?

Kwadrat?

A może trójkąt równoboczny?

3 x 60°. CUDO

 

Japończycy postrzegają liczby nieparzyste jako szczęśliwe i harmonijne. Nieparzystość to asymetria. Asymetria ociera się o doskonałość! Trzy robi większe wrażenie niż cztery. Lepiej wygląda, lepiej się układa. Trójkąt równoboczny ma trzy kąty i dobrze się prezentuje. Dużo lepiej niż taki kwadrat, no ale nieważne. Zapamiętaj tylko, że asymetria i nieparzystość to doskonałe formy istnienia nie tylko w Japonii, ale wszędzie. Wystarczy się rozejrzeć (no, nie mówię tu o ludziach, ha ha). Zboczyliśmy trochę z dróżki… Wróćmy więc.

 

Czasem w świecie pojawiają się trójkąty ważniejsze od innych…

 

Zainspirowana pewnym szkoleniem (ho ho) wpadłam na trójkątną koncepcję na temat życia.

 

Wchodzisz?

 

Injury Triangle

 

Na pewno nigdy się nie zastanawiałeś, co jest potrzebne, żeby doszło do wypadku, prawda?

Ja też nie rozkminiam takich rzeczy na co dzień, ba, nawet na “nie co dzień” tego nie robię, bo po cóż koncentrować się na negatywie? Moim zdaniem to bez sensu, ale jak temat się już pojawił, podejmę…

Podobno żeby doszło do wypadku, potrzebne są trzy składowe:

  1. uczestnicy (osoby)
  2. przedmioty (+miejsca)
  3. energia

Układa się to wszystko w taki ładny trójkąt. O, patrz! My Lord, ależ ja pięknie rysuję, aż się sama wzruszyłam…

 

Zinterpretuj to pięknie dzieło sztuki współczesnej! Mogłoby robić za pouczający wzór na koszulkę?

 

W każdym razie… bez ludków, którzy mogą być uszkodzeni, obiektów, które mogą powodować uszkodzenie oraz energii, która bierze udział w wypadku, nie dojdzie do obrażeń i zniszczenia. Więc mamy trójkąt. Inna forma się tu nie wpasuje (tak przynajmniej mówi szkolenie). Tak sobie słuchałam o tych wszystkich obrażeniach i nieszczęściach, i moje myśli jak zwykle zboczyły… całkowicie.

 

 

Pomyślałam: co by to było, gdyby w powietrzu latały takie niewidzialne trójkąty “nieszczęścia”?

 

 

Wyobraź sobie…

 

Chodzisz niewinnie po ziemi, nikomu nie szkodząc, aż tu nagle nadlatuje nad Ciebie taki trójkąt i bum, ciach! Cięcie nożem, zderzenie z rowerzystą, upadek ze schodów, wywrotka na nartach. Z niczym tego nie wiążesz, ot, mały peszek, a w rzeczywistości “siła wyższa” serwuje Ci taką zabawę. Trójkąt nadleciał i nic nie możesz zrobić. Ała!

 

Idąc dalej, gdy wiele takich trójkątów nadfrunie nad grupę osób na raz – bum, wypadek autobusu, wykolejenie pociągu, samolot spadający wprost do wody. Nadmiernie stężenie trójkątów w czasie i przestrzeni to przypadek? Niekoniecznie! Tu pojawia się miejsce na teorię o przyciąganiu zdarzeń i osób do swojego życia. Przypadkowa ludzka zbiorowość w tym samym momencie przypadkowo obawia się, że zdarzy się wypadek? Ciaps! Zdarza się. Spodziewasz się crapu? Crap dostaniesz. Podobno tak to działa. U mnie wszystko się mniej więcej sprawdza, więc muszę uważać na myśli! A Ty? Przyciągasz siłą umysłu, czy nie masz takiej supermocy?

 

Wracając jednak do tej trójkątnej koncepcji – co by to było, gdyby świat faktycznie funkcjonował w ten sposób?

A co jeśli funkcjonuje! Przecież tego nie sprawdzisz i nie udowodnisz, no nie? Komu się uda, ten geniusz!

 

Skąd takie pomysły w mojej głowie? No właśnie ciężko stwierdzić. Czasem myśli zbaczają w dziwne kierunki, tworząc alternatywne odnogi. Innym razem panuje pustka, jak ostatnio. Zbieramy się jednak do kupy i szykujemy znaczny upgrade. More to come!

 

PSSst. NIE myśl za dużo o trójkątach, bo jeszcze nadlecą!

PSstt 2. Wystarczająco trójkątna ta lokacja ze zdjęcia głównego?

Życioskładanka

Życioskładanka to takie unikalne puzzelki. To wszelkie elementy tworzące konfigurację mniej lub bardziej skuteczną. Zależnie od jednostki do wygrania gry potrzebne są różne puzzle. Czasami nie da się wygrać i ponosi się porażkę, ale ważne, żeby choć kilka elementów udało się dopasować. W przeciwnym razie życie przeradza się w mozolną grę przynoszącą jedynie frustrację. Prawda?

 

Mamy więc różne scenariusze.

 

Czego potrzeba do wygrania gry w każdym z nich?

 

 

Życioskładanka w pigułce

 

Życioskładanka jest obecnie dogłębnie analizowana przez Specjalistów ds. Upiornej Rozrywki Labiryntu Cudowności. Na podstawie obserwacji 3 141 592 653 mieszkańców Ziemi, Specjaliści doszli do pewnych niepodważalnych wniosków i scharakteryzowali kilka życioskładankowych scenariuszy. O dziwo jeden z nich cieszy się największą popularnością. Dlaczego? Tego nie wiemy. Zarówno moi Specjaliści, jak i ja sama jesteśmy po prostu bez-nadziej-nie bezradni w próbach rozwikłania tej tajemnicy. Czyżby większość ludzi dało się wrzucić do jednego wora? A może w rzeczywistości mamy aż ponad 7 miliardów rozwiązań? Nieee, to niemożliwe. Sądzę, że większość ludzi bazuje na jednym. Zgadniesz którym?

 

Specjaliści ds. Upiornej Rozrywki Labiryntu Cudowności postanowili podzielić się paroma wyselekcjonowanymi scenariuszami gry. Dalsza analiza ludności powinna przynieść nowe, ekscytujące rozwiązania. W końcu zanalizowano mniej niż połowę populacji!

 

Jesteś gotowy?

 

Spójrz na te nazwy i nie miej tego za złe moim Specjalistom!

 

I Nudny Standard

  1. Rodzina
  2. Dobra praca
  3. Względny dobrobyt (dom + zwierzątko domowe obowiązkowe)
  4. Zdrowie
  5. Rodzinne wakacje raz (lub więcej) w roku
  6. Udany rozwój dzieci
  7. Wnuki

Cel: stabilizacja i bezpieczeństwo

 

II Ekstremalna Rozgrywka

  1. Mocne wrażenia
  2. Bogactwo (i przepych)
  3. Dobra zabawa
  4. Nutka niebezpieczeństwa zwana ryzykiem
  5. Brak odpowiedzialności
  6. Atrakcyjne towarzystwo (bo jak szaleć to tylko z takim)
  7. Kontrola nad sytuacją

Cel: przygody, wolność i brak zobowiązań

 

III Wiele Dobra

  1. Pomoc innym
  2. Dobre i miłe towarzystwo o podobnym podejściu do życia
  3. Pomocny zawód (lekarz, policjant, pielęgniarka, strażak, ratownik i tak dalej…)
  4. Ktoś, kim można się opiekować (wysokie prawdopodobieństwo założenia rodziny)
  5. Fundusze, którymi można się dzielić
  6. Wspieranie rozwoju innych (praca jako nauczyciel, trener i tak dalej)
  7. Pragnienie zgłębiania pomocnej innym specjalizacji (fizjoterapia, weterynaria, medycyna – chińska i nie tylko)

Cel: uczynienie Ziemi lepszym miejscem

 

IV Artystyczny Szał

  1. Niepohamowane tworzenie (moda, aktorstwo, muzyka, pisarstwo, sztuki wizualne)
  2. Uznanie w oczach odbiorców + przyjemne grono fanów (artystyczne ego musi być głaskane)
  3. Czysty zysk ze sztuki
  4. Brak ograniczeń
  5. Inspirujące towarzystwo
  6. Opcjonalnie: podróże jako źródło inspiracji
  7. Eksplorowanie nowych możliwości twórczych

Cel: spełnienie poprzez tworzenie nowej rzeczywistości, sławę i wpływy

 

V Cały Świat w Objęciach

  1. Podróże ponad wszystko
  2. Dobre towarzystwo (do eksploracji nowych miejsc)
  3. Niezależność finansowa (pozwalająca na liczne wyprawy)
  4. Zwiedzenie wszystkich kontynentów
  5. Międzynarodowi przyjaciele
  6. Poznawanie zaginionych lądów
  7. Dobra baza wypadowa (czyli miejsce, gdzie można wracać – nie dotyczy wszystkich!)

Cel: obywatel świata

 

Warto zauważyć, że elementy poszczególnych scenariuszy mogą się mieszać do woli. Strach przyznać, ale prawdopodobnie dopiero taki mix ma coś wspólnego z rzeczywistymi życioskładankami. Przecież nic w praktyce nie działa podręcznikowo. Wszelkie odstępstwa od normy to… norma.

 

Specjaliści ds. Upiornej Rozrywki Labiryntu Cudowności zanalizowali jedynie pięć scenariuszy gry, ale to pewne, że jest ich duuużo więcej. Dalsze badania trwają. Jeśli masz w zanadrzu jakiś “scenariusz”, zainspiruj mnie! Na pewno dam znać tym moim specjalistom!

 

 

A Ty jak sądzisz? Które składowe są na Twojej liście? Jaki chcesz stworzyć scenariusz?

Myślisz, że idziesz dobrą drogą, czy może należałoby przerzucić któryś punkt z innej rozgrywki?

 

 

WRÓĆ

 

Do Początku proszę!

Słowotok (albo Tokosłow) o statusie z aktorską refleksją w tle

Aktorstwo i inne rozterki

 

To jeszcze nie jest oficjalnie rozpuszczone, te plotki, że w wolnym czasie lubię się bawić w aktorstwo… To znaczy właśnie wszystko się uoficjalniło… Taka prawda. Lubię sobie poudawać, pobawić się i podramatyzować, a aktorstwo to świetna okazja do realizacji tych aspiracji.

 

To naprawdę super sprawa, lekarstwo na życie. Można być kimś innym, z kimś innym, gdzie indziej, ale nie jest to łatwe. Piękny lek na nudę… to recepta na codzienność, wyczerpujący w skutkach dreszczyk emocji, kiedy trzeba dać z siebie wiele. Gra to ryzyko. Nie ma wyjścia, aktor musi trochę zatracić siebie i równocześnie trochę się pokazać. Nieraz bardziej niż by tego chciał. W którym miejscu gra jest wciąż grą, a kiedy wkrada się prawda? Co wtedy? Na ile widz może się zorientować, że gra przestała być grą? Sądzę, że jest to niemożliwe, o ile nie zna się aktora prywatnie. Jak można się z tym zdradzić?

 

Gra

 

To całe aktorstwo wcale nie jest łatwe. Mimo że to dobra zabawa, można pogubić się po drodze i stracić orient kim i gdzie się było, zanim wszystko się pokręciło. Na ile stajemy się graną postacią, a na ile ona staje się nami i przejmuje dowodzenie? Prawdopodobnie niejeden Heath Ledger przeżywał te rozterki. Ja jeszcze ich nie doświadczam, zbyt lekko się tym wszystkim bawię. Sądzę, że to aktorskie zatracenie może być bardzo niebezpieczne. Czy to nie ekscytujące? Fajnie byłoby zrobić “save” sprawdzić, na ile groźne (dla psychiki) jest wchodzenie w kolejne role całym sobą i w razie potrzeby wrócić do zapisanego momentu.

 

Tak w ogóle to ze wszystkim mogłoby tak być, no nie?

 

Gram w “grę”, próbuję czegoś, co może bardzo zaszkodzić, więc robię “save” i nie muszę się martwić. Zawsze mogę wrócić i naprawić to, co się nie udało albo pójść inną ścieżką. Niestety życie to nie Simsy. Nie ma łatwych rozwiązań bez konsekwencji i nikt nie ukradnie nam drabinki z basenu, żeby nas utopić, ale nie o tym miało być, prawda?

 

Wracając do grania, ale tego scenicznego… Trzeba się naprawdę postarać, żeby robić to dobrze. Są różne sztuczki. Będzie o nich wiele w Labiryncie. Jest jedna podstawa – porzucenie “rozumu”. Nic się nie uda, o ile nie zrezygnujemy z racjonalizmu. W TEJ grze trzeba totalnie dać się ponieść emocjom (nie to co w życiu, ha!). Pewien nauczyciel improwizacji powiedział, że wiarygodne aktorstwo wymaga uwolnienia kreatywnej bestii, która w nas siedzi. Efekty mogą być, delikatnie ujmując, niepokojące. Spieszę z wyjaśnieniem, jeszcze tam nie byłam! Co poza bestią jest ważne? Odrzucenie świadomości, że ktoś nas ogląda (i ocenia), zapomnienie o ludziach poza sceną. Myślenie o publice blokuje. Także do kosza z tymi wszystkimi ludkami i jazda! Swoją drogą powoli nadciąga moment, kiedy będę musiała publicznie udowodnić, na ile jestem w stanie odrzucić to wszystko, co przeszkadza w wiarygodności i pozbyć się (nie)zbędnych oporów. Zobaczymy co z tego wyjdzie!

 

Dlaczego nie mogę dojść do sedna sprawy? Dygresje o aktorzeniu przejęły kontrolę nad tym postem. Tak to już bywa w Labiryncie – żyje swoim życiem, ale dość! Koniec tej rozkminy! Czas na…

 

Pro-tip z nutką “statusu” w tle

 

Już uprzedzam – nie skończyłam żadnej super szkoły aktorskiej ani epickiego kursu rocznego, semestralnego czy jakiegoś takiego i póki co nie planuję takiej przygody, ale próbuję w różnych miejscach i wiem, że na granie są różne inne sposoby niż “jedyna słuszna” wyuczona metoda (jak na wszystko). Gotowi na kolejnego pro-tipa ze świata niekończącego się oszustwa?

 

 

Status

 

Czym jest status?

 

Nie mówię tu o tym z fejsbunia albo innych mediów społecznościowych. No pomyśl troszkę, jakie inne statusy nas otaczają? Taki najprostszy, podstawowy to…

 

…”pozycja” w hierarchii, w społeczeństwie, czy gdzie tam chcesz. Każdy ma jakąś pozycję. Zróbmy sobie przykład:

 

Jestem Tadeusz, jestem managerem w dużej firmie. Mam pod sobą ze 100 osób czy coś. Przyzwoicie zarabiam, więc czuję się nieprzyzwoicie zadowolony z siebie i swojej pozycji w ludzkim stadzie… Taki samiec alfa ze mnie.

 

Ale…

 

Tomek: Na imprezach zawsze mocno się upija, opowiada słabe żarty, wygłupia się i nieudolnie podrywa wszystkie wolne (i zajęte) dziewczyny z firmy/knajpy.

Andrzej: Z Tadkiem znam się już dwadzieścia lat, od liceum. Zawsze był typem podrywacza, ale coś mu mocno nie wychodzi. Kobiety patrzą na niego pobłażliwie, z politowaniem i nawet cała ta kasa nie pomaga. No ale przynajmniej ma najnowsze BMW, a ja tylko Opla.

Sabina (jedna z wielu niepoderwanych): Tadeusz nie ma pojęcia o tym, jak powinno się rozmawiać z kobietami. W ględzeniu nie zna umiaru. Straszny z niego egocentryk. Nie można się dopchać do głosu… Na nic cała ta kasa i niezgorszy wygląd – one relacji nie stworzą.

Dawid: Słabiak z niego. Gdybym był kobietą i taki typiarz odważyłby się podejść albo uciekłbym gdzie pieprz rośnie, albo uderzył. Powinien uczyć się od najlepszych i poobserwować mnie w akcji. Może wtedy i on miałby szansę?

Marta: Nudziarz jakich mało. Za nic w świecie nie spotkałabym się z nim drugi raz, mimo że auto fajne… Żarty ma bardzo słabe.

Szef Tadeusza: Bardzo ambitny facet, pnie się coraz wyżej, nie bacząc na okoliczności. Zaraz i mnie “wy-pnie”. Czy to jakaś forma rekompensaty?

Matka: Tadzik to wspaniały chłopak. Tyle osiągnął, dba o siebie. Nie zginie. Tylko gdzie ta piękna jedyna? Czekam na wnuczęta.

 

Nawet jeśli nam się to nie podoba, status, który mamy w społeczeństwie, jest nadawany przez otoczenie, a nie przez nas. Możemy myśleć jedno, a ludzie będą widzieć co innego. Co z tego, że Tadeusz ma się za fajnego faceta, jeśli ludzie sądzą inaczej? Może odnosi sukces w pewnych kwestiach, ale w innych ponosi porażkę, a reputacja ciągnie się za nim jak… dobrze wiecie co. I tak w grupie pięciu osób, każda może przydzielić Tadeuszowi inną cyferkę. On sobie myśli “jestem jedynką, jestem świetny”, a tu bach, sam koniec kolejki. Na co dzień swój status mamy w głowie – zależny od okoliczności i nastroju. Trzeba jednak pamiętać, że zdanie innych bardzo się liczy. No niestety… Na szczęście możemy trochę wymuszać status swoją postawą i działaniami – i to jest super!

 

Status to nie tylko to, jaką mamy pozycję w stadzie, ale też to, jak my sami postrzegamy siebie. Zależnie od tego, gdzie się umiejscowimy na “drabince” w danej sytuacji, tak będziemy się zachowywać. Przetestowałam, m.in. na scenie. Tak prawdziwe, że aż straszne. Kiedy jestem gdzieś i czuję, że “rządzę”, zachowuję się inaczej niż wtedy, kiedy ustawiam się na pozycjach nr 2 lub 3. Tak naprawdę, to lubię być tylko nr 1, czyli panować nad sytuacją i stadem. Kiedy jest inaczej, mocno się irytuję, ale nie powiem, co wtedy robię (poza przeklinaniem). Tajemnica! Ciekawostka: ubiór, wygląd mają bardzo duży wpływ na osobisty “status”, przynajmniej w moim przypadku. Jakie odzienie, taki nastrój i energia. Czasem przymilny kotek, innym razem dziewczę z liceum albo władcza bestia i tak dalej… A jak Twój wygląd i styl wpływają na Twoje zachowanie i na “status”?

 

No i jaki status u kobiet ma Pan Tadeusz?

 

Niski, dlatego może się spodziewać co najwyżej słabego traktowania, chyba że trafi na kogoś o innym spojrzeniu na świat…

 

Status jako stworzenie sceniczne 

 

Jak to wszystko ma się do grania? Jak w życiu, tak w grze. Zasady są te same, tylko aktorzymy podobno “na niby”. Wyobraźmy sobie tę samą scenę między czterema różnymi osobami:

 

Malutka impreza urodzinowa, dwóch facetów i dwie dziewczyny. Solenizant T jest wyraźnie zainteresowany dziewczyną A, a o dziewczynie B nie ma zdania. Mężczyzna D myśli z niechęcią o dziewczynie A, natomiast interesuje się mężczyzną T. Dziewczyna A postrzega dziewczynę B jako zagrożenie. Obie są zafascynowane mężczyzną D.

 

Trochę mi szkoda tych dziewczyn…

 

Wszystkie “wewnętrzne spostrzeżenia” mają mocne odzwierciedlenie w zachowaniach uczestników sceny. Można to świetnie zagrać, w trakcie nawet zmieniając postrzeganie partnerów scenicznych. Różnice będą kolosalne. Poza tym każda z osób A, B, D i T może myśleć co innego o sobie nawzajem w alternatywnych wersjach sceny, co daje nam wiele możliwych scenariuszów. Ale co z tego, że ja Wam to tu wykładam, jak wyobrażenie sobie sytuacji może być trudne? A może nie? Wierzę w Was – przecież bezwyobraźniowe osobniki nie miałyby szans na przetrwanie w Labiryncie… Tak czy siak, najlepiej byłoby to zobaczyć! Może kiedyś cuś nakręcę dla celów edukacyjnych? A może mam napisać kilka historyjek obrazujących sytuację?

 

Na scenie możemy postrzegać “współgraczy” jako ważniejszych lub mniej ważnych od nas, jako interesujących, niebezpiecznych, nudnych, atrakcyjnych, irytujących i tak dalej. Możemy ignorować. To daje duże pole do popisu i miliony możliwości. Dzięki tej statusowej sztuczce możemy bardzo mocno zamieszać, nawet w tej samej scenie. I ja, jak to ja – zachęcam do testowania skrajnego nastawienia do ludzi w życiu codziennym (żeby uchronić się przed nudą). Dla bezpieczeństwa radzę poinformować, że są obiektem eksperymentu.

 

PSSst. Tak naprawdę to nie róbcie tego w domu!