Paths of Inspiration – Inspirujące Ścieżki

Wy(ze)znanie

 

Podobno prywata sprzedaje się najlepiej. W takim razie parę słów z przed i wiośnia. Co w trawie piszczy?

 

Nie ma mnie, bo…

 

Znikam

bo działam

za dużo.

 

TAM, nie TU

 

Wypalam się

 

Rezygnuję z A (a miało być dobre),

kiedy przyjdzie czas na B?

 

Już chcę powiedzieć: “B, dzięki, było wyczerpująco i dłużej nie dam rady”,

 

a później myślę: “a, pociągnę jeszcze troszkę i zobaczę, co to będzie”.

 

No więc ciągnę B, bo okazało się C i D.

 

 

Tak to wygląda. Jak robić wszystko, co robię i nie zwariować?

 

Mówią, że im więcej zadań, tym lepiej gospodarujemy naszym czasem.

 

TAK i NIE.

 

Trzeba bardzo dobrze planować, w zasadzie zostać mistrzem planowania i myślenia na zapas…

 

To nie takie łatwe (i męczące) zwłaszcza, jeśli…

… się nie dosypia

 

i…

… nie dojada, bo nie ma kiedy gotować albo (i) się nie chce. A “miastowe” to nie to samo i ileż można.

 

A co gdy do tego jeszcze nie ładuje się sztuką,

czy jakimś tam twórczym działaniem?

 

STRASZNOŚĆ.

 

Jest ciężko. Patrz poniżej:

 

JA - mniej więcej, więcej mniej
JA – mniej więcej, więcej mniej

 

spalona po marcu-kwietniu, w końcu doznałam odcięcia

 

takiego osobistego samo-pełno-spalenia

 

 

Wiosność

 

Dni przerwy zmieniły trochę na lepsze. Kolejne może też zmienią. Zrobiło się trochę spokojniej, na chwilę.

 

Trzeba panować nad myślaczkami:

 

“A, bo żeby zrobić TO, to muszę załatwić TO i TAMTO.

 

W piątek mam zaplanowane spotkanie, trzeba znaleźć odpowiednie miejsce.

 

Czas w końcu ogarnąć bilety na podróż.”

 

I takie tam. To trudne. To nieustanna droga. Dwa kroki w przód, trzy w tył.

 

A myślaczki (i ludzie) pożerają energię. Dlatego tak lubię bez-ludność.

 

Koniec tej prywaty.

 

Idę sobie (za)kwitnąć…

jak nasze piękne polskie drzewa
jak nasze piękne polskie drzewa

 

 

Show must go on. Jutro od nowa.

 

 

 

A Ty płoń tylko w słusznej sprawie,

w takiej przemyślanej

albo chociaż odsercowej

Absurdalia Cafe – absurdalnie dobre miejsce!

 

 

Dobra Dusza

Ej, wiesz… musimy iść do Absurdaliów! Mają świetne menu, kawy wszystkich rodzajów na dowolnym rodzaju “mleka”,

więc coś dla ciebie. Jest przytulnie, a pieseły zawsze mogą liczyć na miseczkę wody. Bardzo pozytywne miejsce!

Ja

Tak? Więc idźmy tam! Im szybciej, tym lepiej!

 

 

Po raz pierwszy wpadłam do Absurdaliów jeszcze w zimie, z komputerem, żeby pisać (jak zwykle). Kierowana niecierpliwością i ciekawością poszłam tam bez Dobrej Duszy. Wnętrze od razu mi się spodobało, a dobra energia utrzymująca się w powietrzu zachwyciła. Pomyślałam: “tu jest jak w domu i to takim z najpiękniejszych wyobrażeń!”. No ale to, że ładnie i klimat przyjemny, jeszcze nie gwarantuje sukcesu i że będę “bywać.” Menu i obsługa też muszą dać radę. Chyba się udało…

 

 

Moje absurdalne początki w towarzystwie doskonałej zimowej herbaty różanej i ciasta czekoladowego dla miłośników czekolady. Ono jest czystą harmonią!
Moje absurdalne początki w towarzystwie doskonałej zimowej herbaty różanej i ciasta czekoladowego dla miłośników czekolady. Ono jest czystą harmonią!

 

 

W sposób całkowicie niekontrolowany zaistniała absurdalna miłość

 

 

Miło tu, nie sądzisz?
Miło tu, nie sądzisz?

 

 

Do rzeczy, kobieto!

 

No więc jesteśmy w Krakowie, na Podgórzu, w Absurdaliach serwujących m.in. szeroki wybór herbat, dziwacznych kaw oraz napojo-deserów. Są też różnorodne smakołyki na ząb – na słodko i na słono. Możesz więc wpaść nie tylko na rozkoszną porcję cukru, ale również na pożywny lunch. Ja tam zawsze jakoś wpadam w kawiarniany nastrój, więc nie próbowałam jeszcze konkretów. Czas to chyba zmienić!

 

Dobrze się tu pisze, dobrze siedzi i nieźle rozmawia. Mają nawet całkiem wygodne łóżko (albo dwa, jak dwie sale). Można na nim usiąść na przykład z ulubionym… komputerem! Wnętrze jest przytulne, ciepłe i domowe w najlepszym znaczeniu. Nie można mu też odmówić nowoczesności. Na ścianach znajdują się całkiem ładne obrazy ładnych kobiet. Te ładne kobiety są naprawdę ładne! Na dodatek w Absurdaliach jest bardzo dużo światła. Mogłabym mieszkać w takim miejscu!

 

Czyje to będzie miejsce?
Czyje to będzie miejsce?

 

ATMOSFERA:

 

  • wystrój – jest jasno, świetliście, domowo i przytulnie… no i jest łóżko (a nawet dwa), i ładna poduszka, i ładne panie na ścianach
  • muzyka – nienachalna, instrumentalna, na tyle subtelna, że stanowi dobre tło do rozmów i knucia czegoś niedobrego. W skrócie: wycisza a nie drażni
  • ekstrasy – przestrzeń przyjazna dla zwierząt, toaleta przyjazna dla ludzi, prąd dla laptopów, no i łóżka (ponad wszystko)
  • gry planszowe i tony książek – nic tylko grać i czytać, jeśli akurat nie wpadłeś z własnym pomysłem!

 

 

Poza tym mają fajną poduszkę! Brałabym!
Poza tym mają fajną poduszkę! Brałabym!

 

MENU:

 

  • nieziemskie i absurdalne – pełne 8/8
  • słodkości to absurdalny festiwal doskonałości – ciasta i ciastka nie tylko cieszą oko, ale do tego smakują wspaniale
  • szeroki wybór herbat – moje serce skradła szczególnie sezonowa herbata zimowa z syropem różanym i płatkami róż (jeśli wciąż tam jest, wal śmiało i próbuj!)
  • nawet szerszy wybór kaw – i to nie tylko tzw. standardów, ale również cudacznych połączeń typu latte słony karmel czy “Donatan” (patrz poniżej)
  • świeżo wyciskane soki, smoothies, koktajle bez i alkoholowe, śniadania, panini, sałatki i lunch menu wciąż przede mną!

 

 

Oto przesławny Donatan. MUSIAŁAM. Wygląda jak eksplozja cukru? Otóż dzięki harmonijnej kompozycji gorzkiej kawy i słodkiej czekolady, napój jest W SAM RAZ. Naprawdę spodziewałam się, że całość będzie słodsza! Jeśli doskwiera Ci głód, zamawiaj - zjesz i napijesz się w jednym, jak wskazuje dekoracja. Ciekawa propozycja, prawda?
Oto przesławny Donatan. MUSIAŁAM. Wygląda jak eksplozja cukru? Otóż dzięki harmonijnej kompozycji gorzkiej kawy i słodkiej czekolady, napój jest W SAM RAZ. Naprawdę spodziewałam się, że całość będzie słodsza! Jeśli doskwiera Ci głód, zamawiaj – zjesz i napijesz się w jednym, jak wskazuje dekoracja. Ciekawa propozycja, prawda?

 

OBSŁUGA:

 

  • wspaniała, mimo że w połowie “samo” – podchodzisz do baru i zamawiasz, po czym smakołyki do stolika dostarcza Ci bardzo miła pani (a może raczej dziewczyna? Tam są same fajne dziewczyny!)
  • człowiek czuje się jak w domu niezależnie od płci, wieku i zainteresowań (taka aura i tacy ludzie pracują w Absurdalia Cafe)
  • naprawdę można gadać głupoty do tych wszystkich fajnych dziewczyn!

 

Podsumowując, obsługa jest cudowna, miła, rozmowna i zawsze pomocna. Miejmy nadzieję, że tak pozostanie! Absurdalia mogłyby oferować szkolenia z uprzejmości, kultury i doskonałej obsługi klienta mniej udolnym kolegom – nie tylko z branży!

 

 

Kosmos!
Kosmos!

 

 

LOKALIZACJA:

 

Cudowne krakowskie Podgórze z niepowtarzalnym klimatem! Jest gdzie pochodzić przed i po wizycie w Absurdaliach! Wisła w okolicy, nawet wodę można pooglądać i poprzepychać się między tłumami (jak ja dziś)

Dokładniej: ul. Kazimierza Brodzińskiego 6 – dosłownie osiem kroków od Kładki Bernatka

 

MINUSY:

 

Nie można zrobić rezerwacji na weekend (co z ludźmi, którzy wpadli do Krakowa na weekend i BARDZO chcą odwiedzić to miejsce?)

 

 

KOCHAM TO MIEJSCE!

 

Absurdalia Cafe zrobiły konkurencję wszystkim kawiarniom, które do tej pory lubiłam. Cafe Magia, Cytat Cafe (inspirujące miejsce!!!), Mleczarnia, Bunkier Cafe czy Cheder są w tarapatach, to znaczy… nie mogę przestać chodzić do Absurdaliów.

 

Czy ta faza kiedyś przejdzie?

 

Ocena: 7,5/8 (bo rezerwacje)

 

Słynne łóżko i ładna dziewczyna!
Słynne łóżko i ładna dziewczyna!

 

No weźże leć na Podgórze doznać szczypty absurdu!

 

Pierogi z węża – musisz tego spróbować!

 

 

Poważnie się ostatnio zrobiło, więc czas na trochę przyziemności!

 

Czyli na uznany w gronie bliższych i dalszych znajomych przepis na pierogi z węża… (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi z tym wężem)

 

Po raz pierwszy powstał w przypływie radosnej inwencji twórczej (sytuacja poniżej). Później powstał przy jeszcze wielu innych okazjach. Czas się podzielić!

 

Maciek

Zjadłbym pizzę.

Aleksandra

Nieee no, Maciek. Nie róbmy tego. Nie po to idziemy na trening, żeby wżerać później mączną pizzę.
Aż mi wszystko staje w żołądku na samą myśl. Zjedzmy coś lekkiego, zdrowego.
Coś przyjemnego dla żołądka i radującego mięśnie.

Maciek

Hmmm… Dobrze, masz rację. Ugotujmy coś!

Aleksandra

Mam parę rzeczy w domu, zobaczymy, co z tego może powstać.

Maciek

Super! Trzeba coś dokupić?

Aleksandra

Chyba nie. Co powiesz na kurczaka z masłem orzechowym?

Maciek

Brzmi świetnie. Nigdy takiego nie próbowałem.

Aleksandra

W takim razie kurczak. Przypomnę tylko, że nie jadam makaronów, bułek i takich tam,
więc zrobimy coś bez tych składników.

Maciek

OK, zdaję się na ciebie!

Aleksandra

Ha! Już wiem! Mam papier ryżowy. W tym to zrobimy!

Maciek

Wow! To będzie eksperyment!

 

 

I jak to eksperyment i potrzeba chwili – wyszło nienagannie.

 

Pierożek z węża

Pierogi z węża 

 

… ale, ale jak to? Z czego to w ogóle jest? {porcja na kilkanaście sztuk)

 

Świeży szpinak (baby lub niekoniecznie) – pół paczki/paczka lub 4 garście

Boczniaki lub pieczarki (lub dowolne grzyby) – 400 gram

Marchew – 2 średnie sztuki

Cukinia – 1 mała lub średnia

Świeża kurkuma – niewielki korzonek

Seler naciowy – 3 łodygi (tak, te zielone)

Masło orzechowe – 2 łyżki (polecam crunchy w wersji czystej bez olejów palmowych, soli itp.)

Mięso – 400 gram polędwiczek z kurczaka (nie lubię piersi) lub mięsa z udek, lub jakiegokolwiek chcesz albo nawet BEZ

Papier ryżowy – opakowanie (dostępne w niektórych marketach lub sklepach z azjatycką żywnością)

Olej kokosowy lub masło – niewielka ilość do smażenia

Sól himalajska – do smaku

Przyprawy do warzyw – według upodobania (kurkuma sypana, pieprz czarny, zioła, gałka muszkatołowa, majeranek)

Przyprawy do mięsa – polecam mocną korzenną kompozycję (papryka słodka, chilli, gałka muszkatołowa, imbir, cynamon)

 

 

Jak przyrządzić?

 

Warzywa razem, mięso osobno. Proste (i szybkie). Gdy wnętrze masz już gotowe, musisz tylko namoczyć papier ryżowy w zimnej wodzie, wypełnić farszem, zwinąć w kształt koreańskiego mandu i mamy to! Proste jak drut, a jakie dobre!

 

Kolejność przyrządzania: obraną i pokrojoną w niewielkie słupki/talarki marchew podsmaż na patelni na masełku lub oleju koko, dodaj oczyszczone grzyby w małych kawałkach. Dorzuć umyty szpinak, polecam go trochę posiekać, żeby nie było wielkich podłużnych, ciągnących się liści. To nie pasowałoby na farsz naszych pierogów z węża. Wszystkie składniki muszą być w niewielkim rozmiarze. Cukinia, którą dodajemy trochę później, również. Seler naciowy kroimy w półksiężyce. Na koniec leci pokrojona w malutkie kawałeczki kurkuma i gotujemy wszystko, aż warzywa zmiękną do zadowalającego nas poziomu. W międzyczasie polecam doprawić farsz tym, co nam w duszy gra. Nie bój się soli (chyba, że masło orzechowe już ją zawiera) i ziół. Jako zwieńczenie całości dodaj dwie duże łyżki masła orzechowego, podgrzej jeszcze chwilę, mieszając porządnie. Warzywny farsz jest gotowy! Wegetarianie wypełniają nim papier ryżowy, który trzeba namoczyć krótko w zimnej wodzie, najlepiej na dużym głębokim talerzu. Możesz skorzystać z instrukcji na opakowaniu, chyba że wystarcza Ci informacja, że papier musi się zrobić mięciutki i podatny na każdego rodzaju zaginanie.

 

Mięsożercy, gdy zielenina się podsmaża, równolegle przygotowują mięso – w małych kawałeczkach. Polecam je intensywnie przyprawić. Ja zazwyczaj marynuję je dzień wcześniej. Jedyne, co zostało do zrobienia, to podsmażyć mięso na oleju kokosowym. Gdy jest gotowe mieszamy cały farsz i wypełniany nim papier ryżowy, jak wspomniałam wyżej. Na środku miękkiego płata układamy łyżkę lub dwie nadzienia, zbieramy resztę papieru z brzegów i zwijamy, żeby uzyskać kształt mieszka (jak na zdjęciu). Pierogi z węża gotowe!

 

A tak wygląda wężowy pieróg po przekrojeniu
A tak wygląda wężowy pieróg po przekrojeniu

 

Smacznego!

 

PSsst. Opcjonalnie można to wszystko włożyć na moment do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika – papier stanie się chrupiący. Amatorom miękkiej, żelkowej masy ryżowej wystarczy wersja niepodgrzewana. Stanowczo odradzam smażenie pierogów z węża na patelni – danie stałoby się ekstremalnie tłuste i mogłoby unieszczęśliwić każdą wątrobę!

 

PSsst. Pierogi z węża świetnie sprawdzają się na imprezie, ale nie mówcie nikomu, co jest w środku!

A odpuść sobie! Dla zdrowotności

 

“A odpuść sobie!” Myślisz, że odpuszczanie jest złe? A może całkiem w porządku?

 

“Weźże sobie odpuść” mówi ktoś. Mówi też: “No zostań z nami, co będziesz rano wstawał. Trening nie zając, nie ucieknie! No ten jeden raaaaz”.

 

Z czym Ci się kojarzy odpuszczanie? Właśnie z tym co powyżej? Z “porzucaniem siebie” – w wyniku własnej słabości, słabości woli a może namowy innych?

 

Bez wątpienia mamy w przyrodzie takie odpuszczanie i prawdopodobnie każdy się go czasem dopuszcza. Mnie się zdarza, przyznam bez wstydu. Cele warto mieć i do nich dążyć (ja bez tego jakoś żyć nie umiem), ale… Zdarza się tzw. gorszy czas, osłabienie czy brak motywacji. Można od razu definiować problem, szybko działać, naprawiać lub też odpuścić na chwilę. Whatever works. Wiem tylko, że nie ma się co żyłować. Do tej pory zazwyczaj tak działałam i na zdrowie mi nie wychodziło to wrzucanie sobie nieustannej presji. Dlatego też dziś będzie o “odpuszczaniu” – innym niż to już wspomniane.

 

Me, myself and I

 

PRZED

Ktokolwiek mnie kiedykolwiek trochę poznał, wie, że w moim mózgu toczy się ciągła “myślaczka”. Nieustanny potok myśli przepływa w mojej głowie, zatruwając (pod)świadomość. Cóż to za myśli? Pełne fiksacji: “jeszcze to trzeba zrobić”, “o nie, prawie nic pożytecznego dziś nie zrobiłam”, “nie mam czasu”, “mam tyle spraw na głowie”, “przecież nie będę leżeć i się lenić, kto to widział”, “to strata czasu”. I faktycznie, swój czas wolny spędzam raczej aktywnie – niedawno wróciłam do malowania, piszę rzeczy (poza siecią), trenuję, czytam dobre książki, podróżuję, chodzę do kina na to, co naprawdę chcę zobaczyć i, oczywiście, spotykam się z ludźmi, którzy mnie inspirują. Nie dla mnie kilkugodzinne leżenie przed nawet najciekawszym serialem czy, o zgrozo, przed telewizorem. Nie dla mnie gra w gry komputerowe… W przeszłości udało mi się zmarnować bardzo dużo czasu. Już tego nie robię. Od zawsze wiem, że jestem TU nie po to, żeby bezmyślnie konsumować, ale żeby tworzyć.

 

PO

Ten przykładowy potok myśli przedstawiony powyżej mógłby być interesującym przekrojem codziennej aktywności mojego mózgu, ale już NIE. Odpuściłam. Pozwalam sobie na chwile “bezmyśli” (mam tu na myśli “bezmyśl”, czyli brak myślenia). Wyłączam się, sprawiając wrażenie nieobecnej dla świata zewnętrznego. To właśnie wtedy jestem najbardziej obecna, najważniej obecna. Lubię ten stan. Zatrzymuję się, nie biegnę z myślami i z życiem bezmyślnie jak cały nasz nowoczesny świat. Gdy to się jednak przytrafia, zauważam i zatrzymuję. Pozbyłam się poczucia winy, nie wrzucam sobie bez przerwy nieustannych oczekiwań wobec siebie samej. Czasem może być niedoskonale. Nie muszę być i działać perfekcyjnie. Pozbywam się myśli typu: “znowu tego nie zrobiłaś, przecież miałaś to w planie na dzisiejszy dzień”. One jedynie doprowadzają do niekończącego się wyczerpania psychicznego. Wtedy żaden wolny dzień i żaden odpoczynek nie przynosi ulgi… No, ale już PO. Obserwuję się i gdy zdarza mi się wrócić do tego myślowego młyna, interweniuję.

 

Relacje między(ludzkie) i cele

 

PRZED

Do tej pory zawsze walczyłam, inicjowałam – wszystko, nie tylko relacje z ludźmi. Taki to ze mnie go-getter. To był mój chleb powszedni: “aranżować i utrzymywać”, “wychodzić z inicjatywą”, “podejmować działanie jako pierwsza”, “robić po mojemu”, “działać”. Niby dobrze, ale doświadczenie pokazuje, że jednak nie do końca. Im bardziej się czegoś pragnie i za tym goni, tym bardziej się to wymyka. Tak, wiem, Ameryki nie odkryłam, ale uwierzcie, na co dzień naprawdę nie zdajemy sobie z tego sprawy. W ogóle o tym nie myślimy, więc ciągle trzeba przypominać – zwłaszcza o takich oczywistościach. No więc tę moją aktywną waleczność też odpuściłam. Bo może “po mojemu” nie zawsze jest najlepiej dla mnie? Mnie (jednostce) może się wiele wydawać, a później okazuje się, że te przekonania były błędne. Dobrze zrobić krok w tył i spojrzeć z boku na siebie i na różne sytuacje. Zdystansować się. Oczywiście nie jest to łatwe, ale praktyka czyni mistrza. Ja się dopiero uczę. Naprawdę nie o każdą okazję czy relację trzeba walczyć z pazurem, a o dobre znajomości w ogóle nie trzeba walczyć… Nie mówię, że nie należy się starać w relacjach z innymi, ale jestem przekonana, że gdy trafiamy na właściwych ludzi na naszej drodze, nie musimy się spalać, żeby cokolwiek wzniecić i podtrzymać.

 

PO

Przestałam więc “walczyć” o relacje, i ludzi, o każdą jedną rzecz, przestałam się fiksować. Przestałam też oczekiwać, że “wszystko pójdzie po mojej myśli”. Odpuściłam, bo takie podejście nie dawało niczego dobrego, a niepotrzebnie spalało moją energię.  Odpuściłam ludzi. Nie, nie zarzuciłam całej ludzkości (to stało się już dawno temu). Gdy ktoś chce BYĆ i chce, żebym była, jestem obecna. Otaczam ciepłem, zainteresowaniem i uważnością. Gdy ktoś nie chce mojego towarzystwa, nie narzucam się. Odpuszczam. Nie szukam niczyjej uwagi na siłę. Odchodzę, znikam (nazwij jak chcesz). I tak jest dobrze. To dla mnie działa. Polecam podobne podejście. Ma walory zdrowotne! No i wreszcie… jest milion miejsc, w których można mnie znaleźć, jeśli się chce. Nie trzeba nawet specjalnie szukać – ach ten błogosławiony XXI wiek!

 

 

Brave New Reality

Teraz stawiam na Wszechświat i na zaskoczenie. Robię swoje, robię to, co dla mnie ważne. Jestem skupiona. Gdy ktoś mnie potrzebuje, jestem obecna. Słucham siebie “ze środka”. Odsunęłam na bok chłodny racjonalizm i nieustającą kalkulację, z którymi byłam w związku od dwudziestu paru lat. Personę też wykorzeniam. Trudne i ryzykowne, no ale… idziemy do przodu. Porzuciłam nieustające rozmyślanie. I wiecie co? Tak jest lepiej.

 

Zobaczymy gdzie mnie to wszystko zaprowadzi!

 

Ty też sobie odpuść! Dla zdrowotności.

 

Jak?

 

Jak to zrobić? Pomyśleć: “dobra, zmieniam” i już?

 

Może zadziałać, na chwilę.

 

Po jakimś czasie wracamy do punktu startowego…

 

 

Może się wydawać, że tzw. “zmiana myślenia/podejścia” wystarcza, ale z podświadomością nie wygrasz świadomą postawą. Nauka może to potwierdzić.

 

 

No więc JAK…?

 

???????

 

Zaintrygowałam?

 

 

Do następnego!

 

 

 

PSSsst. Odpuszczaj innych, ale siebie się nie waż! W ostatecznym rozrachunku naprawdę zostaniesz tylko Ty.

To mogłaby być filmowa historia…

 

… filmowa historia bez happy endu, bez dodatków i osładzaczy. Życiowa, trochę brutalna i skłaniająca do refleksji.

 

Sprawdzisz?

 

 

Dwóch bezdomnych rozmawia. Poświęcają sobie pełną uwagę. Najzwyczajniej w świecie szczerze ze sobą rozmawiają. Jeden ma dużą butelkę wody, plastikową, bez etykiety. Pewno od kogoś dostał albo skądś wygrzebał, w każdym razie ma się czego napić. Pije, podaje koledze, a ten się częstuje. Nie krzywią się, więc to nie wódka. Dalej rozmawiają. Nie mają smartfonów, w które by się gapili. Tak bardzo NIE MAJĄ, że poniekąd są naprawdę wolni. Nie wiszą nad nimi zobowiązania, nie muszą troszczyć się o swój materialny „dobytek”. Wolni… Nie sądzisz?

Nie ma sposobu kontroli kogoś, kto niczego nie posiada, bo cóż więcej można mu zabrać?

Kawałek wcześniej stoi młody chłopak z głową tak zwieszoną nad telefonem, że aż przypomina słynne „f”. Kawałek później stoi pan około pięćdziesiątki z małym pieskiem na smyczy, radośnie defekującym na trawnik. I tyle. To wszystko. Taka to oto filmowa historia, a raczej scena. Kilkusekundowa.

 

Nic takiego? Nieznaczące? To naprawdę mogłaby być BARDZO symboliczna i niezła scena.

 

Tak jakoś mam, że często obserwuję świat z perspektywy “reżysera” lub też “scenarzysty”. Miłość do kina jest wieczna.

 

Co my tu mamy?

 

Młody z telefonem – symbol upadku i dezintegracji współczesnych relacji oraz narastającej samotności. Taka smaczna degrengolada i problemy z kręgosłupem na starość. Pieśń przyszłości!

 

Bezdomni – symbol przeszłości, starych czasów. Wykluczeni, niemodni, nie wpisują się w nowoczesny kolorowy obrazek. Zachowują się jak ludzie przeszłości – potrafią poświęcić pełną uwagę, zaopiekować się kimś nawet, gdy sami niewiele mają. W obecnym standardzie występuje raczej znieczulica. Panowie są całkowicie poza nawiasem, “niewidoczni” niczym pariasi, bo są bezdomni, a może… dlatego, że nie przystają? Są poza wszech-kontrolującą technologią. Szczęście czy przekleństwo? Trudno jednoznacznie ocenić.

 

Pan z pieskiem – smycz cywilizacji. Kredyty, wielkoekranowe telewizory, świetne samochody, etaty (z domieszką gówna w tle, jak na załączonym obrazku). To jest cywilizowane, to jest dobre. Co by się stało, gdyby odebrać te wszystkie obiekty, te elementy definiujące? Co gdyby zniknęły fajne gadżety, wygodny dom, modne pieski, najnowszy model samochodu? Pojawiłaby się… Pustka? Rozpacz? Dezorientacja? Poczucie bezsensu? Przerażenie? Pewno niejedno z tych uczuć. Cóż. Jeśli ktoś definiuje się poprzez obiekty, gdyby je wszystkie stracił, mógłby stracić też tożsamość. Bolesne i przerażające. Prawda?

 

Sama jeszcze nie mam dość odwagi, żeby się w pełni odciąć. Występuję na elektronicznej smyczy, występuję w społeczeństwie, standardowo, niby zwyczajnie. Mam parę przedmiotów tu i tam. Przydają się. Jest wygodnie, nie ma co narzekać. Smycz też jest, bo bez niej to jakoś dziko i nieswojo. Ale obserwuję, myślę, działam. Zmieniam i udziwniam.

 

Czy przekraczam swoje granice i mówię “papa” najlepszemu przyjacielowi Komfortowi? Czy powinnam je przekraczać?  Czy to w ogóle ważne?

 

 

Dużo pytań, a ile odpowiedzi?

 

Lubię je przekraczać. Zdarza mi się ryzykować – z różnym wynikiem. W ten sposób się uczę. I szukam. Lubię też dobrze się wyspać i kiedy jest mi wygodnie…

 

 

Jak właściwie jest lepiej?

 

 

Wygodnie i zwyczajnie, bez ekstremy i bezpiecznie?

 

 

A może w pełni ryzyka? Rzuć wszystkim i ucieknij na bezludną wyspę.

 

 

 

Jeśli kiedyś do tego dojrzeję, to Wam powiem, która opcja lepiej się sprawdza (przynajmniej dla mnie). A nie, zaraz, zaraz. Nie powiem, bo przecież się odetnę. Może napiszę list i wetknę go w butelkę?

 

 

PSSst. Listy są fajne. Może jakiś napiszę i wyślę do… no właśnie, do kogo?

Twarde z wierzchu, miękkie w środku. Co kto to?

 

Podsłuchane (czy coś):

 

No i wygadała…

 

Masełko

…mamy wiele twarzy. Jesteś tyloma osobami, ile znasz plus jedną.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Ciekawe podejście, podoba mi się! Coś w tym jest. Zakładamy różne maski, zależnie od tego,
z kim akurat rozmawiamy.

Masełko

Ty na przykład jesteś takim stworzeniem, do którego jeśli źle się podejdzie, rozleje się po ziemi
i ciężko będzie pozbierać…

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Hmm… No może, no, ale nie każdy ma do tego dostęp. Nie pokazuję tego na co dzień. Mam
twardą i grubą skorupę. Ciężko się przebić.

Masełko

Ale jak już się przebijesz, to mięciutko.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Stąd ta skorupa. Wiesz co, ja chyba jestem takim kokosem…

Masełko

Kokosem…

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

No tak. Najpierw oczywistości, czyli kokos z zewnątrz jest włochaty, a ja mam całkiem sporo włosów… No i…
choć nie odstraszam twardością na pierwszy rzut oka, to na drugi już tak. A spróbuj się dostać do środka.
Bez odpowiednich narzędzi i sensownych metod nic z tego.

Masełko

Tak, kokosy są bardzo trudne w obsłudze, ale cudowne. Ten kokos bardzo do ciebie pasuje.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Jak już się przebijesz przez twardą warstwę, w środku okazuje się miękko i pysznie, ale łatwo mnie rozlać, jak się nie obchodzi z delikatnością.

Masełko

Dokładnie. Trzeba do ciebie przyjść z miseczką, żebyś mogła się dobrze ułożyć i dopiero wtedy opuścić skorupkę.
Zdecydowanie nie można się za ciebie zabierać od dupy strony.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Oj nie. Całkiem nieźle mnie znasz, choć nie tak długo, ale SZA. Nie wszyscy muszą wiedzieć o tej kokosowatości.

Masełko

Vegas, moja droga, Vegas. O ile sama nie wygadasz, ja nic nie powiem.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Wspaniale! Poza tym… kokos mi bardzo pasuje. Kocham kokosy. To znaczy że kocham siebie?

Masełko

Może troszkę?

 

 

Nic dodać, nic ująć.

Kwaskowate Orzeźwienie – sałatka ze świeżym szpinakiem, jajkiem i gruszką

 

Nie wiem jak Wy, ale ja w czasie świątecznej przerwy zjadłam różne rzeczy…  powiedziałabym – (za)DUŻO różnych rzeczy.

 

Takich, których nie jem na co dzień, bo ani mi to nie służy, ani nie zmienia niczego na lepsze. No, może smakuje od czasu do czasu, ale dość.

 

Przedwczoraj wróciłam do mojego krakowskiego dworu, by z lubością spozierać na pole (ale teraz nie o tym). To też oznacza, że wracam na właściwą ścieżkę po końcowo-grudniowej rozpuście. Zrobiłam zakupy i połączyłam zdobyte towary w jakieś takie kwaskowate orzeźwienie. Wyszło wyśmienicie! A może nie?

 

Kwaskowate Orzeźwienie

 

Dla jednej osoby potrzebujesz:

Szpinak baby – garść

Roszponka – garść

Kiełki – ile chcesz i jakie chcesz (ja wybrałam jarmuż przy tym rozdaniu)

Mała cukinia (na surowo) – 1/3

Jajka na twardo (czy jak tam lubisz) – 2 sztuki

Gruszka – 1/2, druga połowa na deser

Jabłuszkowe kapary – 2 sztuki, bo to takie okrągłe giganty, jak widać na zdjęciu

Musztarda francuska – łyżeczka

Prażone pestki dyni – ile chcesz

 

Opcjonalnie:  1/2 puszki tuńczyka (z wody lub zalewy olejowej)

 

Jak to zrobić?

 

Jak zawsze – łatwo i szybko. Opłukaj szpinak, roszponkę oraz kiełki i wszystko wrzuć do miski. Postaw jajka do gotowania. Ja na twardo gotuję dokładnie 8 minut, wtedy są idealne. Gotuj je ile chcesz, byle nie 10 minut i dłużej, bo wtedy wychodzi z nich paścioza, żółtka robią się sine (bo “szare” to nie dość dramatyczne określenie) i jajka nie są smaczne (ani zdrowe). Obierz cukinię, pokrój według upodobania – ja tym razem zrobiłam podłużne kawałeczki. Dodaj tuńczyka, jeśli chcesz. Bez niego sałatka jest równie smaczna, ale tym razem poszłam w rybę. Gruszkę pokrój na gryzalne kawałki, a kapary na małe części – mają bardzo mocny smak. Dodaj je do sałatki razem z jajkiem pokrojonym w talarki, a wszystko uzupełnij musztardowymi kroplami gorczycy (nie goryczy). Na suchej patelni podpraż pestki, posyp nimi sałatkę i jedzenie gotowe! Szybko, nie sądzisz? Jest kwaskowo, orzeźwiająco i bardzo smakowicie! Smacznego!

 

Zaufaj mi, w tym jest harmonia!
Zaufaj mi, w tym jest harmonia!

 

A może wolisz coś bardziej ZIELONEGO?

Hałaśliwa elektroniczna bezużyteczna bestia, czyli…

 

TELEWIZOR

 

Frustruje i irytuje. Sama egzystencja tego obiektu w moim najbliższym otoczeniu wpływa na mnie negatywnie. Potrafi w momencie wywołać „Hulk mode”, czyli nagły (lub narastający) atak wściekłości… Ta elektroniczna puszka włączona non stop generuje nieskończoną ilość zbędnego hałasu i bodźców, które doprowadzają mnie do szału. Tak, do SZAŁU. Wysyła mi niepotrzebnie nadmierne pokłady najbardziej przyziemnej energii (jeśli nie podziemnej).

 

Powiedzcie mi, jak w ogóle można funkcjonować z nieustannie brzęczącym, odmóżdżającym przedmiotem w tle?

 

Własnych myśli się nie słyszy (a może to o to chodzi?). Ja tak nie mogę. Wchodzę do pomieszczenia, gdzie to jest włączone i w momencie boli mnie głowa. Wkurzam się gdzieś w środku i muszę wyjść, bo dopada mnie narastająca irytacja. Ludzie sprytnie zagłuszają myśli tym jakże społecznie pożądanym przedmiotem. Najlepiej, żeby miał jak najwięcej cali i „hałasował” bez przerwy… “Bendziemy se puszczać fajne kabarety na wjelkim ekranie, Grażyna.” Bleh.

 

Cisza, książka lub własna muzyka, film na życzenie, ten, który SAMA sobie wybrałam – to jest rozwiązanie idealne. A nie zappowanie w poszukiwaniu najlepszego z durnych filmów i tracenie na to czasu albo słuchanie co jeden prezenter z drugim mają do pobzdurzenia. “Ależ on ma białe zęby!”, “Jaka ona mądra! Nie tylko ładna, ale i mądra”. Tylko, że telewizja to taka ładna ILUZJA. Byłam nie raz “za kulisami” i to nie tylko w Polsce, za granicą również, i wiem z doświadczenia, jak się sprawy mają i że prawie każda, nawet najmniejsza sytuacja jest dobrze napisana, a jeszcze lepiej wyreżyserowana. Z grą aktorską różnie to bywa… Gdyby pasowało, użyłabym jednego z ulubionych hasełek: “szkoda strzępić ryja”, ale bardziej pasuje: “szkoda płyty głównej na telewizyjne głowno”. Telewizja reprezentowana dumnie przez telewizor to naprawdę świetny sposób na wrzucanie sobie śmieci do mózgu. Do żołądka wrzucamy śmieci, do mózgu też można. Czemu nie? Ohyda.

 

Wszystko, byleby tylko nie myśleć za dużo, a tym bardziej rozmyślać. To mogłoby zaboleć.

 

 

A mnie się dobrze siedzi w ciszy, powiedziałabym wręcz, że najlepiej. Mru.

 

 

Psst. Wiem, Ameryki nie odkryłam, ale upuściłam sobie trochę żółci na papier. No, na ten elektroniczny.

Psssst. Piękny obraz, trafia w moją estetykę, ale ma w sobie coś gównianego (niczym telewizor).

Zielona Moc

Zielona Moc…

 

aż żałuje, że wykorzystuję to hasło właśnie teraz, ale bardzo wdzięcznie się wpasowuje tym (i wiele innych razy) razem

 

 

Optymistyczna Dusza

Muszę się pochwalić, patrz!

Mistrz

Hm? Co tam?

Optymistyczna Dusza

Wymyśliłam wczoraj świetną sałatkę, proste składniki!

Zdjęcie zostaje przedstawione

Mistrz

Super, ale jest ALE…

Optymistyczna Dusza

Jak to?

Mistrz

Nie miesza się dwóch rodzajów tłuszczów. Mam na myśli avocado i orzechy. Sam nie zawszę się do tego stosuję…

Optymistyczna Dusza

Ach no… nie wiedziałam, że to aż tak ważne! Jak to? Tako rzecze Ayurveda?

Mistrz

Akurat nie o to mi tym razem chodzi. Tłuszcze trudniej się trawią, zużywamy na to bardzo dużo energii, która może przydać się do ważniejszych celów.

Mistrz mruga porozumiewawczo i dodaje:

Ale podoba mi się Twój entuzjazm i minimalizm!

Optymistyczna Dusza

A dziękuję, Panie Nauczycielu. Ja wymieszałam aż trzy i będę to kontynuować! A ostatnią uwagę uznam za komplement.

Mistrz

A proszę!

 

Co wynika z powyższej wymiany zdań? Że mam pomysł i to smaczny oraz prosty do wykonania. Minimalistyczny.

 

Ostatnio u mnie w modzie Paleo. Cóż, szukam najlepszej opcji żywienia dla siebie. Takiej, która poprawi i pozytywnie wpłynie na moje treningowe osiągi, optymalnie odżywi i będzie współgrać z wnętrzem (pod każdym względem). Wzięłam się za to bardzo aktywnie. Dość zbożowo-cukrowej niestrawności!

 

Zainspirowana przez Robba Wolfa wymyśliłam coś prostego i pysznego, w sam raz dla ludzi jedzących maksymalnie 3 posiłki, które muszą być doskonałej jakości i mieć wiele wartości.

 

Zielona Moc 

 

Z czego to? (porcja jednoosobowa)

Szpinak świeży – garść

Seler naciowy – 2 łodygi

Avocado – połówka

Orzechy makadamia – 1/2 garści

Pistacje – 1/2 garści (fajna miara, prawda?)

Oliwa z oliwek (najlepiej taka prawdziwa, a nie zlewki z krajów UE)

Szczypta soli + pieprzu (jeśli potrzebujesz, ja nie dałam)

 

Jak to zrobić?

 

Szybko, prosto i na temat. Posiekaj szpinak na ulubiony rozmiar, pokrój seler na gryzalne kawałeczki. To samo uczyń z avocado. Sypnij orzechem od serca, a na szczyt sałatki zwieńcz oliwnym chlustem. Smaczek!

 

Ależ to zielone, a jakie dobre!
Ależ to zielone, a jakie dobre!

Czarownidziejka z Krainy Wiecznej Inspiracji

 

Nowicjusz

Pani Czarownidziejko, róbmy to twórczo, często i gęsto. Przecież nie liczy się nic poza tym, co po nas zostaje!

Czarownidziejka

Tak, racja. Też tak uważam. A masz dobre źródło?

Nowicjusz

Źródło?

Czarownidziejka

Z którego będziesz twórczo czerpać?

Nowicjusz

Oczywiście! Ciebie!

Czarownidziejka

Mnie?

Nowicjusz

Tak! Inspirujesz mnie bardzo, bo nieustannie wyczarowujesz coś z niczego!

Czarownidziejka

Ach tak?

Nowicjusz

Też bym tak chciał.

Czarownidziejka

Żeby to osiągnąć, musisz czerpać z siebie, nie ze mnie. Twoje pomysły muszą wychodzić ze środka, z wnętrza.

Nowicjusz

Kiedy ja tam nic nie mam.

 

Czarownidziejka wybucha serdecznym śmiechem

 

Czarownidziejka

To jedynie oznacza, że musisz tam to i owo włożyć. Musisz szukać chwil, miejsc, rzeczy i ludzi, dzięki którym do głowy będą Ci wpadać pomysły.

Nowicjusz

No! Więc jesteś jednym z nich!

Czarownidziejka

I co takiego wymyśliłeś?

Nowicjusz

Że bardzo cię lubię i wiem, że inni też ulegną twojemu czarowi.

 

Rozlega się kolejna salwa serdecznego śmiechu

 

Czarownidziejka

I w jaki sposób stworzysz coś dzięki tej emocji?

Nowicjusz

Wyjdę do ludzi i zrobię coś dobrego.

Czarownidziejka

No i tu mamy początek!