A odpuść sobie! Dla zdrowotności

 

“A odpuść sobie!” Myślisz, że odpuszczanie jest złe? A może całkiem w porządku?

 

“Weźże sobie odpuść” mówi ktoś. Mówi też: “No zostań z nami, co będziesz rano wstawał. Trening nie zając, nie ucieknie! No ten jeden raaaaz”.

 

Z czym Ci się kojarzy odpuszczanie? Właśnie z tym co powyżej? Z “porzucaniem siebie” – w wyniku własnej słabości, słabości woli a może namowy innych?

 

Bez wątpienia mamy w przyrodzie takie odpuszczanie i prawdopodobnie każdy się go czasem dopuszcza. Mnie się zdarza, przyznam bez wstydu. Cele warto mieć i do nich dążyć (ja bez tego jakoś żyć nie umiem), ale… Zdarza się tzw. gorszy czas, osłabienie czy brak motywacji. Można od razu definiować problem, szybko działać, naprawiać lub też odpuścić na chwilę. Whatever works. Wiem tylko, że nie ma się co żyłować. Do tej pory zazwyczaj tak działałam i na zdrowie mi nie wychodziło to wrzucanie sobie nieustannej presji. Dlatego też dziś będzie o “odpuszczaniu” – innym niż to już wspomniane.

 

Me, myself and I

 

PRZED

Ktokolwiek mnie kiedykolwiek trochę poznał, wie, że w moim mózgu toczy się ciągła “myślaczka”. Nieustanny potok myśli przepływa w mojej głowie, zatruwając (pod)świadomość. Cóż to za myśli? Pełne fiksacji: “jeszcze to trzeba zrobić”, “o nie, prawie nic pożytecznego dziś nie zrobiłam”, “nie mam czasu”, “mam tyle spraw na głowie”, “przecież nie będę leżeć i się lenić, kto to widział”, “to strata czasu”. I faktycznie, swój czas wolny spędzam raczej aktywnie – niedawno wróciłam do malowania, piszę rzeczy (poza siecią), trenuję, czytam dobre książki, podróżuję, chodzę do kina na to, co naprawdę chcę zobaczyć i, oczywiście, spotykam się z ludźmi, którzy mnie inspirują. Nie dla mnie kilkugodzinne leżenie przed nawet najciekawszym serialem czy, o zgrozo, przed telewizorem. Nie dla mnie gra w gry komputerowe… W przeszłości udało mi się zmarnować bardzo dużo czasu. Już tego nie robię. Od zawsze wiem, że jestem TU nie po to, żeby bezmyślnie konsumować, ale żeby tworzyć.

 

PO

Ten przykładowy potok myśli przedstawiony powyżej mógłby być interesującym przekrojem codziennej aktywności mojego mózgu, ale już NIE. Odpuściłam. Pozwalam sobie na chwile “bezmyśli” (mam tu na myśli “bezmyśl”, czyli brak myślenia). Wyłączam się, sprawiając wrażenie nieobecnej dla świata zewnętrznego. To właśnie wtedy jestem najbardziej obecna, najważniej obecna. Lubię ten stan. Zatrzymuję się, nie biegnę z myślami i z życiem bezmyślnie jak cały nasz nowoczesny świat. Gdy to się jednak przytrafia, zauważam i zatrzymuję. Pozbyłam się poczucia winy, nie wrzucam sobie bez przerwy nieustannych oczekiwań wobec siebie samej. Czasem może być niedoskonale. Nie muszę być i działać perfekcyjnie. Pozbywam się myśli typu: “znowu tego nie zrobiłaś, przecież miałaś to w planie na dzisiejszy dzień”. One jedynie doprowadzają do niekończącego się wyczerpania psychicznego. Wtedy żaden wolny dzień i żaden odpoczynek nie przynosi ulgi… No, ale już PO. Obserwuję się i gdy zdarza mi się wrócić do tego myślowego młyna, interweniuję.

 

Relacje między(ludzkie) i cele

 

PRZED

Do tej pory zawsze walczyłam, inicjowałam – wszystko, nie tylko relacje z ludźmi. Taki to ze mnie go-getter. To był mój chleb powszedni: “aranżować i utrzymywać”, “wychodzić z inicjatywą”, “podejmować działanie jako pierwsza”, “robić po mojemu”, “działać”. Niby dobrze, ale doświadczenie pokazuje, że jednak nie do końca. Im bardziej się czegoś pragnie i za tym goni, tym bardziej się to wymyka. Tak, wiem, Ameryki nie odkryłam, ale uwierzcie, na co dzień naprawdę nie zdajemy sobie z tego sprawy. W ogóle o tym nie myślimy, więc ciągle trzeba przypominać – zwłaszcza o takich oczywistościach. No więc tę moją aktywną waleczność też odpuściłam. Bo może “po mojemu” nie zawsze jest najlepiej dla mnie? Mnie (jednostce) może się wiele wydawać, a później okazuje się, że te przekonania były błędne. Dobrze zrobić krok w tył i spojrzeć z boku na siebie i na różne sytuacje. Zdystansować się. Oczywiście nie jest to łatwe, ale praktyka czyni mistrza. Ja się dopiero uczę. Naprawdę nie o każdą okazję czy relację trzeba walczyć z pazurem, a o dobre znajomości w ogóle nie trzeba walczyć… Nie mówię, że nie należy się starać w relacjach z innymi, ale jestem przekonana, że gdy trafiamy na właściwych ludzi na naszej drodze, nie musimy się spalać, żeby cokolwiek wzniecić i podtrzymać.

 

PO

Przestałam więc “walczyć” o relacje, i ludzi, o każdą jedną rzecz, przestałam się fiksować. Przestałam też oczekiwać, że “wszystko pójdzie po mojej myśli”. Odpuściłam, bo takie podejście nie dawało niczego dobrego, a niepotrzebnie spalało moją energię.  Odpuściłam ludzi. Nie, nie zarzuciłam całej ludzkości (to stało się już dawno temu). Gdy ktoś chce BYĆ i chce, żebym była, jestem obecna. Otaczam ciepłem, zainteresowaniem i uważnością. Gdy ktoś nie chce mojego towarzystwa, nie narzucam się. Odpuszczam. Nie szukam niczyjej uwagi na siłę. Odchodzę, znikam (nazwij jak chcesz). I tak jest dobrze. To dla mnie działa. Polecam podobne podejście. Ma walory zdrowotne! No i wreszcie… jest milion miejsc, w których można mnie znaleźć, jeśli się chce. Nie trzeba nawet specjalnie szukać – ach ten błogosławiony XXI wiek!

 

 

Brave New Reality

Teraz stawiam na Wszechświat i na zaskoczenie. Robię swoje, robię to, co dla mnie ważne. Jestem skupiona. Gdy ktoś mnie potrzebuje, jestem obecna. Słucham siebie “ze środka”. Odsunęłam na bok chłodny racjonalizm i nieustającą kalkulację, z którymi byłam w związku od dwudziestu paru lat. Personę też wykorzeniam. Trudne i ryzykowne, no ale… idziemy do przodu. Porzuciłam nieustające rozmyślanie. I wiecie co? Tak jest lepiej.

 

Zobaczymy gdzie mnie to wszystko zaprowadzi!

 

Ty też sobie odpuść! Dla zdrowotności.

 

Jak?

 

Jak to zrobić? Pomyśleć: “dobra, zmieniam” i już?

 

Może zadziałać, na chwilę.

 

Po jakimś czasie wracamy do punktu startowego…

 

 

Może się wydawać, że tzw. “zmiana myślenia/podejścia” wystarcza, ale z podświadomością nie wygrasz świadomą postawą. Nauka może to potwierdzić.

 

 

No więc JAK…?

 

???????

 

Zaintrygowałam?

 

 

Do następnego!

 

 

 

PSSsst. Odpuszczaj innych, ale siebie się nie waż! W ostatecznym rozrachunku naprawdę zostaniesz tylko Ty.

Czarownidziejka z Krainy Wiecznej Inspiracji

 

Nowicjusz

Pani Czarownidziejko, róbmy to twórczo, często i gęsto. Przecież nie liczy się nic poza tym, co po nas zostaje!

Czarownidziejka

Tak, racja. Też tak uważam. A masz dobre źródło?

Nowicjusz

Źródło?

Czarownidziejka

Z którego będziesz twórczo czerpać?

Nowicjusz

Oczywiście! Ciebie!

Czarownidziejka

Mnie?

Nowicjusz

Tak! Inspirujesz mnie bardzo, bo nieustannie wyczarowujesz coś z niczego!

Czarownidziejka

Ach tak?

Nowicjusz

Też bym tak chciał.

Czarownidziejka

Żeby to osiągnąć, musisz czerpać z siebie, nie ze mnie. Twoje pomysły muszą wychodzić ze środka, z wnętrza.

Nowicjusz

Kiedy ja tam nic nie mam.

 

Czarownidziejka wybucha serdecznym śmiechem

 

Czarownidziejka

To jedynie oznacza, że musisz tam to i owo włożyć. Musisz szukać chwil, miejsc, rzeczy i ludzi, dzięki którym do głowy będą Ci wpadać pomysły.

Nowicjusz

No! Więc jesteś jednym z nich!

Czarownidziejka

I co takiego wymyśliłeś?

Nowicjusz

Że bardzo cię lubię i wiem, że inni też ulegną twojemu czarowi.

 

Rozlega się kolejna salwa serdecznego śmiechu

 

Czarownidziejka

I w jaki sposób stworzysz coś dzięki tej emocji?

Nowicjusz

Wyjdę do ludzi i zrobię coś dobrego.

Czarownidziejka

No i tu mamy początek!

(Nie)wszystkie źródła inspiracji

Częściowo swoje powiedziałam TUTAJ, ale to jeszcze nie koniec.

 

 

Skąd przychodzi najlepsza inspiracja?

 

 

Ze “światła” czy z “mroku”?

 

 

Z odczuwania szczęścia, a może z nieszczęścia?

 

 

 

Czy twórca musi być nieszczęśliwy, żeby tworzyć?

 

 

Zawsze się nad tym zastanawiałam. Odpowiedź zawsze brzmiała: “nieszczęście to klucz”, a świat uporczywie to potwierdzał i potwierdza do dziś. Dlaczego mam wrażenie, że wielu “zapamiętanych” i uznanych artystów czerpało, i wciąż czerpie właśnie z “ciemnej strony mocy”? Z tego co ich gnębi(ło) i spędza(ło) sen z powiek?

 

Dlaczego to, co zwyczajnie dobre i pozytywne jakoś takoś nas nie pociąga? Nie budzi zaciekawienia i ekscytacji? Nie inspiruje?

 

 

Realia, a materiał i twórca

 

Świat, media i popkultura nas zepsuły, ot co. Lubujemy się w ekstremach, bo “fajnie coś takiego zobaczyć”, poczytać o tym, ale za nic w świecie nie chcielibyśmy tego przeżyć. Są emocje – może tylko w książce i na ekranie, a nie w naszym życiu, ale są. Jest strasznie, niepokojąco, ekscytująco. Taka “Gra o Tron”, niech będzie na przykład. Kto przeżyje? Kto będzie szczęśliwy? Czy im się uda? Jesteśmy żądni mocnych wrażeń i emocji, najlepiej z dwóch skrajnych biegunów. I tak, kiedy to tylko możliwe, serwujemy sobie emocje i przygody innych osób, bohaterów mniej lub bardziej nierzeczywistych historii. Potrzebujemy tego, bo w codzienności rzadko ryzykujemy na tyle, żeby przeżywać ekstremalne doznania. Trochę strach, no i po co tak ryzykować? “Bezpieczeństwo ponad wszystko”. Przecież jako gatunek chcemy zachować życie, a w ostatecznym rozrachunku przetrwać, ale nie chcemy się nudzić. Prawda?

 

Po to nam sztuka i rozrywka – kino, książki czy teatr. Bohaterowie tacy wyraziści, a historie przejmujące. Podobno najlepsze są te, które bazują na rzeczywistości, bo mają w sobie wystarczającą dozę autentyczności. Gwarantują katharsis o wielkiej mocy. ALE… Dla mnie ta rzeczywistość musi zostać poddana dekonstrukcji, bo w przeciwnym razie NIE pociąga. Gdy chcę realizm albo naturalizm, to wychodzę na ulicę. Ja potrzebuję modyfikacji. Sztuka MUSI odrywać mnie od zwyczajności, przenosić w inne światy, smakować nutami szaleństwa i dziwactwem. Kontrowersja wizualno-treściowa bardzo mi odpowiada, dopóki mieści się poza granicami kiczu. Gdzie są te granice? Wyczuwam intuicyjnie, choć wiem, że mój “nie-kicz”, może być czyimś kiczem…

 

A co z twórcami? Ci wszyscy “szaleńcy”, którzy tworzą, pociągają nas i inspirują, bo robią TO, na co większość nie ma odwagi. Wychodzą przed szereg i im się udaje. Ciężko wyjść “poza”, no nie? Jeszcze byśmy się wygłupili, ktoś mógłby niemiło skomentować, a tego nie chcemy. A może by tak puścić to luzem mimo uszu? To, co inni sobie myślą? Żeby to zrobić trzeba albo a) mieć naprawdę nierówno pod kopułą (ale kto ma “równo” i gdzie jest to “równo”?), b) mieć wszystko bardzo dobrze poukładane ze sobą. Ja dążę do tej drugiej opcji, lecz bez zatracenia dziwactwa, które we mnie siedzi. Czas wywalić zachowawczość do kosza!

 

 

Inspiracja. A może jednak jasność?

 

Ten mały obiekt  przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!
Ten mały obiekt przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!

 

Gdzie znajduje się moment czerpania ze “światła”? W tych rzadkich chwilach pełnego spokoju i szczęścia, a może raczej… gdy dochodzimy do odpowiedniego poziomu samorozwoju i wewnętrznego dobrostanu, i kiedy otaczają nas właściwi ludzie. Wtedy twórczość ma szansę rozkwitać, zyskuje dobre cechy i właściwości budujące. Inspiruje do dobrego, do postępu. Bo przecież jesteśmy w stanie zaoferować światu tylko to, co w nas siedzi… Tworzenie, to nic innego, jak wywalanie swoich “bebechów” na świat. Przerażające, prawda?

 

Czy są inne źródła niż wewnętrzny spokój? A są. Mogą być przebłyskami, chwilami. Stworzeniami dwu lub czworonożnymi, a nawet skrzydłymi… Niedawno “odkryłam”, a raczej przypomniałam sobie coś małego, naprawdę malutkiego: natura potrafi dać wielką inspirację, bo to życie samo w sobie, to inspiracja prosto z jasności. Czasem takich drobnych “odkryć” nie można dokonać bez namacalnego doświadczenia. Krwistoczerwone róże na klombie w ponurej dzielnicy? Krople deszczu w październikowe popołudnie? Głośny niepohamowany śmiech przyjaciela? Albo nowe, małe stwory pod opieką? Jakiś czas temu pojawił się w moim otoczeniu maleńki kot. Sprawia, że nie mogę się opędzić od twórczych myśli, nawet gdy Figa bezrefleksyjnie demoluje otoczenie (to znaczy gdy się cieszy). Myśli są wszędzie, nadchodzą w nieskończoność i łączą się z tymi o moich własnych kotach, mieszkających kawałek stąd. Ta malizna się nie zastanawia, nie jest zachowawcza, nie analizuje. Po prostu jest. Robi to, na co ma ochotę i zupełnie nie myśli o tym, że komuś mogłoby się to nie spodobać albo ktoś doznałby szoku. Przecież jest tak słodka, że wszystko się jej wybaczy… Też tak chcę – istnieć bez zbędnych przemyśleń, bo myślenie, Moi Drodzy, to ogólnie bardzo dobra rzecz, dopóki nie hamuje działania. Uczę się tego i nie ręczę za efekty!

 

 

Białe, czarne, białe

 

Zdarza mi się tworzyć różne rzeczy i wielokrotnie miałam okazję usłyszeć: “czemu w tym tyle przemocy?”, “zawsze tworzysz niepokojące historie”, “to jest bardzo mroczne”. Gdy czerpię z “mroku”, twórczość staje się pokręcona i nie da się w żaden sposób zakamuflować tych ciemnych plam, nawet jeśli obsmaruje się je lukrem. Nie ukrywam, że lubuję się w tym ciężkim, dramatycznym nastroju, ale… kiedy czerpię z radości i szczęścia, a energię mam na odpowiednim poziomie, powstają dobre i pozytywne treści. Czy ekscytują? Na pewno inspirują i niosą dobry przekaz. Gdzie w tym wszystkim miejsce na pazurek i nutę dramatyzmu? Znajdzie się, bo gdzie jest światło, tam czai się cień i na odwrót. Tak działa świat i nie ma tu przestrzeni na dyskusje. Wszystko ma “dwie strony medalu”. Obie nieustannie się przejawiają. Przecież to oczywista oczywistość i najprawdziwsza prawda. Tylko czy o tym pamiętamy?

 

 

No leć już, leć!

 

Jedno jest pewne – nie możemy czerpać z obojętności. Tylko silne emocje pozwalają tworzyć i prowadzą do postępu. U mnie wieje kreatywną pustką, gdy nie potrafię w sobie wzbudzić emocji i kiedy żadne mi nie towarzyszą. Gdy nikt ani nic mnie nie inspiruje… Gdy nic nie zachwyca. Gdy nikt nie zachwyca. Można próbować wzbudzać w sobie pomysły, wyciskać coś z siebie na siłę, ale to zawsze jest suche i beznamiętne. Czasem lepiej, żeby się waliło i paliło, o ile coś z tego powstaje, ale lepiej jest, gdy “świeci”, a w umyśle panuje zdrowy porządek. Zwłaszcza, że chaos zawsze znajdzie miejsce, żeby o sobie przypomnieć!

 

PSSst. W Krakowie panuje taka dziwaczna Grypa, FLU Twórcza się nazywa. Emanują prawdziwie twórczą energią! Ta Grypa to moja nowa inspiracja!

Alexander McQueen i te mroczne miejsca

Sukces czy porażka?

 

Jakiś czas temu obejrzałam film biograficzny “McQueen”, opowiadający drogę projektanta mody od trudnych finansowo początków (geniusz i talent przejawiał od zawsze) po spektakularny sukces i życie zakończone nieszczęśliwie, bo samobójstwem. Poza swoją marką “Alexander McQueen”, projektant tworzył kolekcje dla Givenchy czy Gucci, ale nie o tym będzie mowa… Nawet spektakularny sukces w swojej branży nie gwarantuje szczęścia, jak okazało się na jego przykładzie, a branża na pewno ma znaczenie. Moda, kino, teatr, muzyka to trudne “działki” – trzeba dać z siebie wiele, żeby coś osiągnąć. Trzeba się dosłownie obnażyć emocjonalnie i wewnętrznie, co wyczerpuje. Przecież silne emocje wyczerpują tak samo jak demaskowanie swojego wnętrza ku uciesze publiki. Czasem trzeba “się sprzedać”, żeby dojść na szczyt. Powiem Wam, jak to zrobić, jak już będę “po”. Wracając jednak do tematu… kiedy publika robi się gigantyczna, napięcie wzrasta i nigdzie nie można znaleźć spokoju. To musi być ciężkie i obezwładniające, zwłaszcza, gdy w pakiecie nosi się nieciekawe rany z dzieciństwa, a jakoś brakuje sposobu, żeby je zaleczyć.

Czy życie artysty naznaczone międzynarodowym sukcesem, zapisane na kartach historii można uznać za udane, za sukces? Nawet wtedy, gdy zakończyło się z woli głównego zainteresowanego, samobójstwem? To zależy od ambicji i aspiracji. Czuję, że mnie by takie burzliwe życie zadowoliło dużo bardziej niż spokojny żywot bez wzlotów i upadków. Nawet, gdyby było bardzo dramatycznie (lecz z umiarem). Kto wie, co przyszłość przyniesie i co sobie sama “ugotuję”? Ale… niezależnie od wszystkiego nie chcę żeby pożerał mnie…

 

…mrok 

 

Mimo całego swojego magnetyzmu, mrok jest ciężki do zniesienia. Męczy i przytłacza. Jeśli w nas siedzi, prędzej czy później znajdzie ujście…

 

Nie mamy pojęcia jak bardzo żarł od środka Lee McQueena. Można jedynie przypuszczać, patrząc na kontrowersyjne projekty i kolekcje Brytyjczyka – wykonane naprędce z taśmy klejącej albo innego “niegodnego uwagi” materiału lub z odpowiednim przygotowaniem i nabożnością z najlepszych surowców dla uznanych domów mody (ale i tak na ostatnią chwilę). Kicz? Czemu nie. Jego pomysły były piękne, przejmujące i niebywale charakterystyczne. Brzydkie? Kwestia gustu. Z jednej strony wychwalały kobiety, innym razem koncentrowały się na poniżeniu. Skrajności. Lee zdecydowanie był po stronie kobiet, nie przeciwko, choć media lansowały inną wizję. Media to zawsze pokażą jedyny słuszny obrazek dla mas. No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nieważne jak mówią, ważne, żeby mówili! Zadziałało, bo właśnie od kontrowersji wszystko się u McQueena zaczęło.

 

Lee w swoją pracę wkładał siebie. To była dla niego forma terapii. Tworzył bardzo autentycznie. Okropne doświadczenia z dzieciństwa? Stworzyły nieszczęśliwego geniusza. Chwała złu za to. Żart, nieśmieszny, wiem, ale McQueen to tylko jeden z wielu przypadków… Prawda jest taka, że mrok siedzi chyba w sercach wszystkich artystów (i nie tylko). Nikt nie jest “nieskażony”, czy to dzięki innym, czy na własne życzenie. Na chwilę obecną śmiem twierdzić, że to MROK jest najlepszą pożywką dla sztuki, a przynajmniej najlepszą pożywką dla tej naprawdę przejmującej twórczości.

 

Co z nim dalej zrobić?

 

Co ja w ogóle przez to rozumiem? Czym jest ten cały MROK, te mroczne miejsca?

 

To wszystkie negatywne uczucia, które w nas siedzą. To odczuwanie nieszczęścia, cierpienie różnego rodzaju, wewnętrzna pustka, zagubienie, samotność, złe wspomnienia, strach czy niepokój. Wszystkie te okropne, przytrafiające się nam w różnych okolicznościach smutki. Pytanie: spychać na peryferie świadomości, żeby zakwitły dorodnie? A może twórczo wyganiać? Pozbywać się i czerpiąc z tych smętnych wpływów, wyrzucać z siebie ciężkie treści, siejąc je dalej? Czy to moralnie dobre tak truć kolejne osoby? Ciężko ocenić. Zakładam, że rozum każdy posiada i świadomie wybierze kto i co będzie kształtowało jego poglądy i (pod)świadomość. Gorzej z tymi, co trafią przypadkiem i nie będą mieli jak się obronić… jakieś dzieci i tak dalej. No cóż.

 

Czyli lepiej jednak ciągnąć w stronę światła? Tak byłoby idealnie, tylko czy istnieje rzeczywistość idealna?

 

Nie w tym wymiarze.

 

 

PSSst. Niezły czaszko-rower, co nie? Jestem przekonana, że sam McQueen by takim nie pogardził!

PSsst 2. Ja dobrze wiem, jak czerpać z tego ciemnego, obiecuję sobie, że spróbuję i z jasnego!

Słowotok (albo Tokosłow) o statusie z aktorską refleksją w tle

Aktorstwo i inne rozterki

 

To jeszcze nie jest oficjalnie rozpuszczone, te plotki, że w wolnym czasie lubię się bawić w aktorstwo… To znaczy właśnie wszystko się uoficjalniło… Taka prawda. Lubię sobie poudawać, pobawić się i podramatyzować, a aktorstwo to świetna okazja do realizacji tych aspiracji.

 

To naprawdę super sprawa, lekarstwo na życie. Można być kimś innym, z kimś innym, gdzie indziej, ale nie jest to łatwe. Piękny lek na nudę… to recepta na codzienność, wyczerpujący w skutkach dreszczyk emocji, kiedy trzeba dać z siebie wiele. Gra to ryzyko. Nie ma wyjścia, aktor musi trochę zatracić siebie i równocześnie trochę się pokazać. Nieraz bardziej niż by tego chciał. W którym miejscu gra jest wciąż grą, a kiedy wkrada się prawda? Co wtedy? Na ile widz może się zorientować, że gra przestała być grą? Sądzę, że jest to niemożliwe, o ile nie zna się aktora prywatnie. Jak można się z tym zdradzić?

 

Gra

 

To całe aktorstwo wcale nie jest łatwe. Mimo że to dobra zabawa, można pogubić się po drodze i stracić orient kim i gdzie się było, zanim wszystko się pokręciło. Na ile stajemy się graną postacią, a na ile ona staje się nami i przejmuje dowodzenie? Prawdopodobnie niejeden Heath Ledger przeżywał te rozterki. Ja jeszcze ich nie doświadczam, zbyt lekko się tym wszystkim bawię. Sądzę, że to aktorskie zatracenie może być bardzo niebezpieczne. Czy to nie ekscytujące? Fajnie byłoby zrobić “save” sprawdzić, na ile groźne (dla psychiki) jest wchodzenie w kolejne role całym sobą i w razie potrzeby wrócić do zapisanego momentu.

 

Tak w ogóle to ze wszystkim mogłoby tak być, no nie?

 

Gram w “grę”, próbuję czegoś, co może bardzo zaszkodzić, więc robię “save” i nie muszę się martwić. Zawsze mogę wrócić i naprawić to, co się nie udało albo pójść inną ścieżką. Niestety życie to nie Simsy. Nie ma łatwych rozwiązań bez konsekwencji i nikt nie ukradnie nam drabinki z basenu, żeby nas utopić, ale nie o tym miało być, prawda?

 

Wracając do grania, ale tego scenicznego… Trzeba się naprawdę postarać, żeby robić to dobrze. Są różne sztuczki. Będzie o nich wiele w Labiryncie. Jest jedna podstawa – porzucenie “rozumu”. Nic się nie uda, o ile nie zrezygnujemy z racjonalizmu. W TEJ grze trzeba totalnie dać się ponieść emocjom (nie to co w życiu, ha!). Pewien nauczyciel improwizacji powiedział, że wiarygodne aktorstwo wymaga uwolnienia kreatywnej bestii, która w nas siedzi. Efekty mogą być, delikatnie ujmując, niepokojące. Spieszę z wyjaśnieniem, jeszcze tam nie byłam! Co poza bestią jest ważne? Odrzucenie świadomości, że ktoś nas ogląda (i ocenia), zapomnienie o ludziach poza sceną. Myślenie o publice blokuje. Także do kosza z tymi wszystkimi ludkami i jazda! Swoją drogą powoli nadciąga moment, kiedy będę musiała publicznie udowodnić, na ile jestem w stanie odrzucić to wszystko, co przeszkadza w wiarygodności i pozbyć się (nie)zbędnych oporów. Zobaczymy co z tego wyjdzie!

 

Dlaczego nie mogę dojść do sedna sprawy? Dygresje o aktorzeniu przejęły kontrolę nad tym postem. Tak to już bywa w Labiryncie – żyje swoim życiem, ale dość! Koniec tej rozkminy! Czas na…

 

Pro-tip z nutką “statusu” w tle

 

Już uprzedzam – nie skończyłam żadnej super szkoły aktorskiej ani epickiego kursu rocznego, semestralnego czy jakiegoś takiego i póki co nie planuję takiej przygody, ale próbuję w różnych miejscach i wiem, że na granie są różne inne sposoby niż “jedyna słuszna” wyuczona metoda (jak na wszystko). Gotowi na kolejnego pro-tipa ze świata niekończącego się oszustwa?

 

 

Status

 

Czym jest status?

 

Nie mówię tu o tym z fejsbunia albo innych mediów społecznościowych. No pomyśl troszkę, jakie inne statusy nas otaczają? Taki najprostszy, podstawowy to…

 

…”pozycja” w hierarchii, w społeczeństwie, czy gdzie tam chcesz. Każdy ma jakąś pozycję. Zróbmy sobie przykład:

 

Jestem Tadeusz, jestem managerem w dużej firmie. Mam pod sobą ze 100 osób czy coś. Przyzwoicie zarabiam, więc czuję się nieprzyzwoicie zadowolony z siebie i swojej pozycji w ludzkim stadzie… Taki samiec alfa ze mnie.

 

Ale…

 

Tomek: Na imprezach zawsze mocno się upija, opowiada słabe żarty, wygłupia się i nieudolnie podrywa wszystkie wolne (i zajęte) dziewczyny z firmy/knajpy.

Andrzej: Z Tadkiem znam się już dwadzieścia lat, od liceum. Zawsze był typem podrywacza, ale coś mu mocno nie wychodzi. Kobiety patrzą na niego pobłażliwie, z politowaniem i nawet cała ta kasa nie pomaga. No ale przynajmniej ma najnowsze BMW, a ja tylko Opla.

Sabina (jedna z wielu niepoderwanych): Tadeusz nie ma pojęcia o tym, jak powinno się rozmawiać z kobietami. W ględzeniu nie zna umiaru. Straszny z niego egocentryk. Nie można się dopchać do głosu… Na nic cała ta kasa i niezgorszy wygląd – one relacji nie stworzą.

Dawid: Słabiak z niego. Gdybym był kobietą i taki typiarz odważyłby się podejść albo uciekłbym gdzie pieprz rośnie, albo uderzył. Powinien uczyć się od najlepszych i poobserwować mnie w akcji. Może wtedy i on miałby szansę?

Marta: Nudziarz jakich mało. Za nic w świecie nie spotkałabym się z nim drugi raz, mimo że auto fajne… Żarty ma bardzo słabe.

Szef Tadeusza: Bardzo ambitny facet, pnie się coraz wyżej, nie bacząc na okoliczności. Zaraz i mnie “wy-pnie”. Czy to jakaś forma rekompensaty?

Matka: Tadzik to wspaniały chłopak. Tyle osiągnął, dba o siebie. Nie zginie. Tylko gdzie ta piękna jedyna? Czekam na wnuczęta.

 

Nawet jeśli nam się to nie podoba, status, który mamy w społeczeństwie, jest nadawany przez otoczenie, a nie przez nas. Możemy myśleć jedno, a ludzie będą widzieć co innego. Co z tego, że Tadeusz ma się za fajnego faceta, jeśli ludzie sądzą inaczej? Może odnosi sukces w pewnych kwestiach, ale w innych ponosi porażkę, a reputacja ciągnie się za nim jak… dobrze wiecie co. I tak w grupie pięciu osób, każda może przydzielić Tadeuszowi inną cyferkę. On sobie myśli “jestem jedynką, jestem świetny”, a tu bach, sam koniec kolejki. Na co dzień swój status mamy w głowie – zależny od okoliczności i nastroju. Trzeba jednak pamiętać, że zdanie innych bardzo się liczy. No niestety… Na szczęście możemy trochę wymuszać status swoją postawą i działaniami – i to jest super!

 

Status to nie tylko to, jaką mamy pozycję w stadzie, ale też to, jak my sami postrzegamy siebie. Zależnie od tego, gdzie się umiejscowimy na “drabince” w danej sytuacji, tak będziemy się zachowywać. Przetestowałam, m.in. na scenie. Tak prawdziwe, że aż straszne. Kiedy jestem gdzieś i czuję, że “rządzę”, zachowuję się inaczej niż wtedy, kiedy ustawiam się na pozycjach nr 2 lub 3. Tak naprawdę, to lubię być tylko nr 1, czyli panować nad sytuacją i stadem. Kiedy jest inaczej, mocno się irytuję, ale nie powiem, co wtedy robię (poza przeklinaniem). Tajemnica! Ciekawostka: ubiór, wygląd mają bardzo duży wpływ na osobisty “status”, przynajmniej w moim przypadku. Jakie odzienie, taki nastrój i energia. Czasem przymilny kotek, innym razem dziewczę z liceum albo władcza bestia i tak dalej… A jak Twój wygląd i styl wpływają na Twoje zachowanie i na “status”?

 

No i jaki status u kobiet ma Pan Tadeusz?

 

Niski, dlatego może się spodziewać co najwyżej słabego traktowania, chyba że trafi na kogoś o innym spojrzeniu na świat…

 

Status jako stworzenie sceniczne 

 

Jak to wszystko ma się do grania? Jak w życiu, tak w grze. Zasady są te same, tylko aktorzymy podobno “na niby”. Wyobraźmy sobie tę samą scenę między czterema różnymi osobami:

 

Malutka impreza urodzinowa, dwóch facetów i dwie dziewczyny. Solenizant T jest wyraźnie zainteresowany dziewczyną A, a o dziewczynie B nie ma zdania. Mężczyzna D myśli z niechęcią o dziewczynie A, natomiast interesuje się mężczyzną T. Dziewczyna A postrzega dziewczynę B jako zagrożenie. Obie są zafascynowane mężczyzną D.

 

Trochę mi szkoda tych dziewczyn…

 

Wszystkie “wewnętrzne spostrzeżenia” mają mocne odzwierciedlenie w zachowaniach uczestników sceny. Można to świetnie zagrać, w trakcie nawet zmieniając postrzeganie partnerów scenicznych. Różnice będą kolosalne. Poza tym każda z osób A, B, D i T może myśleć co innego o sobie nawzajem w alternatywnych wersjach sceny, co daje nam wiele możliwych scenariuszów. Ale co z tego, że ja Wam to tu wykładam, jak wyobrażenie sobie sytuacji może być trudne? A może nie? Wierzę w Was – przecież bezwyobraźniowe osobniki nie miałyby szans na przetrwanie w Labiryncie… Tak czy siak, najlepiej byłoby to zobaczyć! Może kiedyś cuś nakręcę dla celów edukacyjnych? A może mam napisać kilka historyjek obrazujących sytuację?

 

Na scenie możemy postrzegać “współgraczy” jako ważniejszych lub mniej ważnych od nas, jako interesujących, niebezpiecznych, nudnych, atrakcyjnych, irytujących i tak dalej. Możemy ignorować. To daje duże pole do popisu i miliony możliwości. Dzięki tej statusowej sztuczce możemy bardzo mocno zamieszać, nawet w tej samej scenie. I ja, jak to ja – zachęcam do testowania skrajnego nastawienia do ludzi w życiu codziennym (żeby uchronić się przed nudą). Dla bezpieczeństwa radzę poinformować, że są obiektem eksperymentu.

 

PSSst. Tak naprawdę to nie róbcie tego w domu!

Trzy słowa na S

…o Szczęściu, Słabości i Słodkości

 

Jak obstawiasz? To Góra Szczęścia, Słodkości czy Słabości?

 

Ponad nami Góra Szczęścia czy Słabości, a może po prostu Słodkości? Prawdopodobnie każde z osobna i wszystkie na raz

 

Sobota chyli się ku końcowi i czas najwyższy rozstrzygnąć ten trzysłowny spór, który pojawił się bez najmniejszego ostrzeżenia parę dni temu, kiedy przypadkowo (!) zamówiłam Czarny Las z wiśniami (a może Czarną Górę?)…

 

SŁODKOŚĆ

 

Czy odrobina Słodkości może zapewnić Szczęście? Chwilowe na pewno, ale co jeśli Słodkości robi się zbyt wiele? Już tak nie cieszy? Zaczyna się nudzić? Brzydnie? Z jednej strony powiem, że tak, a z drugiej, że nie. Są tacy ludzie, którym Słodkości nigdy za wiele i obawiam się, że należę do tej grupy. Zaobserwujcie mnie tylko w otoczeniu słodkich cudów, to zrozumiecie… Ale czy to może dać Szczęście? Wątpię. Wiem jedynie, że może zafundować chwilowe kulinarne zadowolenie, ale problemów na pewno nie rozwiąże. Gwarantuję. Może co najwyżej dołożyć nowych!

Specjaliści z Instytutu Holili Labiryntu Cudowności wyraźnie twierdzą, że nadmiar Słodkości może być zgubny i prowadzić do choroby oraz ogólnego osłabienia ustroju. Może nawet wpuścić do organizmu węża, co objawia się mocnym powiększeniem obwodu w rejonie brzusznym. W dalszych stadiach węże pojawiają się w innych miejscach, drastycznie zmieniając gabaryty delikwenta dotkniętego wężową przypadłością. Niełatwo się z niej wyleczyć. Zazwyczaj konieczne jest stosowanie specjalnych działań fizycznych wyganiających węże. Całkowite pozbycie się Słodkości, którą węże uwielbiają i zaimplementowanie specjalnego sposobu odżywiania odstraszy węże, ale pamiętajcie, że będą bardzo oporne! Lepiej w ogóle ich nie wpuszczać! Tak, wiem, że powinno być Słodycz, a nie Słodkość, ale w Labiryncie to JA dyktuję zasady.

 

SŁABOŚĆ

 

Czy Słodkość to najzwyklejsza Słabość? Tak. Nie. Nie wiem. Tak naprawdę to wiem, że tak. Umiłowanie Słodkości to objaw Słabości na wielu płaszczyznach, także tych głęboko osadzonych. Tak przynajmniej twierdzą Specjaliści z Instytutu Holili Labiryntu Cudowności. Nie będę się nawet z nimi kłócić. Pewno za karę zapisaliby mi jakąś specjalną kurację, więc milknę. Wniosek jest prosty – jeśli nadmiernie lubisz Słodkości oznacza to po prostu, że coś jest z Tobą nie tak (tak jak ze mną). Czego Ci brakuje, że się (nadmiernie) dosładzasz? Energii? Radości? Wolności? Składników odżywczych? Słodkości ze strony ludzkości? A może bliskości? Zdefiniuj problem, znajdź źródło i zwalcz! No chyba że ten rodzaj Słabości jest dla Twojej przyjemności (a na pewno jest) i wcale nie chcesz tego zmieniać. Poza tym… może niektórych Słabości najzwyczajniej nie da (chce) się zwalczyć?

 

SZCZĘŚCIE

 

Czy Szczęście ma coś wspólnego ze Słabością i Słodkością? Jestem przekonana, że tak. Szczęście można osiągnąć różnymi sposobami. Dostarczenie odpowiedniej dawki Słodkości na pewno jest jedną ze skutecznych (?), lecz krótkotrwałych metod. Jakby się zastanowić… Skoro ma działanie krótkotrwałe, to w rzeczywistości jest nieskuteczna, sorry. Słodkością więc szczęścia nie osiągniesz. Zastanówmy się więc, jakie metody na Szczęście się sprawdzą? Żaden mędrzec chyba jeszcze do tego nie dotarł. Wydaje się, że to kwestia jednostkowa. Każdego cieszy co innego, prawda? Nie ma uniwersalnego przepisu. Czy są takie elementy Życioskładanki, które muszą być ułożone, żeby pojawiło się Szczęście? W tej sprawie Specjaliści Holili Labiryntu Cudowności milczą z zawstydzeniem. Tego to chyba nigdy nie badali, a może wyniki jakieś niewspółmierne? Sądzę, że mam tu do powiedzenia więcej niż oni! Co jest pewne:

  1. Towarzystwo jest najważniejsze. Śmiem stwierdzić, że ludzie, których mamy obok najmocniej wpływają na nasz poziom szczęścia – w końcu stadne z nas stwory, co nie? Człowiek jest jakiś taki niedoszczęściony, kiedy nie ma się z kim dzielić (różnościami)
  2. Pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich trzeba się skupiać na przetrywaniu (tak, przetrywaniu) i zamartwianiu, więc nie można się zająć szczęściem. W skrócie – pieniądze są potrzebne. Im więcej, tym lepiej – nie żałujmy sobie
  3. Zdrowie? Kto by się tym przejmował? Na pewno nie młode pokolenie, choć od jakiegoś czasu eko-fit trendy trochę zmieniają sytuację. Sama zwracam dużą uwagę na zdrowie i formę fizyczną (czekoladą, Słodkością i winem niszczę się tylko czasami…). Kiedy boli i strzyka tu i tam, ciężko się skupić na odczuwaniu zadowolenia, dlatego bez zdrowia ani rusz
  4. Praca może zwiększać poziom szczęścia lub wyraźnie je od nas oddalać. Kiedy robimy to, co kochamy i jeszcze nam za to płacą, jest idealnie. Ja tam jeszcze nie dotarłam, ale kim bym się okazała, gdyby mi się nie udało? Wspinam się więc na gigantyczną górę, spadając co jakiś czas (bo grawitacja czy coś…). Trzy kroki w przód, dwa w tył
  5. Pasja – musi być i już. Brak pasji, interesującego hobby czyni życie dennym, a tak przynajmniej mi się wydaje, ale nie wiem (bo mam pasję i to niejedną)

 

SZCZĘŚCIE & SŁABOŚĆ

 

Co Szczęście robi w jednym worze ze Słabością? Czy jest między nimi jakieś powiązanie? Kiedy jesteśmy szczęśliwi, stajemy się słabsi, bo tracimy czujność? A może stajemy się silniejsi, bo ciężej zburzyć nasz spokój? Przyznam, że nie wiem, która opcja jest tą właściwą. Całkiem możliwe, że żadna albo obie na raz.

Nie mogę opędzić się od myśli, że Szczęście i Słabość idą w parze, kiedy mają coś wspólnego z ważnymi dla nas osobami. Ukochana osoba? Rodzice? Najlepszy przyjaciel? Dziecko? Każdy, kto przeczytał choć jedną książkę lub obejrzał jeden film, wie, jak to wygląda. Bohater staje na głowie i dałby się zabić, żeby tylko uratować lub odzyskać tę ważną osobę. Wystarczy ją po prostu podebrać, żeby zmanipulować naszego drogiego bohatera, zmusić go do czegoś, by osiągnąć swoje cele. Ile z tej idealistycznej fikcji występuje w rzeczywistości? Nie wiem jak to wygląda u Was, ale w moim wymiarze jest jak w książkach i filmach. To trochę utrudnia życie, ale też dodaje wrażeń, więc nie narzekam. Trzeba tylko dobrze rozpoznawać, kiedy warto, a kiedy ani trochę. Z tym też sobie radzę, ale dość o mnie. Idę stąd!

 

Trzy słowa na S

 

Jak rozstrzygnąć trzysłowny spór podsumowujący zdjęcie “zaśnieżonej” góry?

 

Słodkość

 

Szczęście

Słabość

 

W umiłowaniu Słodkości jest zarówno trochę Szczęścia jak i Słabości. Szczęście jest bardzo skomplikowane, a jego składowe mogą nas osłabiać i/lub zmuszać do heroicznych czynów. Słodkość to Słabość, która może przyzywać węże. Na co dzień z nią walczę, ale czasem po prostu nie da się oprzeć. Poza tym nie przesadzajmy, w końcu możemy zniknąć z tej planety w każdej chwili. Jak u Ciebie wygląda kwestia Słabości, Słodkości i Szczęścia?

 

Życzę Wam dużo Słodkości albo Szczęścia, ale na pewno nie Słabości!

 

 

 

PSsst. Ze słodyczy najlepszy boczek?

PSsst 2. To słońce to wszystko czyni piękniejszym, prawda? Ten soczek śliwkowy był naprawdę dobry, a to co na talerzyku to już w ogóle!

Ostatnia bajka, ale czy na pewno…

…tej zimy?

 

Śnieg sypie intensywnie. Temperatura plasuje się w granicach -6 stopni Celsjusza. W rzeczywistości można odczuć, jakby było -10 stopni. Ciężko dostrzec cokolwiek poza szalonymi płatkami śniegu i różnokolorowymi światełkami zawieszonymi w próżni. Dwoje zziębniętych ludzi przedziera się przez śnieżną zawieję.

 

M

Znasz tu jakieś miejsce? Jakiś przytulny zakątek w sam raz na kolejne natarcie zimy? Nie pociągnę tej „podróży” bez pokrzepiającej wizyty w jakimś sensownym miejscu. Wiesz jak to jest ze mną i z zimnem…

A

Hmmmm… Poczekaj, znam wiele miejsc. W końcu w wolnym czasie lubię eksplorować nowe. Chodźmy na rynek,

tam jest coś doskonałego!

M

Jak nie zmienimy się do tego czasu w ruchome bałwany to będzie coś! Zdaję się na ciebie, prowadź!

A

Czyżby śnieg ci przeszkadzał? Nie marudź jak stary człowiek!

M

Czy ja brzmię, jakbym marudził?

A

Tak, dokładnie.

M

Oj, tak sobie tylko mówię nooo…

A

W prawo.

M

Gdzie idziemy?

A

Dowiesz się w swoim czasie!

M

Skąd wiesz, czy nie znam tego miejsca? Co jeśli wcale nie chcę tam iść, bo w obsłudze mają kelnerkę,

która mnie nienawidzi?

A

Masz na myśli twoją niedoszłą rozżaloną dziewczynę?

M

Ale łapiesz! Człowiek musi być przy tobie naprawdę czujny.

A

Taki już mój urok. Jeszcze chwilka i będziemy!

 

Para “podróżników” transformuje się powoli w dwie śnieżne góry, przemieszczające się niezgrabnie w coraz wyższych śnieżnych przeszkodach. Kolorowe światełka rozmazują się. Mężczyzna odzywa się po chwili milczenia:

 

M

Ta wiosna to mogłaby już przyjść, nie sądzisz?

A

Mogłaby, ale zima też jest fajna. Jest magiczna. Jeszcze się nią nie nacieszyłam. Nie lubisz grzanego wina, przytulnych miejsc? Ognia w kominku?

M

Lubię wszystkie wymienione, ale marznięcie mnie przytłacza. Trzeba się za bardzo ubierać…

A

Taki twardziel, a chłód z nim zwycięża! Masz za to pretekst do częstych przytulanek, więc nie spieszyłabym się tak z tą wiosną. W lecie już  nie będzie tak łatwo!

M

Chyba masz rację… Aż drżę z przerażenia. Ale za to będą nogi…

A

Jakby teraz nie było.

M

Wszystkie poukrywane.

A

Słabo się rozglądasz. To tu!

 

Dziewczyna wskazuje na duże, ciężkie drzwi, a właściwie portal do…

 

Magii

 

 

Wchodzę z nimi                                                                                                                                                                                      Wychodzę

Najniebezpieczniejsza gra w Twoim życiu

Przyznaj szczerze, zastanawiałeś się kiedyś, jaka gra jest najniebezpieczniejsza na świecie?

 

Ja czasem myślę o “naj-rzeczach”, ale nie będę kłamać, że mocno się na tym skupiam, choć w “naj” mam upodobanie. W pudełku czekoladek najlepsze jest to, że czasem wylosuje się taką, która robi wrażenie i bardzo zapada w pamięć. Przypadkiem nieprzypadkiem w pewien niestandardowy weekend natknęłam się na czekoladkę, która powinna nosić nazwę: “najniebezpieczniejsza gra w Twoim życiu” (albo przynajmniej jedna z tych niebezpieczniejszych).

 

Na szczęście to tylko GRA.

 

Chcesz się przekonać?

 

Zanim przystąpimy do akcji, musisz wiedzieć kilka rzeczy:

  1. To gra (lub… ćwiczenie)
  2. To nieprawda, choć przez moment może wydać się prawdą
  3. W rzeczywistości może być trudno w nią zagrać
  4. Musisz wejść w nią całkowicie, naprawdę się zaangażować, a potem wyjść i już, więc…
  5. … może wyczerpywać emocjonalnie (jak inne sztuczki, które później Ci pokażę)
  6. Może okazać się pomocna także w życiu codziennym (ale nie nadużywaj!)
  7. Mogą wystąpić skutki uboczne (o dużej sile rażenia)…
  8. … ale nie wyobrażaj sobie!
  9. I koniecznie zachowaj zimną krew, nawet jeśli próbujesz pokazać, że jest inaczej! To tylko gra!

 

Gra wykorzystuje proste mechanizmy i jedna z największych sił we Wszechświecie, czyli…

 

uczucia

 

Zgodzisz się ze mną, że uczucia to bardzo silne zjawisko. Odbierają rozum. Sprawiają, że tracimy trzeźwy osąd. Każą nam robić nierozsądne rzeczy. Osłabiają. Z drugiej strony bez uczuć nie ma sensu. Życie jest suche niczym kilkudniowa kromka chleba z… pastą ziemniaczaną (właśnie wymyśliłam to pyszne danie, tylko jeść!) i ciągnie się niczym powiększony, jak zestaw w McDonald’s, szary papier toaletowy, raniąc nas z każdej strony swoją szorstkością.

 

Nasza “najniebezpieczniejsza gra” opiera się na dwóch najsilniejszych emocjach, które dzieli od siebie zaledwie kroczek. Mam na myśli:

 

Miłość

 

i

 

Nienawiść

 

Prawda, że to tylko kroczek?

 

Zróbmy to!

 

Powiedzmy, że grę określimy słowem “Mantra”, bo podczas zabawy powtarzamy w myślach określone słowa. To jak, gramy?

 

Pobaw się emocjami i uważaj, żeby nie ugotować czegoś niestrawnego. Przepis poniżej:

 

  1. Znajdź współgracza, czyli osobę, która zgodzi się z Tobą pobawić. Ostrzegam po raz ostatni, efekty mogą być niebezpieczne!
  2. Wyobraź sobie, że kochasz swojego „współgracza”, powtarzając w myślach mantrę „I love you”, „kocham cię”, czy jak Ci tam pasuje. Grunt, żeby miała TO właściwe znaczenie. Współgracz musi robić to samo.
  3. Daj sobie parę chwil, żeby Twoje ciało mogło realnie to poczuć (to naprawdę działa, testowałam). Wczuj się całkowicie, skup na tej myśli i bądź pewien, że postronny obserwator z łatwością zauważy zmianę w postawie i zachowaniu „grających”. Przede wszystkim, sami grający to zauważą!
  4. Gdy już poczujecie to uczucie, idźcie dalej, zacznijcie rozmawiać o czymkolwiek. Może być bez sensu. Rozmowa i emocje same Was poprowadzą. To, jak daleko zdecydujecie się “zagrać”, zależy tylko od Was i od potrzeb danej sytuacji. Kto wie, czy nie wyjdzie z tego mała randka?

 

Zrób dokładnie to samo, powtarzając w myślach “I hate you”, “nienawidzę cię” i zauważ, jak wielką niechęcią zaczynasz pałać do współgracza…  Kłótnia i dużo niechęci gwarantowane! Zastanów się tylko dobrze, czy lepiej zacząć od opcji pozytywnej, czy negatywnej wersji wydarzeń. Jeśli nie oddzielisz farsy od prawdy, zabawa może wpłynąć na Twoją relację ze współgraczem. Ups!

 

Ale po co to wszystko?

 

Żeby coś przeżyć, poczuć, żeby się rozerwać…

 

Tak naprawdę chodzi tu o wiarygodność

 

na scenie

na deskach teatru

 

gdy improwizujesz

 

Nic więcej, tylko GRA

 

 

PSsttt. Przecież wszystko dzieje się w Twoim labiryncie, tfu, umyśle

…Pan Przyroda? Odsłona nr 2.

…nie mija jednak dziesięć mrugnięć, jak dziwak dosiada się i zaczyna rozmowę.

 

– Zabawnie mnie dziś nazwałaś.

– Jak?

– No, Ozyrys.

– Co? Serio? Kiedy?

– Jak zaczepiałem kolejną nieznajomą…

– … dziewczynę.

 

Weronika ma dziwaka za podrywacza z dość niewielkim odsetkiem powodzenia. Przygląda mu się, obserwuje ubrania, które ten ma na sobie i myśli skąd on się do ciężkości wziął.

 

– Mężczyzn też zaczepiam.

– Aa, OK. Niech będzie. Wiesz co, ty to dziwny jesteś. Nie jesteś czasem jakimś przyrodnikiem? Tak jakoś wyglądasz.

– Przyrodnikiem? Ja jestem PRZYRODĄ!

 

Dziewczyna milknie, wpatruje się wielkimi oczami.

 

– Przyrodą?

– Tak. Czyżby nie było widać?

 

Potargane rękawiczki, szalik zawiązany na głowie zamiast czapki, wiele warstw niepasujących do siebie ubrań. Bystre spojrzenie i dużo brody dodającej lat (przynajmniej z daleka). Tak wygląda Pan Przyroda.

 

– Sama nie wiem… Jesteś dziwny. Widać, że trochę z innej epoki. Spotkanie ciebie jest całkiem interesujące, ale równocześnie maksymalnie niezręczne. Nie wiem, co o tym myśleć…

– Nie przejmuj się. Też jesteś trochę dziwna. Może dlatego cię zaczepiłem… Czym się zajmujesz?

– Jestem architektem. Tworzę.

– Architektem?

– Tak, buduję swój Labirynt.

– Labirynt?

– Tak. Miejsce, w którym goście się gubią.

– To ciekawe.

– No nie? Tworzę historie. Zbieram doświadczenia, inspiruję się ludźmi i wydarzeniami… Ty chyba też się tam pojawisz pewnego dnia.

– Naprawdę?

– No tak. Jesteś jednym z tych dziwacznych doświadczeń, które warto uwiecznić.

– Hahaha, dzięki!

 

Stonogobus zatrzymuje się i wielu podróżnych wysiada w rejonach gwarnego placu.

 

– Ej, to czasem nie twój przystanek?

– Ha, racja! Dzięki! Na mnie już czas! To cześć!

 

Dziwak zrywa się energicznie, spogląda na dziewczynę i myśli, czy może by nie zdobyć jakiegoś kontaktu.

 

– Masz jakiś numer telefonu?

– To nienajlepszy pomysł. Nie daje ludziom numerów ot tak… nawet dziwnym. Może lepiej odwiedź Labirynt? Maze Of Wonders się nazywa.

– Spróbuję go odnaleźć! Pa!

 

Pan Przyroda wychodzi delikatnie niepocieszony. Weronika z ulgą włącza muzykę i pogrąża się w myślach. Nieoczekiwane spotkanie było miłe, ale niewygodne, ale miłe. Zazdrości trochę dziwakowi, Panu Przyrodzie, że ten nie odczuwa najmniejszego obciachu przy zaczepce obcych ludzi. Jakby to było takie łatwe… Może kiedyś sama zacznie tak robić?

 

Ciąg dalszy nie nastąpi.

Dziwak czy…? Odsłona nr 1.

Zdarzyło się naprawdę.

 

Zwykły chłodny dzień, ale niezwykły…

Wiatr wieje, zwiększając odczucie zimna. Weronika raźnym krokiem zmierza w kierunku przystanku przy jednej z nielicznych dróg w leśnym rejonie. Jest zadowolona, lubi wiatr i miejsce, do którego zmierza.

Okolica jest zaskakująco gwarna, tu i ówdzie przemykają różne osoby. Z naprzeciwka nadchodzi mężczyzna. Dziwnie uśmiechnięty i jeszcze dziwaczniej ubrany… Weronika skupia się jednak na drodze, a nie dziwnym jegomościu.

 

– Cześć! Jak się masz? – rozlega się całkiem młody, energiczny głos.

– Czeeeść. – odpowiada Weronika nieco zbita z tropu, patrząc na nieznajomego jak na żółty topiony ser na pięciu odnóżach. Po chwili odwraca od niego głowę i milczy. – No, zaraz chyba będzie padać. Nie przepadam za deszczem – odzywa się, próbując przełamać odczuwaną z powodu zignorowania nieznajomościa niezręczność.

– No, niewykluczone. Deszcz nie jest taki zły… Cześć! – dziwak odzywa się do kolejnej mijającej go osoby.

– Wolę wiatr. Przynajmniej mnie inspiruje. Ozzzz! Jesteś dziwny, człowieku!

 

Weronika dziwi się typowi, który zaczepia nieznajome osoby bez cienia skrępowania. Nieznajomy tylko się śmieje.

 

– Masz ładny, głęboki, kobiecy głos.

– Och, wow! No… – reakcja Weroniki jest niepozbawiona żenady. – Dzięki! Zawsze to lepsze niż wysoki i… no, jak to było.

– Piskliwy?

– Dokładnie. Takiego bardzo nie lubię.

 

Weronika i dziwaczny mężczyzna idą w jednym kierunku. Dziewczyna pływa gdzieś w swoich myślach. Nagle do jej uszu dobiega:

 

– Ładnie pachniesz.

– Ohohohooo! No to było już za dużo! – poziom zażenowania Weroniki przekracza pewną granicę. – Ale w sumie racja, te perfumy są całkiem udane.

 

Przystanek wyrasta nagle przed nieznajomymi (już znajomymi?).

 

– To gdzie jedziesz?

– Ano do Malinowego Sadu.

– O, no proszę. Ja kilka przystanków dalej…

– Nie masz rękawiczek? – pyta dziwak. – Nie jest ci zimno w ręce? – próbuję złapać rękę dziewczyny. Ta się odsuwa.

 

Sytuacje jest dość niepewna i wyraźnie żenująca dla Weroniki. Dziewczyna się jednak nie zraża.

 

– Nie jest mi zimno. Mam rękawiczki. Specjalnie je zdjęłam, bo szłam szybko i zrobiło mi się ciepło…

– A, rozumiem. Ten cień na powiekach toto, taki świecący. Mieni się turkusem i różem. Też bardzo ładny. Fajnie jesteś ubrana. Widać, że masz wyczucie estetyki. Ładna apaszka.

– Dzięki! – dziewczyna uśmiecha się zadowolona. – No, lubię się ładnie ubrać. Lubię ładne rzeczy…

 

Dziwak uśmiecha się. Jego kłopotliwa obecność dość mocno zaburza spokój i poczucie komfortu dziewczyny.

 

– A gdzie jedziesz?

– Jadę pobawić się w aktorstwo. Lubię to robić. Lubię udawać, że jestem kimś innym gdzieś indziej. To bardzo ciekawe.

– Codzienność taka nudna?

– Codzienność może być, ale mi jest zawsze za mało wrażeń, przeżyć i przygód. Dlatego.

– Czyli jednak nudna.

– Niech będzie, że tak. Jestem po prostu osobą, której zwyczajność nie wystarcza. Będę się więc taplać w tych nowych, dziwacznych realiach przez całą moją drogę na tym świecie.

– Fajnie! Szanuję ten pomysł.

 

Nadjeżdża obszerny Stonogobus i nieznajomi wsiadają do środka. Weronika idzie w prawo, dziwak w lewo. Dziewczyna siada, włącza sobie muzykę i dziwi się, że nieznajomość postanowił tak nagle urwać rozmowę…

 

 

Ciąg dalszy nastąpi.