Wy(ze)znanie

 

Podobno prywata sprzedaje się najlepiej. W takim razie parę słów z przed i wiośnia. Co w trawie piszczy?

 

Nie ma mnie, bo…

 

Znikam

bo działam

za dużo.

 

TAM, nie TU

 

Wypalam się

 

Rezygnuję z A (a miało być dobre),

kiedy przyjdzie czas na B?

 

Już chcę powiedzieć: “B, dzięki, było wyczerpująco i dłużej nie dam rady”,

 

a później myślę: “a, pociągnę jeszcze troszkę i zobaczę, co to będzie”.

 

No więc ciągnę B, bo okazało się C i D.

 

 

Tak to wygląda. Jak robić wszystko, co robię i nie zwariować?

 

Mówią, że im więcej zadań, tym lepiej gospodarujemy naszym czasem.

 

TAK i NIE.

 

Trzeba bardzo dobrze planować, w zasadzie zostać mistrzem planowania i myślenia na zapas…

 

To nie takie łatwe (i męczące) zwłaszcza, jeśli…

… się nie dosypia

 

i…

… nie dojada, bo nie ma kiedy gotować albo (i) się nie chce. A “miastowe” to nie to samo i ileż można.

 

A co gdy do tego jeszcze nie ładuje się sztuką,

czy jakimś tam twórczym działaniem?

 

STRASZNOŚĆ.

 

Jest ciężko. Patrz poniżej:

 

JA - mniej więcej, więcej mniej
JA – mniej więcej, więcej mniej

 

spalona po marcu-kwietniu, w końcu doznałam odcięcia

 

takiego osobistego samo-pełno-spalenia

 

 

Wiosność

 

Dni przerwy zmieniły trochę na lepsze. Kolejne może też zmienią. Zrobiło się trochę spokojniej, na chwilę.

 

Trzeba panować nad myślaczkami:

 

“A, bo żeby zrobić TO, to muszę załatwić TO i TAMTO.

 

W piątek mam zaplanowane spotkanie, trzeba znaleźć odpowiednie miejsce.

 

Czas w końcu ogarnąć bilety na podróż.”

 

I takie tam. To trudne. To nieustanna droga. Dwa kroki w przód, trzy w tył.

 

A myślaczki (i ludzie) pożerają energię. Dlatego tak lubię bez-ludność.

 

Koniec tej prywaty.

 

Idę sobie (za)kwitnąć…

jak nasze piękne polskie drzewa
jak nasze piękne polskie drzewa

 

 

Show must go on. Jutro od nowa.

 

 

 

A Ty płoń tylko w słusznej sprawie,

w takiej przemyślanej

albo chociaż odsercowej

To mogłaby być filmowa historia…

 

… filmowa historia bez happy endu, bez dodatków i osładzaczy. Życiowa, trochę brutalna i skłaniająca do refleksji.

 

Sprawdzisz?

 

 

Dwóch bezdomnych rozmawia. Poświęcają sobie pełną uwagę. Najzwyczajniej w świecie szczerze ze sobą rozmawiają. Jeden ma dużą butelkę wody, plastikową, bez etykiety. Pewno od kogoś dostał albo skądś wygrzebał, w każdym razie ma się czego napić. Pije, podaje koledze, a ten się częstuje. Nie krzywią się, więc to nie wódka. Dalej rozmawiają. Nie mają smartfonów, w które by się gapili. Tak bardzo NIE MAJĄ, że poniekąd są naprawdę wolni. Nie wiszą nad nimi zobowiązania, nie muszą troszczyć się o swój materialny „dobytek”. Wolni… Nie sądzisz?

Nie ma sposobu kontroli kogoś, kto niczego nie posiada, bo cóż więcej można mu zabrać?

Kawałek wcześniej stoi młody chłopak z głową tak zwieszoną nad telefonem, że aż przypomina słynne „f”. Kawałek później stoi pan około pięćdziesiątki z małym pieskiem na smyczy, radośnie defekującym na trawnik. I tyle. To wszystko. Taka to oto filmowa historia, a raczej scena. Kilkusekundowa.

 

Nic takiego? Nieznaczące? To naprawdę mogłaby być BARDZO symboliczna i niezła scena.

 

Tak jakoś mam, że często obserwuję świat z perspektywy “reżysera” lub też “scenarzysty”. Miłość do kina jest wieczna.

 

Co my tu mamy?

 

Młody z telefonem – symbol upadku i dezintegracji współczesnych relacji oraz narastającej samotności. Taka smaczna degrengolada i problemy z kręgosłupem na starość. Pieśń przyszłości!

 

Bezdomni – symbol przeszłości, starych czasów. Wykluczeni, niemodni, nie wpisują się w nowoczesny kolorowy obrazek. Zachowują się jak ludzie przeszłości – potrafią poświęcić pełną uwagę, zaopiekować się kimś nawet, gdy sami niewiele mają. W obecnym standardzie występuje raczej znieczulica. Panowie są całkowicie poza nawiasem, “niewidoczni” niczym pariasi, bo są bezdomni, a może… dlatego, że nie przystają? Są poza wszech-kontrolującą technologią. Szczęście czy przekleństwo? Trudno jednoznacznie ocenić.

 

Pan z pieskiem – smycz cywilizacji. Kredyty, wielkoekranowe telewizory, świetne samochody, etaty (z domieszką gówna w tle, jak na załączonym obrazku). To jest cywilizowane, to jest dobre. Co by się stało, gdyby odebrać te wszystkie obiekty, te elementy definiujące? Co gdyby zniknęły fajne gadżety, wygodny dom, modne pieski, najnowszy model samochodu? Pojawiłaby się… Pustka? Rozpacz? Dezorientacja? Poczucie bezsensu? Przerażenie? Pewno niejedno z tych uczuć. Cóż. Jeśli ktoś definiuje się poprzez obiekty, gdyby je wszystkie stracił, mógłby stracić też tożsamość. Bolesne i przerażające. Prawda?

 

Sama jeszcze nie mam dość odwagi, żeby się w pełni odciąć. Występuję na elektronicznej smyczy, występuję w społeczeństwie, standardowo, niby zwyczajnie. Mam parę przedmiotów tu i tam. Przydają się. Jest wygodnie, nie ma co narzekać. Smycz też jest, bo bez niej to jakoś dziko i nieswojo. Ale obserwuję, myślę, działam. Zmieniam i udziwniam.

 

Czy przekraczam swoje granice i mówię “papa” najlepszemu przyjacielowi Komfortowi? Czy powinnam je przekraczać?  Czy to w ogóle ważne?

 

 

Dużo pytań, a ile odpowiedzi?

 

Lubię je przekraczać. Zdarza mi się ryzykować – z różnym wynikiem. W ten sposób się uczę. I szukam. Lubię też dobrze się wyspać i kiedy jest mi wygodnie…

 

 

Jak właściwie jest lepiej?

 

 

Wygodnie i zwyczajnie, bez ekstremy i bezpiecznie?

 

 

A może w pełni ryzyka? Rzuć wszystkim i ucieknij na bezludną wyspę.

 

 

 

Jeśli kiedyś do tego dojrzeję, to Wam powiem, która opcja lepiej się sprawdza (przynajmniej dla mnie). A nie, zaraz, zaraz. Nie powiem, bo przecież się odetnę. Może napiszę list i wetknę go w butelkę?

 

 

PSSst. Listy są fajne. Może jakiś napiszę i wyślę do… no właśnie, do kogo?

Twarde z wierzchu, miękkie w środku. Co kto to?

 

Podsłuchane (czy coś):

 

No i wygadała…

 

Masełko

…mamy wiele twarzy. Jesteś tyloma osobami, ile znasz plus jedną.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Ciekawe podejście, podoba mi się! Coś w tym jest. Zakładamy różne maski, zależnie od tego,
z kim akurat rozmawiamy.

Masełko

Ty na przykład jesteś takim stworzeniem, do którego jeśli źle się podejdzie, rozleje się po ziemi
i ciężko będzie pozbierać…

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Hmm… No może, no, ale nie każdy ma do tego dostęp. Nie pokazuję tego na co dzień. Mam
twardą i grubą skorupę. Ciężko się przebić.

Masełko

Ale jak już się przebijesz, to mięciutko.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Stąd ta skorupa. Wiesz co, ja chyba jestem takim kokosem…

Masełko

Kokosem…

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

No tak. Najpierw oczywistości, czyli kokos z zewnątrz jest włochaty, a ja mam całkiem sporo włosów… No i…
choć nie odstraszam twardością na pierwszy rzut oka, to na drugi już tak. A spróbuj się dostać do środka.
Bez odpowiednich narzędzi i sensownych metod nic z tego.

Masełko

Tak, kokosy są bardzo trudne w obsłudze, ale cudowne. Ten kokos bardzo do ciebie pasuje.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Jak już się przebijesz przez twardą warstwę, w środku okazuje się miękko i pysznie, ale łatwo mnie rozlać, jak się nie obchodzi z delikatnością.

Masełko

Dokładnie. Trzeba do ciebie przyjść z miseczką, żebyś mogła się dobrze ułożyć i dopiero wtedy opuścić skorupkę.
Zdecydowanie nie można się za ciebie zabierać od dupy strony.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Oj nie. Całkiem nieźle mnie znasz, choć nie tak długo, ale SZA. Nie wszyscy muszą wiedzieć o tej kokosowatości.

Masełko

Vegas, moja droga, Vegas. O ile sama nie wygadasz, ja nic nie powiem.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Wspaniale! Poza tym… kokos mi bardzo pasuje. Kocham kokosy. To znaczy że kocham siebie?

Masełko

Może troszkę?

 

 

Nic dodać, nic ująć.

Hałaśliwa elektroniczna bezużyteczna bestia, czyli…

 

TELEWIZOR

 

Frustruje i irytuje. Sama egzystencja tego obiektu w moim najbliższym otoczeniu wpływa na mnie negatywnie. Potrafi w momencie wywołać „Hulk mode”, czyli nagły (lub narastający) atak wściekłości… Ta elektroniczna puszka włączona non stop generuje nieskończoną ilość zbędnego hałasu i bodźców, które doprowadzają mnie do szału. Tak, do SZAŁU. Wysyła mi niepotrzebnie nadmierne pokłady najbardziej przyziemnej energii (jeśli nie podziemnej).

 

Powiedzcie mi, jak w ogóle można funkcjonować z nieustannie brzęczącym, odmóżdżającym przedmiotem w tle?

 

Własnych myśli się nie słyszy (a może to o to chodzi?). Ja tak nie mogę. Wchodzę do pomieszczenia, gdzie to jest włączone i w momencie boli mnie głowa. Wkurzam się gdzieś w środku i muszę wyjść, bo dopada mnie narastająca irytacja. Ludzie sprytnie zagłuszają myśli tym jakże społecznie pożądanym przedmiotem. Najlepiej, żeby miał jak najwięcej cali i „hałasował” bez przerwy… “Bendziemy se puszczać fajne kabarety na wjelkim ekranie, Grażyna.” Bleh.

 

Cisza, książka lub własna muzyka, film na życzenie, ten, który SAMA sobie wybrałam – to jest rozwiązanie idealne. A nie zappowanie w poszukiwaniu najlepszego z durnych filmów i tracenie na to czasu albo słuchanie co jeden prezenter z drugim mają do pobzdurzenia. “Ależ on ma białe zęby!”, “Jaka ona mądra! Nie tylko ładna, ale i mądra”. Tylko, że telewizja to taka ładna ILUZJA. Byłam nie raz “za kulisami” i to nie tylko w Polsce, za granicą również, i wiem z doświadczenia, jak się sprawy mają i że prawie każda, nawet najmniejsza sytuacja jest dobrze napisana, a jeszcze lepiej wyreżyserowana. Z grą aktorską różnie to bywa… Gdyby pasowało, użyłabym jednego z ulubionych hasełek: “szkoda strzępić ryja”, ale bardziej pasuje: “szkoda płyty głównej na telewizyjne głowno”. Telewizja reprezentowana dumnie przez telewizor to naprawdę świetny sposób na wrzucanie sobie śmieci do mózgu. Do żołądka wrzucamy śmieci, do mózgu też można. Czemu nie? Ohyda.

 

Wszystko, byleby tylko nie myśleć za dużo, a tym bardziej rozmyślać. To mogłoby zaboleć.

 

 

A mnie się dobrze siedzi w ciszy, powiedziałabym wręcz, że najlepiej. Mru.

 

 

Psst. Wiem, Ameryki nie odkryłam, ale upuściłam sobie trochę żółci na papier. No, na ten elektroniczny.

Psssst. Piękny obraz, trafia w moją estetykę, ale ma w sobie coś gównianego (niczym telewizor).

Weźże się zamknij!

No i żal mi dziś dścisnął… Kiedyś byłam świadkiem ekstremalnie irytującej sytuacji i pozwoliłam sobie jej NIE uwiecznić w formie dialogu. Pamiętam tylko, że siedziałam w Mleczarni jesienią 2017 roku, próbując się skupić i coś napisać, ale za nic w świecie mi to nie wychodziło, bo do mych uszu nieustannie dochodził irytujący i pełen przechwałek głos licealisty, który prawdopodobnie z braku laku pieprzył nieprzytomnie. „Weźże się zamknij!” – myślałam w duszy, rozproszona do granic NIEmożliwości. Gęba mu się nie zamykała, a jego (prawdopodobnie) dziewczyna słuchała tych głodnych kawałków, marudząc trochę, że nie chce ciasta i niewiele się udzielając.

 

Wyglądało to mniej więcej tak:

 

Hałaśliwy licealista

No i ten Robert wiesz, nie wiedział, jak odpowiedzieć na pytanie, więc mu podpowiadałem. Psorka nawet się
nie zorientowała. Ja to taki dobry z chemii jestem. Wszystkie sprawdziany na piątki.

Cicha licealistka

Acha

Hałaśliwy licealista

Poza tym ostatnio na wuefie byłem pierwszy w rzucaniu palantem. Całkiem łatwe to było, wszyscy patrzyli z podziwem.
Szkoda, że tego nie widziałaś! Polski to straszna nuda. Ta baba zadaje tyle bezsensownych ćwiczeń,
że aż odechciewa się ze szkoły wracać do domu. Tylko by chciała czytać „co autor miał na myśli”
i to zgodnie z kluczem. To też mi łatwo idzie, ale wtedy się nudzę. A ty?

 

Może rzuć sobą, powinno ci dobrze pójść. Fajnie, że trafiasz w klucz, znaczy że mózg się wyprał na tyle,
że krytyczne myślenie poszło gdzieś do kąta. Wiem, sama doświadczyłam. Szkoła spełniła swą funkcję – bravo, bravissimo.

 

Cicha licealistka 

Co?

Hałaśliwy licealista

No jak tam w szkole u ciebie?

Cicha licealistka

Może być, ale ostatni sprawdzian z historii mi średnio poszedł.

Hałaśliwy licealista

Nie martw się, następny pójdzie lepiej. Historia tych wszystkich królów jest zagmatwana, tak to bywa.
Ja umiem wymienić wszystkich po kolei. W nocy o północy po ostrej imprezie że Bolesław Piąty Wstydliwy był przed Leszkiem Czarnym, a August Drugi Mocny po Janie Trzecim Sobieskim.

 

A kogóż to obchodzi? Na co ci ta wiedza teraz? Czy twoje życie jest lepsze lub bogatsze, bo wiesz, który król był po którym?

 

Dziewczyna wzdycha, bez przekonania dziubie widelcem ciasto. Pije herbatę

 

 Hałaśliwy licealista

Może następnym razem pójdziemy do kina? Jest kilka nowych fajnych filmów. Jakiś tam nowy Wolverine na przykład.
Chętnie bym to zobaczył. On to jest gość!

Cicha licealistka

No właśnie. Gdzie są tacy panowie? Którzy działają zamiast ględzić w kółko?

 

 

No i tu zakończmy wspomnienie tego niezgrabnego spotkania sprzed roku. Wtedy byłam w innym miejscu życia, ciężko było mi tego nie słuchać. Nie potrafiłam się wyłączyć, a chłopak tak utkwił mi w głowie, że dziś, trafiając na coś podobnego, przypomniało mi się, że miałam o tym napisać tekst… Dziś jestem gdzie indziej i dobrze. To dla mnie szokujące, jak wiele się zmieniło, kiedy niby „nic się nie zmieniło”.

 

Jesień 2018

 

Siedzę pogrążona w swoich myślach, w moim świecie, w mojej książce, w głębokiej fazie relaksu. Dźwięki przechodzą obok niezauważone, ale rejestruję je na granicy świadomości. Łapię się na chwili medytacji albo dwóch. Na moje życzenie błogi stan ustaje i znów zwracam uwagę na otoczenie, zerkam na ludzi obok, słyszę ich. Jedna bzycząca mucha zaczyna mnie wkurzać, bo bzyczy i bzyczy. Wjeżdżam więc na inny level – słownictwo też będzie inne. Siedzi typ z dziewczyną i gada. Ryj mu się nie zamyka. Gada o swoich podnietach jakimś tam skejterem, który jest też muzykiem i czymś tam jeszcze, a na ślub dostał jakiś tam dom od kogoś. Chłopaczek jara się czyimś sukcesem niczym pochodnia, a jego „partnerka” słucha potulnie. Czy to ją w ogóle obchodzi? Mnie by nie obchodziło, ale ona siedzi i słucha, a on gada o tym człowieku i gada.

 

Ja się nie potrafię tak „na poważnie” kimś wzniecać, więc pewno wypaliłabym: „A po co o nim mówisz? Chcesz być jak on?” albo „Nie obchodzi mnie on. Mogłabym się od niego czegoś nauczyć?”. Wątpię. Po długotrwałej tyradzie na temat studiów, fizyki i różnych fascynujących badań, chłopak wjechał na temat jakiegoś człowieka z drugiego końca świata, jak gdyby miał on jakiekolwiek znaczenie tu i teraz.

 

Ludzie lubią mówić bez sensu, a paszcza im się nie zamyka. Po co tyle słów? Przypuszczam, że jakieś 90% rozmów to bełkot bez znaczenia. Ludzie nie potrafią słuchać. Ego? Nerwy? Za mało są na co dzień słuchani? Nie wiem. Ja też mam chwilę, gdy gadam i gadam, a gęba mi się nie zamyka, ale słuchać też potrafię, co więcej – z uwagą. Zawsze i we wszystkich aspektach wierzę w złoty środek – trzeba mówić i słuchać w odpowiednich proporcjach, i to Z UWAGĄ. Bez tego nie ma dialogu i szkoda strzępić ryja.

 

 

A Ty? Potrafisz słuchać?

 

Czy mówisz w nieskończoność, a Twój słowotok jest jak Velvet?

 

Czyli… nigdy się nie kończy i jest do dupy?

Woda TYLKO dla sportowców

 

 

Czy wiecie, że jest na rynku woda tylko dla sportowców?

 

O czym mowa? Specjalny skład? Niezwykłe właściwości? Sprawdź poniżej!

 

 

 

Ognista

Widzisz to? Widzisz?

 

Sceptyk spoziera na wskazane przez Ognistą miejsce – rząd plastikowych butelek średniego rozmiaru.

 

 Sceptyk

Co masz na myśli?

Ognista

Woda! Sport! Fitness! Tylko dla aktywnych!

Sceptyk

No widzę… to tylko „etykiety” przypięte dla potrzeb marketingowych…

Ognista

Bzdura! Prawda gówno!

Sceptyk

Co cię tak wznieca?

Ognista

WSZYSTKO! Dlaczego każda woda większa niż 0,5 litra i mniejsza niż 1 litr, to woda „dla sportowców”? Dla aktywnych?
To oznacza, że jeśli ktoś nie uprawia sportu, nie powinien jej w ogóle kupować? Czy zwykły człowiek nie może mieć ochoty i potrzeby,
żeby wypić właśnie 0,7 litra wody zamiast połówki, która starcza na trzy łyki?

Sceptyk

Hahaha! Ale się nakręciłaś! Po co to wszystko? To zwykła woda. Czemu szukasz dziury w całym?

Ognista

Wkurzają mnie te… takie małe, głupie, dziwne sugestie. Takie mikro-programowanie. To wkładanie kupy do mózgu,
wciskanie ludziom do głowy bezsensownych przekonań.

Sceptyk

Za sprawą etykietowania butelek?

Ognista

Tak właśnie! Ludzie to widzą, kodują. Przecież wiesz jak działa reklama i marketing. Czasem bardzo skutecznie.

Sceptyk

Ale to coś złego, że ta ciut większa woda ma „pro-sportową” nazwę?

Ognista

Tak! Niepotrzebne szufladkowanie. Załóżmy, że się nie ruszam i mam zamiar to manifestować. Nie lubię ruchu, ale pasuje mi tylko pojemność 0,7 litra.
Każdy rzut oka na butelkę z etykietką „sport” i „fitness” mnie rani. Rani do głębi! I wkurza!

Sceptyk

To sobie wódkę od razu kup, będzie lżej. I uważaj, bo zaraz zapłoniesz!

Ognista

Wódka to byłoby chyba jedyne wyjście… No nie, on też mnie nie rozumie. Znikąd pomocy!

 

Zauważyliście?

 

W sklepach mamy wodę 0,5 – 1,5 litra i nie licząc Muszynianki 600 ml, wszystkie wody 500 ml + i poniżej litra są klasyfikowane jako sportowe. Dla sportowców, może od razu dla biegaczy? Bo lżej niż litr, a więcej niż pół. Kto to wymyślił? Dlaczego akurat TA pojemność otrzymała taką kategorię? Co więcej, po co w ogóle powstała taka kategoria? Jakie znaczenie z marketingowego punktu widzenia ma ta etykietka? Jakoś do tego nie dotarłam. Mam próżnię, gdy szukam powodów, a sprawa mnie uwiera.

Uwiera, bo lubię znać sens, powód czegoś – przyczynę danej sytuacji lub decyzji, powód dla którego miałabym coś robić w ten sposób czy w inny i w ogóle powód dlaczego coś robić. Skąd się to bierze albo tamto? Kiedy nie znam odpowiedzi, będę zadawać pytania lub co najmniej kwestionować sens. Tak już mam, to się nie zmieni. Nie widzę powodu, by butelki wody o pojemności 700 ml miały zyskiwać przywilej sportowości, więc dalej w głębi i na powierzchni będę się tego czepiać.

 

„Kup sobie maść na ból dupy” powiecie, a ja na to: „no właśnie nie, już taką mam, ale w tym przypadku jakoś nie działa!”

 

 

A jakby tak…?

 

Kwestia pojemności wody niezmiennie mnie zastanawia… Temat odpływa i zapominam o nim, aż tu nagle przypływa nieproszony zwłaszcza wtedy, gdy stoję przed półką sklepową, zastanawiając się, jaki rozmiar wody kupić. Może 0,5 litra powinno być nazywane „bezkacówka” albo coś w tym stylu? Bo wypijesz pół litra i nic złego się nie dzieje. Określenie na butelki litrowe mogłoby brzmieć „podlejesz mną także swoje kwiatki”, „sport plus” albo „poidełko”. Co z 1,5 litra? „Wielka liga”, „kacover”, „na każdą wyprawę”. Jakaś nazwa na 700 ml? Może „między wódką a zakąską”? Tym pięknym akcentem podsumujmy powyższe dywagacje.

 

Wiem, wiem, zahaczyłam o problemy pierwszego świata, o niezwykłą, niecierpiącą zwłoki i milczenia kwestię. Bo czemu nie zwrócić na to uwagi? Jestem przekonana, że na tej ziemi żyją ludzie, którzy rozważają równie kluczowe kwestie. Na 99,8% nie jestem jedyna!

 

I pamiętaj… woda tylko dla sportowców jest tylko dla sportowców.

 

Jeśli nie jesteś jednym z nich, trzymaj się z dala od tej 700 ml! I nie myśl, ze jak zaczniesz ją pić, to nagle dołączysz do tej grupy!

 

 

Pssst. Audycja nie zawiera lokowania produktu. Akurat taką butlę miałam na podorędziu. Miś też nie jest jakoś szczególnie zadowolony.

Nie ma na co czekać!

 

Dziś zwrócę uwagę tylko na dwa słowa, które mają wielkie znaczenie: nie czekaj

 

 

Sumienie

Życie to gówno.

Ktoś

Co ty mówisz, mała?

Sumienie

Dokładnie to, co właśnie myślę. Znów ktoś umarł i ktoś pewno niedługo umrze.

Ktoś

Co masz na myśli?

Sumienie

W zeszłym roku miałam się wybrać na dwa tygodnie czy coś do Australii, do mojej rodziny. Zainspirowało mnie spotkanie w Polsce z wujkiem, który mieszka tam od wielu lat. Wpadł tutaj w odwiedziny. Uznałam, że w końcu chyba będę mogła sobie na to pozwolić i odwiedzić ich wszystkich. Miałam poznać jego dzieci, zwiedzić kawał Australii, ale…

 

Dziewczyna zamilkła.

 

Ktoś

Co się stało, kociaku?

Sumienie

Nie pojechałam, bo uznałam, że dwa tygodnie wolnego to trochę za mało i że może lepiej uzbierać więcej luźnej kasy,
i wiesz co? Już go nie ma. Umarł dopiero co. Wyszedł przed dom, przewrócił się i już go nie ma. Jak Vito Corleone.

 

Dziewczyna westchnęła. Jej oczy były całkiem suche. Nie wyglądała na smutną. Była wściekła.

 

Sumienie

Jestem wściekła na to, że wszystko tak się potoczyło.

Ktoś

Wiesz, że… nie mogłaś nic na to poradzić.

Sumienie

Mogłam – pojechać tam wtedy, kiedy był czas.

Ktoś

Może i tak.

Sumienie

Asekurowałam się – bo za mało czasu, bo drogo. Nie ma co. Mam nauczkę.

Ktoś

Nauczkę?

Sumienie

Tak. Nauczkę dla zwlekających. To powinna być nauczka dla wszystkich zwlekających. Nie powinno się tak robić.

Ktoś

Jak?

Sumienie

Czekać na lepszą okazję. Na lepszą możliwość. Może się nie zdarzyć.

Ktoś

Sensownie powiedziane.

Sumienie

Wiem. To dotyczy zwłaszcza ludzi. Jak masz coś ważnego do kogoś, to nie czekaj, tylko działaj. Czekanie na lepszy moment jest bez sensu, bo ten ktoś może umrzeć albo zniknąć w jakikolwiek inny sposób. Tak funkcjonuje świat. Jest do dupy. Jestem wściekła.

Ktoś

Tej sytuacji już nie naprawisz.

Sumienie

Wiem, ale mogę chociaż oświecić innych, żeby więcej działali i przeżywali, a mniej czekali i się zastanawiali. To totalnie
nie ma sensu.

Ktoś

Co teraz zrobisz?

Sumienie

Chyba coś zmienię. Spróbuję żyć inaczej. Często się waham i zastanawiam, nie używam instynktu.

Ktoś

Powinnaś.

Sumienie

A ty używasz swojego?

Ktoś

Kiedy tylko mogę.

Sumienie

To dobrze. Nie przegap niczego.

Ktoś

Nie przegapię, młoda damo.

Sumienie

Oby. W każdym razie… Nie będę nikogo zbawiać i prawić morałów. Chcę tylko zwrócić uwagę ludzi, że nie ma co czekać.
Tu i teraz. Działanie jest najważniejsze. Jutro może mnie już nie być…

 

 

I tym nieszczęsnym akcentem zakończmy tekst. Przykre i niewygodne te przemyślenia, ale prawdziwe. Chyba nie ma nic gorszego niż żałować, że się czegoś nie zrobiło albo nie zwróciło odpowiedniej uwagi w stosownym czasie, prawda? Tak się składa, że mam niezłą praktykę w tym rodzaju “żałowania”. Ciekawe czy kiedyś się nauczę? Czy kiedyś to się zmieni? Samo z siebie pewno nie. Zawsze trzeba się ze wszystkim poużerać samodzielnie. Rozwiązanie nie skapnie z nieba. Pochwalę się, jak się poprawię w tej kwestii. Obiecuję!

 

Ludzie znikają szybciej niż nam się wydaje, ale na co dzień chyba nikt się nad tym nie zastanawia. “Nie mam czasu” – myślisz, a potem żałujesz. Byle do następnego dnia, soboty, weekendu i tak dalej, a tu pyk, kolejny ktoś przepada w zagonionej rzeczywistości. Umiera, odchodzi, wyjeżdża, porzuca albo coś jeszcze. Ja nie myślę o tym wszystkim zbyt często, bo prawdopodobnie bym ześwirowała. Chyba nikomu to nie służy. Nie zalecam więc zbyt intensywnego rozkminiania, to zawsze szkodzi. Zalecam działanie. Zrobię coś, uda się – jest “na plus”, nie uda się – idę dalej. To jest chyba optymalny plan.

 

Jak myślisz?

 

 

PSst. To zdjęcie to całkiem nieźle pasuje, prawda?

PSSsst 2. Obiecuję, że następnym razem będzie optymistycznie!

Martwi za życia?

Człowiek wychodzi z domu i nie przestaje się dziwić. Otoczenie potrafi obezwładniać, osłabiać lub inspirować, o ile potrafisz obserwować. Mam taką zdolność, że nawet w największym crapie (tak, będę używać tego słowa) znajdę coś wartego uwagi. Czasem taki crap porusza na tyle, że rodzą się pomysły.

 

I tym razem coś się urodziło.

 

 

Podsłuchane w miejscu, gdzie podają te pyszności ze zdjęcia

 

Troje młodych ludzi, dwie dziewczyny i jeden chłopak siedzą przy stoliku, sącząc pełne pianki latte.

 

Brunetka

Jestem strasznie zmęczona.

Blondyna

Czym?

Brunetka

Sesja stulecia, praca 6 godzin dziennie. Myślałam, że odpocznę coś w te ferie, ale się nie udało.

Blondyna

Ty jeszcze nie widziałaś sesji! Ale wiesz, tak wygląda życie. Ja pracuję prawie cały czas. Znajomi się dziwią, że daję radę tyle pracować i jeszcze spotykać się z chłopakiem raz w tygodniu, wow.

Brunetka

No ja mam dość! Prawie cały czas pracuję. Nie mogę sobie odpocząć, a pieniądze się nie zgadzają, więc zmieniam pracę i znowu nie będę mieć urlopu.

Blondyna

Straszna bieda. To już w ogóle nie odpoczniesz. Nic mi się kurwa nie chce.

Facetbez…

Masz dziś wolne.

Blondyna

No, chociaż tyle… A wiesz, że ta Marta z pracy ostatnio wywinęła niezły numer?

Brunetka

Która Marta?

Blondyna

No, ta taka ruda, głupia. Nie kojarzysz? Zawsze traktowała nas z góry.

Brunetka

Ta taka z wielkim tyłkiem?

Blondyna

Ta właśnie! Ona się spotyka z naszym szefem! To znaczy z twoim byłym, ale…

Brunetka

No chyba żartujesz! Wiedziała jak się ustawić.

Blondyna

A ten Tomek, ten taki chudy i wysoki w wielkich okularach. Zwolnił się.

Brunetka

Co się stało?

Blondyna

Dostał lepszą pracę. Wiesz, on zawsze był taki uprzejmy… a ja to ostatnio usłyszałam w pracy, że jestem pretensjonalna i roszczeniowa.

Facetbez…

To chyba komplement.

Blondyna

Tak?

Facetbez…

No bo jak ktoś jest pretensjonalny, to takie z niego trochę indywiduum.

 

Obserwator Optymista parska ze śmiechu w myślach.

 

Blondyna

Ano, może… Dzięki. Tak sobie myślę, że muszę mniej pracować. Jak będę stara, to będę zapierdalać, bo wtedy to już nic nie będzie ważne.

Facetbez…

Póki jest się młodym, trzeba dać czadu, ale z głową, z głową.

Brunetka

No właśnie! A tu ani wypłaty, ani urlopu, a budżet się kończy.

Blondyna

Takie życie, szare życie w tej Polsce.

Facetbez…

Już tak nie marudźcie. Chciałbym pracować 6 albo 8 godzin. Ja zaczynam za 14 minut, a kończę za 14 godzin…

Brunetka

O cholera! To gdzie ty pracujesz?

Facetbez…

Gastro. Teraz to i tak jest dobrze. Kiedyś pracowałem po 16 godzin, na szczęście już tak nie jest.

Blondyna

Zachciało się pracy w gastronomii.

Facetbez…

Ten Bartek, co zawsze chciał być kelnerem, ostatnio zaczyna zmieniać zdanie na temat tej pracy.

O ósmej jest już w pracy, żeby przygotować knajpę, a siedzi czasem do północy, bo po gościach trzeba posprzątać.

Blondyna

To mu się zachciało pracy jako kelner. Ma teraz!

Brunetka

Ale jestem głodna.

Facetbez…

To weź sobie coś kup.

Blondyna

Też jestem głodna.

Facetbez…

Czemu sobie czegoś nie kupicie?

Brunetka

Chodź na szluga, Agata.

Facetbez…

To ja będę już leciał do pracy. Cześć dziewczyny!

 

Towarzystwo się rozchodzi, a tak naprawdę Obserwator Optymista odchodzi. Dość już sułyszał.

 

Dokąd zmierzamy?

 

Skoro młode studiujące pokolenie, przyszłość naszego gatunku tak się prezentuje, nie możemy się chyba spodziewać wielkich zmian…

Co jest nie tak z ludźmi? Czemu za swoje “nieszczęście” obwiniają wszystkich naokoło? Czemu nie potrafią się skupić na pozytywach i dobrych momentach? Jak Ci praca nie pasuje, zacznij szukać nowej. Jak mało płacą, może spróbuj zdobyć nowe kwalifikację na jakimś kursie (najlepiej darmowym)? Jak studia Cię męczą, to po co na nie chodzisz? Owszem, papierek może pomóc, ale zastanów się dobrze, co jest dla Ciebie ważne i gdzie chcesz być. A może nie wiesz, jak większość?

 

Młodość to energia i zapał

 

Nie wiem czy to po prostu Polska, czy może wszyscy tak mają, że są martwi już za życia. Skoro jesteśmy tu tylko na chwilkę, może warto by było skorzystać z tego jak najwięcej i spróbować każdą, nawet najgorszą sytuację przerobić na coś pozytywnego? Jeśli nie da się pozytywnie, to może warto zacząć używać mózgu, żeby tych negatywów było mniej. Zazwyczaj sami pakujemy się w crap. Nikt nas tam nie pcha na siłę. No chyba, że nie mamy najmniejszej kontroli nad swoim życiem i otoczenie o wszystkim decyduje za nas. W to akurat nie uwierzę…

 

Czy ludzkość ma jeszcze szansę, czy najzwyczajniej w świecie upadniemy jeszcze bardziej? Jak myślisz?

 

 

PSsst. Pan z obsługi był tak miły, że przyjdę tam ponownie po prostu do niego, a nie tylko dlatego, że mają dobre cynamonki… Jego też obgadali, że pewno smutny, bo sam na zmianie i nie ma fajnej dziewczyny obok. Mnie się wydawał całkiem radosny…

 

PSSsst 2. Uważajcie na Wasze rozmowy w miejscach publicznych. Mogę czujnie siedzieć gdzieś obok i zawsze jestem gotowa na uwiecznienie kolejnej historii. Żeby nikt mi potem nie zarzucił, że nie ostrzegałam!

Nie mam życia, więc…

…PRACA to moje…

 

Zasłyszane pewnego mroźnego dnia w przytulnej kawiarni.

 

Marta

Wiesz, przytuliłabym jeszcze jeden etat.

Anna

Popołudniami, tak?

Marta

No, popołudniami. Jestem w stanie pracować sześćdziesiąt godzin w tygodniu. Dziwnie się czuje, jak mam za dużo wolnego czasu. Paweł też jest bardzo ambitny. Wszystkie projekty, które robi, muszą być doskonale wykonane. Ludzie świetnie oceniają jego pracę.

Anna

To super. Fajnie, że jesteś taka zdecydowana. Jeśli tylko tego chcesz.

Marta

To wszystko dzięki Pawłowi. Ciągnie mnie w górę. Robię różne kursy w pracy. Hiszpański, kolejne poziomy Excela, zarządzanie projektami i takie tam… Tabele przestawne są super. To takie proste!

 

Bo po co komu czas wolny? Po co życie (prywatne)?  Zainteresowania? Pasje? Po co przeżywanie, emocje i doświadczenia, skoro można mieć kolejny papierek? Kolejne potwierdzenie naszej wysokiej wartości (na rynku pracy czy gdzieś tam)? No właśnie, gdzie?

 

Anna 

No ja właśnie słabo to umiem… ale makra w Excelu… mój facet świetnie to ogarnia. Muszę się od niego nauczyć! Bardzo szybko sam to pojął.

Marta

To super! Nie ma lepszej zabawy niż Excel. Czasem siedzę nad nim w weekend, żeby lepiej wykorzystać go w pracy.

Anna

No, makro odwala robotę za nas. Andrzej szybko na to wpadł. Teraz wszystko robi z użyciem makr. Wpisał sobie, co umie w Excelu na LinkedIn i codziennie dostaje 3-5 ofert pracy. Ma w czym wybierać! Szkoda tylko, że tak dużo jest ofert z Warszawy.

Marta

Może przeprowadzka to dobry pomysł?

Anna

Na razie dobrze nam jest we Wrocławiu, ale kto wie…

Marta

Nie staracie się właśnie o kredyt na własne mieszkanie?

Anna

Staramy, więc tym bardziej… Tak duże zmiany jak zmiana pracy nie wchodzą teraz w grę.

Marta

Też tak sądzę.

 

Dziewczyny piją po łyku piwa.

 

Marta

Wiesz, Paweł programuje. Jego największą pasją jest praca. Potrafi przy tym spędzić kilkanaście godzin niemal bez przerw. Ludzie chcą się od niego uczyć. Jest w tym naprawdę dobry. Czasem ciężko mi do niego trafić, kiedy siedzi taki zaangażowany. Świata nie widzi poza ekranem.

Anna

Andrzej też jest pochłonięty swoją pracą. Czasem w weekendy robi dodatkowe rzeczy, bo chce szybko dostać awans. Podobno ma duże szanse wygrać najnowszy job posting w firmie.

Marta

Byłoby fajnie! Mój Paweł dostał właśnie świetny projekt. Przyniesie dużo pieniędzy i renomę. W sprawie pieniędzy, jak z tym Waszym mieszkaniem?

Anna

W przyszłym tygodniu powinniśmy dostać odpowiedź na wniosek kredytowy i wtedy od razu kupujemy. Mamy świetną miejscówkę na obrzeżach centrum, bo wiesz jak to z cenami w centrum.

Marta

No tak, tak. To sporo tysięcy… My już to mamy za sobą. Wszystko pięknie urządziliśmy. Ikea miała w tym swój znaczny udział.

Anna

Ano, meble z Ikei są w porządku. Przecież nikt nie chce mieć takiego samego wystroju przez całe życie, więc nawet jak się zniszczą, to można kupić nowe.

Marta

Dokładnie. Design mają niezły, a ceny przystępne. Czego chcieć więcej… Paweł obieca…

 

Cichy obserwator całkowicie traci zainteresowanie. Ziewa. Wstaje, płaci i wychodzi. Na zewnątrz śnieg pada w najlepsze, a mały rudy kot miauczy rozpaczliwie nieopodal.

 

Nie potrzebuję życia, bo mam…

… pasję?

Nie, pracę.

 

Smutne, bo prawdziwe w zbyt wielu przypadkach.

Wolność to… część 1.

 

Wolność to…

coś, o czym wszyscy marzymy. A może tak nam się tylko wydaje?

 

 

Chcemy być niezależni, niepohamowani i niczym nieograniczani, a jednak pakujemy się w (kolejność przypadkowa):

 

  1. Kredyty
  2. Małżeństwo
  3. Dzieci
  4. Rodzinę (brzmi kontrowersyjnie? Bardzo dobrze)
  5. Wątpliwe inwestycje
  6. Wątpliwsze kooperacje
  7. Pechowe umowy
  8. Nałogi
  9. Opresyjne relacje
  10. Opresyjne ideologie
  11. Narzucone przekonania
  12. Religię
  13. Pracę na etacie
  14. Inne

 

Gdzie jest ta nasza wolność? Czy ona w ogóle JEST?

 

Na co dzień raczej o niej nie myślimy, bo to niewygodne. Moglibyśmy się gorzej poczuć, stracić humor. Lepiej kontynuować życie w iluzji. Tak robimy i będziemy robić. Może wcale nie marzymy o wolności? Może jest nam niepotrzebna?

 

Czym w zasadzie jest wolność?

 

Możliwością zrobienia tego, co się chce, kiedy się chce i z kim się chce? Możliwością wstania i wyjścia – pójścia dokładnie tam, gdzie akurat mamy ochotę? Bez tłumaczenia się komukolwiek. Możliwością wyruszenia w podróż bez planu i ograniczeń w dowolnie wybranym towarzystwie? Możliwością kupienia sobie tego, na co mamy ochotę? Możliwością spotykania się z A, B i C bez konsekwencji? A może to byłby już chaos i rozpasanie? Możliwością rzucenia wszystkiego co jest teraz naszym życiem i spróbowanie “od nowa”?

 

Nie powiem, czym wolność jest dla mnie, ale Ty pomyśl, czym jest dla Ciebie.

 

Gdzie są granice wolności?

 

Czy ludzie byliby w stanie „żyć na wolności”, takiej niczym nieposkromionej?

 

Obawiam się, że nie i że wtedy mogliby stracić sens. W rzeczywistości ludzie nie chcą być wolni i nigdzie “nieprzywiązani”. Lubią mieć swoje korzenie, swoje miejsce na świecie i takie tam. Potrzebują poczucia obowiązku, odpowiedzialności i przywiązania. Chcą być komuś potrzebni – dziecku, kotu, przełożonemu, żonie, rodzicom, przyjaciołom, firmie, światu, komukolwiek. Chcą być po prostu potrzebni.

 

Brak obowiązków, przywiązania do miejsc i ludzi generuje nieszczęście – zawieszenie w jakiejś trudnej do zdefiniowania próżni. Po co tu jestem? Czy jest coś sensownego, co mogę zrobić (dla innych?) zanim skończy się mój czas? Chyba każdy choć raz zadał sobie te pytania. Dlaczego tak często ludzie starsi albo bezdomni tracą sens istnienia? Powodów może być bardzo wiele i wszystko zależy od przypadku, ale jeden z pewniaków to: nie czują się potrzebni. Nie mają sił, zdrowia ani planu co jeszcze mogliby zrobić, a przede wszystkim brakuje im kogoś, kto okazałby zainteresowanie.

 

Większość z nas potrzebuje ludzi. Pozostała część też. Można mieć jednak “życiowe cele” niezwiązane z ludźmi, jak np. napisanie książki, stworzenie nowego utworu, namalowanie obrazu, zbudowanie innowacyjnego urządzenia i tak dalej. Wydawałoby się, że to nie ma nic wspólnego z ludźmi, ale… bez ludzi, bez odbiorców te wszystkie wytwory pozostaną niezauważone. Cel, jaki by nie był, zawiera w sobie pierwiastek ludzki. Twórca potrzebuje odbiorców – osób, które zobaczą i skomentują jego pomysły. Że też to wszystko tak wygląda!

 

Czy wolność to żart?

 

Gdzieś głęboko pragniemy być wolni, ale bez przesady. Może tak na chwilkę? Na jeden dzień, weekend, miesiąc? Potrzebujemy tylko troszkę wolności, tylko tyle, żeby na moment się oderwać. Odskocznia od codzienności potrzebna jest tylko czasem i trzeba uważać, żeby po tym wszystkim można było bezboleśnie wrócić do szarej, bezpiecznej codzienności.

 

Także ten

 

wolność to iluzja

 

a jej pragnienie to żart

 

 

PSsst. Uciekam w te słynne Bieszczady!

PSSsst 2. Nie czuj się źle. Ja też w tym siedzę.

PSsst 3. Wiem, że w kwestii wolności można by tworzyć wielkie elaboraty, ale na ten moment to wszystko!

Uwaga, uwaga! Tylko DZIŚ miłość 50% taniej!

Zaraz, zaraz – czy my aby jesteśmy zdrowi psychicznie? Czasem w to wątpię…

 

 

14 lutego, pora lunchowa, dwoje ludzi siedzi w nastrojowej knajpce.

 

Kulka

Kocham cię dziś bardziej niż kiedykolwiek.

Octagon

To cudownie. Ja też czuję to mocniej! Zobacz na te wszystkie serduszka wokół!

Kulka

Lubię ten dzień. Mam wrażenie, że wszędzie unosi się miłość!

 

Kulka jest podekscytowana i szczęśliwa, mogąc świętować swoje uczucie w ten doskonały i jakże wyjątkowy dzień.

 

Octagon

Też to lubię, poza tym wszędzie są walentynkowe promocje.

 

Stwierdza Octagon zachwycony tym, że dzisiejsze wyjście będzie 50% tańsze – dla pary. To tak jakby do kawiarni przyszła jedna osoba, pojedynczy egzemplarz, niezwiązany z nikim. To nieco przewrotne… Czyż nie?

 

Kulka

Tak, to jest fajne. Można dużo zaoszczędzić!

Octagon

O tak! Wiesz co, mam coś dla ciebie!

 

Octagon wyciąga pudełko średniego rozmiaru. Co jest w środku?

Kulka obiera prezent z niezdarnie ponawijanych warstw (widać, że mężczyzna pakował, ale przynajmniej zadał sobie trud).

 

Kulka

Wow, super! Cóż za piękne gumowce w serduszka! Akurat zaczyna się sezon deszczowy. Wiedziałeś co wybrać!

 

Dziewczyna wygląda na realnie wzruszoną tym niezwykle przydatnym podarunkiem. Octagon cieszy się prawdziwie.

 

Kulka

Ja też kupiłam coś specjalnego!

 

Zauważa dziewczyna i wręcza swojej połowicy cienką kopertę w bordowym kolorze. Chłopak ogląda ją z zaciekawieniem i wyciąga ze środka…

 

Octagon

…trzymiesięczny karnet na siłownie dla par! Wow!

Kulka

Uznałam, że mógłby ci się przydać, a i ja skorzystam przy okazji.

 

Dziewczyna wygląda na zachwyconą pomysłem i częstuje się kawałkiem ciasta zamówionego przez Octagona.

 

Kulka

Jak weźmiesz się do pracy, szybko będą efekty!

Octagon

Rozumiem. Dzięki.

 

Romantyczna atmosfera pryska. Opada wszystko, co może opaść. Chłopak nie wygląda na zachwyconego. Spogląda w dół, na swój brzuch.

 

Octagon

To ja już może nie jem.

 

Oddaje swoją porcję ciasta Kulce.

 

I tak się kończą dobre chęci…

i zakamuflowane wyrażanie prawdziwych myśli.

 

Walentynki?

 

Nietrafione prezenty. Głęboko skrywane oczekiwania. Komercyjna uczta.

Po co to robić?

No ja nie wiem.

 

Miłość chyba nie wymaga specjalnego dnia czy wyróżnienia. Tak mi się może tylko wydaje. Zdaniem mediów, sklepów, firm, restauracji, miejsc rozrywki i tak dalej właśnie 14 lutego warto przejąć się nią bardziej niż zwykle i wydać trochę pieniędzy specjalnie z tej okazji. Dać miśka, czekoladki, perfumy albo coś jeszcze. Iść gdzieś razem, jakby poza 14 lutego nie było to możliwe albo jakby każdy inny dzień był gorszy na takie “atrakcje”.

 

Po co ja w ogóle o tym piszę? Ignorowanie to najzdrowsze zachowanie, a ja mielę i przywołuję, bo mogę (i “tęsknię po Tobie”). Taka masówka to słaba sprawa. To rozczarowujące, jak wiele osób się w to bawi, ale przecież ludzie jako “masa” rozczarowują nie tylko koty. Na szczęście istnieją też jednostki, które nie potrzebują takich płytkich atrakcji, a pieniądze na swoją drugość wydają “bez okazji”. Jesteś z Nami?

 

Bojkot masowych atrakcji obserwowany w niektórych kręgach niesie nadzieję. Coraz większa grupa niechętnie podchodzi do takich wydarzeń. A może tylko misię zdaje, bo obracam się w takim towarzystwie? Z drugiej strony – może jednak jest jeszcze szansa dla ludzkości?

 

A Ty? Korzystasz z promocji? Kupujesz miłość 50% taniej?

 

 

PSSsttt. Wiecie co jest najlepsze? Jak ten dzień już minie, wszystko będzie jeszcze taniej! Może jakieś 70% ceny? Nowy miś czy coś?

PSSsstt 2. Nie zapomnij zabrać połowicy na nową część Greya. Będzie się działo!

PSsst 3. O co ten cały ból dupy?

Czy życie to gorzka kawa?

Niektórzy twierdzą, że życie to kawa.

 

Czarna

gorzka

i z fusami…

 

Spodziewam się, że niezbyt smaczna, a raczej odstręczająca. Zatrzymaj się na moment i pomyśl, w której grupie jesteś.

 

Nieświadomy

Masz cukier? Chciałem posłodzić kawę.

Brutalna Prawda

Nie mam. Nie słodzę.

Nagle (ho ho, tośmy się pośmiali!) nadciąga kolejna postać, która zdaje się, że może zmienić całą sytuację.

Nagłe Zbawienie

Ja mam, chcesz trochę?

Nieświadomy

No pewnie! Spadłaś mi jak z nieba! Dobrze, że zawsze znajdą się ludzie, którzy poratują mnie odrobiną słodyczy.

Nagłe Zbawienie

Nie ma problemu! Cukru jest pod dostatkiem! Polecam się!

Nagłe Zbawienie odpowiada z uśmiechem i ulatnia się. W tym czasie Brutalna Prawda ostrzy zęby.

Brutalna Prawda

Ja ci tylko pokazuję, jakie jest życie.

Nieświadomy

Co masz na myśli?

Brutalna Prawda

Życie to nie są same słodycze i przyjemności.  To czarna gorzka… kawa. Bardzo gorzka. Taka, w której fusy wchodzą między zęby.

Tajemniczy Obserwator

O luuuudzie, ale depresyjnie się zrobiło.

Brutalna Prawda

Chcesz się ze mną kłócić? Chcesz powiedzieć, że tak nie jest?

Zdezorientowany Nieświadomy tylko spogląda to na Brutalną Prawdę, to na Tajemniczego Obserwatora – w końcu jest od tego, żeby być nieświadomym i nie wiedzieć, co się dzieje… Każdy musi odegrać swoją rolę.

Tajemniczy Obserwator

Myślę, że życie to nie czarna gorzka kawa z fusami. Ja bym powiedział, że raczej… pudełko czekoladek. Niektóre bywają wybitnie niesmaczne, na przykład te oscypkowe, ale zdarzają się perełki, które potrafią osłodzić wiele dni. Rozumiesz, o co mi chodzi?

Brutalna Prawda

Ja tam w życiu nie widzę żadnych czekoladek, a raczej samą gorzkość.

Tajemniczy Obserwator

Potrzebujesz, żeby ktoś ci je mocno dosłodził. Oj tak… Ja tam każdego dnia wybieram jakąś nową czekoladkę. Niektóre są podobne, ale przecież wszystkie nie mogą zaskakiwać. Są więc dni przeciętne, ale i takie, które zapierają dech w piersiach! W zależności od wybranej czekoladki.

Brutalna Prawda

Ale bzdury gadasz. Ja żadnego pudełka nie widzę, przynajmniej nie takiego z czekoladkami. Moje wypełnione jest sypaną kawą.

Tajemniczy Obserwator

Pewno tą najtańszą… i najbardziej badziewną.

Brutalna Prawda

Tak, dokładnie, ale to mogłeś sobie darować. Życie to kawa i tyle.

Tajemniczy Obserwator

Niech każdy decyduje o tym sam. Twoje mądrości nie są nikomu potrzebne do szczęścia!

Brutalna Prawda milknie na chwilę, a Nieświadomy w końcu zyskuje swoje pięć minut.

Nieświadomy

Czekoladki? Kawa? To ja wybieram hmmm… chyba te czekoladki. Wolę słodycz i miód niż gorzkie fusy.

Tajemniczy Obserwator

Słuszny wybór. Wtrąciłem się trochę niechciany, ale nie wytrzymałem tego smętnego marudzenia. Życie chłoszcze, okresowo, to prawda. Każdemu może się zdarzyć gorszy czas, ale jak ktoś ma cały czas “gorszy czas”, to coś jest nie tak. Trzeba się porządnie zastanowić nad własnym nastawieniem…

Podczas gdy Tajemniczy Obserwator sprzedaje umoralniającą przemowę, Brutalna Prawda wymyka się niechciana z pomieszczenia. Nikt dłużej nie potrzebuje jej pesymizmu. Nieświadomy wybrał już swoją ścieżkę. Stawia na niespodzianki, a Ty? 

 

Więc jak jest z życiem?

To kwestia spojrzenia? Podejścia? Przeżyć? Charakteru?

Na to chyba składa się wszystko razem.

A może wcale nie?

 

A Twoje życie? Jaka to kawa? A może gorąca czekolada, czekoladki lub wódka?

 

Ja stawiam na czekoladki!

 

PSSst. Jak ktoś Ci powie “ale Tobie jest łatwiej, ja miałem gorszy start” albo “łatwo mówić takiemu, co odniósł sukces”, spojrzyj z politowaniem. Doskonale znasz drogę, którą przebyłeś, żeby być w tym właśnie miejscu, w którym teraz jesteś. Wiesz jak jest… Sami pracujemy na to, co nam się przydarza i niech nikt nie szuka wymówek, że jednak jest inaczej… Nieważne, jakby było źle, to od nas zależy, czy w to popadniemy, czy spróbujemy coś zmienić… Dobra, koniec morałów. OK, wcale nie koniec…

 

Jeśli jednak wybierasz kawę…

 

Trzeba wiedzieć, jak pić kawę. Należy poczekać, aż fusy opadną i…

…pod żadnym pozorem nie pić do dna!

 

To mogłoby nawet zabić!

Czy ryba jest mięsem?

Ludzie od wieków zadawali sobie pytanie: czy ryba jest mięsem?

Wątpliwości te związane nieodmiennie z dziwaczną konstytucją tych morskich stworów i jeszcze bardziej dziwacznymi zwyczajami religijnymi obecne są do dziś i niejeden tęgi umysł już się nad tym zastanawiał…

 

Jak rozwikłać tę zagadkę? Czy jest to w ogóle możliwe?

 

Być może Czarna Owca i Wspólniczka Zbrodni Myślowej mają odpowiedź na tę zagwozdkę. Podsłuchałam (wiem, to nieładnie).

 

Czarna Owca

Ej, wiesz co mnie zawsze zastanawiało? W Polsce, jako że to katolicki kraj, zawsze wcinało się ryby w piątek i w czasie postu… bez obciachu. Bo przecież ryba to nie mięso.

Wspólniczka Zbrodni Myślowej

Hahaha, no dokładnie a przecież ryba to TEŻ mięso. No chyba, że ryba nie jest zwierzęciem.

Czarna Owca

To bzdura! Ryba to zwierzę jak każde inne.

Wspólniczka Zbrodni Myślowej

Moja ciocia nie jada mięsa, twierdzi dumnie, że jest „jaroszem”, ale ryby je.

Czarna Owca

Bo?

Wspólniczka Zbrodni Myślowej

Bo to dla niej nie mięso. Może powinnyśmy tak w ogóle stworzyć słowo „NIEMIĘSO”?

Czarna Owca

No, to brzmi jak plan. Ludzie są naprawdę debilami. Każdego dnia sobie to powtarzam. Bombarduje mnie to przy najmniejszej próbie obserwacji innych przedstawicieli Homo sapiens (sapiens)!

Wspólniczka Zbrodni Myślowej

No cóż poradzisz… ludziska. Wiesz, że to była rozkmina mojego dzieciństwa? Dlaczego ryb nie uznaje się za mięso i można je jeść w piątek, a innych rzeczy nie.

Czarna Owca

Ha, no jakoś mnie to nie dziwi. A pasztet? Patrz, taki pasztet? Niby z czego jest zrobiony? Z jakichś wątróbek albo innych paści, ale przecież nie jest mięsem. Straszny bullshit na kółkach krąży w tych ludzkich głowach.

Wspólniczka Zbrodni Myślowej

No zgadzam się. Nawet jeśli współczesne pasztety to takie samo gówno jak parówki, to wciąż mają w sobie jakieś mięso.

Czarna Owca

No właśnie. Jakieś, to kluczowe słowo, ale jednak. Więc niech nikt nie myśli, że pójdzie do Nieba za jedzenie ryb, pasztetu i parówek w piątek albo w inny post.

Wspólniczka Zbrodni Myślowej

Dokładnie!

Czarna Owca

Zwłaszcza, że ryby to już teraz coś bardziej niż mniej eksklusyfnego…

Wspólniczka Zbrodni Myślowej

No najtańsze nie są. Nie każdego stać na takiego łososia albo innego tuńczyka. Nie kojarzy się z postnym żarciem, co nie?

Czarna Owca

To prawda. Więc ogarnijcie się ludzie. RYBA TO MIĘSO i nic tego nie zmieni. Jak „nie jesz mięsa” to wiedz, że jedząc rybę jesz mięso.

Wspólniczka Zbrodni Myślowej

Tak, ogarnijcie się ludzie, bo…

Czarna Owca

 …wasz koniec będzie żałosny… Tymczasem może jakiegoś burgerka?

Wspólniczka Zbrodni Myślowej

Chętnie. W sam raz tak tuż przed sobotą!

 

Wikipedia mówi:

 

Mięso – zdatne do spożycia składowe zwierza, na przykład takie mięśnie szkieletowe czy inne, różniaste tkanki łączne, tłuszczowe i kostne, które się za takowe uznaje – a uznaje się, bo oszczędność, a raczej zarabianie pieniędzy, jest ważne. Dzięki takiemu podejściu na pasztet można zmielić całego kogucika, i z piórami, bo to też „zdatne do spożycia”. Wątróbka, nerki, żołądek, ozór czy inny mózg to też mięso. Da się zjeść i było w zwierzu od zawsze. Mięso to padłe, upolowane (w Lidlu czy innej Biedronce), zabite na śmierć, tak na śmierć, ciało istot, głównie z kategorii ssaków i ptaków. Zazwyczaj trzeba przetworzyć, żeby zjeść, chyba że ktoś lubi surowiznę, jak ja. Mięso morskich stworów, czyli ryb zawiera procentowo mniej białka niż na przykład mięso takiej krówki. Obwiniajcie o to wodę, to jej wina. Ryby mają jej po prostu więcej!

 

Oszukałam Was troszkę, bo to nie Wikipedia, ale mogłoby wyglądać na Nonsensopedię.

Cóż to tylko moja wersja wydarzeń. Prawie na jedno wychodzi, co nie?

 

 

Podsumowanie – Wikipedia używa określenia „mięso ryb”. To oznacza, że… ryba definitywnie jest MIĘSEM.

Bo Wikipedia zawsze ma rację, prawda?

 

Więc kto nie je mięsa, do ryb też nie ma prawa!

 

 

PSSttt. Ten obrazek specjalnie jest taki brzydki, żeby Was odrzucało od myśli, że ryba to NIEMIĘSO.

Wszystkie dzieci brzydkie są!

Wszystkie dzieci brzydkie są! La la la! (oczywiście tylko te pochodzenia ludzkiego)

Czyli co się dzieje, kiedy rodzice zaczynają mówić ludzkim, tfu, szczerym językiem…

 

– Olbrzymy są brzydkie. – powiedziała Mama.

– Naprawdę tak myślisz?

– No a nie?

– Uch, nie podejrzewałam cię o to. Czyli co, koty są ładniejsze? – spytała córka, próbując odgadnąć proces myślowy rodzicielki.

– No pewnie. Koty są ładne. Małe, duże, stare i młode. Inne zwierzęta również. Pomyśl o zającach albo koniach. To piękne i zgrabne stworzenia.

– A co z dziećmi, z tymi ludzkimi, to znaczy olbrzymowymi?

– To chyba oczywiste. Koty są piękne ponad wszystko.

– Czyli kocie dzieci są ładniejsze niż mali ludzie?

– Naturalnie!

– Twoje dzieci są BRZYDSZE niż twoje KOTY?

– Tak! Nie wspominałam o tym wcześniej? – spytała Mama, lekko zmieszana.

– Nie. To było bardzo miłe… – córka skrzywiła się wyraźnie urażona.

– Teraz już lepiej wyglądasz, ale jak byłaś dzieckiem to… no, dzieci ludzi są po prostu brzydkie.

– Myślałam, że wszyscy dorośli i w ogóle wszyscy ludzie poza mną, i dużą grupą innych osób, uwielbiają dzieci i uważają je za piękne zjawiska!

– To ci dopiero! W takim razie powiem ci najprawdziwszą prawdę, słuchaj uważnie. Ludzie nieczęsto mówią to na głos, ale dzieci potrafią być wybitnie paskudne. Zwłaszcza tuż po urodzeniu. – wyznała Mama z przebiegłym uśmieszkiem.

– Mam nadzieję, że nie mówisz o swoich dzieciach…

– Pamiętaj, że miłość zaślepia. Ta do swoich dzieci równie mocno jak do płci przeciwnej, więc nawet jeśli dzieciaki są wyjątkowo brzydkie, my, rodzice, tego nie zauważamy i twierdzimy, że przydarzył nam się prawdziwy cud natury. Ja jednak potrafię patrzeć na rzeczy trzeźwym okiem.

Córka spojrzała z niedowierzaniem, a jej szczęka zastygła w niemym opadzie sięgającym jakieś 10 900 metrów pod poziom morza.

– Czy ja to NAPRAWDĘ słyszę? Mam halucynacje? Brałyśmy coś razem?

Mama zaśmiała się niemal serdecznie i spojrzała na córkę z wyrozumiałością.

– Mówię to na serio, serio i uwierz, że znajdzie się spora grupa rodziców, którzy myślą podobnie. Szokujące i niewygodne, ale jednak prawdziwe. Cóż ja ci, dziecko, poradzę, że ludzie nie mówią prawdy?

 

Załóżmy, że historia urywa się w tym miejscu – dla wspólnego dobra odbiorców i bohaterów konwersacji. Jak można to wszystko podsumować?

Jesteśmy brzydcy.

Ja, Ty, moje rodzeństwo, Twoje dzieci, rodzice i tak dalej, wszyscy jesteśmy brzydcy zdaniem Mamy. Koty za to są ładne, niezależnie od wszystkiego. Inne zwierzęta również tak samo jak ich potomstwo, ale ludzie to totalne brzydactwo.

To trochę przykry wniosek, ale przyznam w sekrecie, że myślę podobnie.

Cinema City Unlimited i ułomna strona (mocy)

Nie zdziwiłabym się, gdyby każdy już wiedział, czym jest Cinema City Unlimited.

 

To taki fajny pomysł dla kinomaniaków, którzy tolerują multipleksy (np. dla mnie). Płacisz 44 zł miesięcznie (bez Warszawy, bo tam kwota wynosi 52 zł) i chodzisz do kina w przysłowiowy opór. Można dużo “zaoszczędzić” – pieniędzy, bo czas wtedy lubi dziwnym trafem znikać. Ciekawe dlaczego? Z taką kartą można obejrzeć dokładnie wszystko, co chcielibyśmy zobaczyć, a nawet to, na co nie poszlibyśmy za nic w świecie, gdyby nie było “za darmochę”. Pomysł świetny, ale nie do końca dopracowany…

Ale jak to?

 

Męska maruda

– Znów widzimy się w kinie!

Krytyk

– Cóż poradzić, jak tyle interesujących produkcji wchodzi na ekrany… Trzeba gonić te filmy.

Męska maruda

– Jeszcze trochę i zapomnimy o tym, jak się żyje.

Krytyk

– Haha, masz rację. Po bilety musimy lecieć do kasy, co?

Męska maruda

– No niestety. Internetowa strona Cinema City doprowadziła mnie dziś do szału i robi to za każdym razem. Brakło mi cierpliwości i czasu, żeby dokończyć transakcję.

Krytyk

– Oj stary, aż tak? Parę kliknięć i masz.

Męska maruda

– A weź daj spokój! Jak daję wstecz, cofa mnie do podstawowej strony, a ja chcę się cofnąć tylko troszeczkę. Nie będę się w to bawił. Sam nie lubisz tego robić i patrz, nawet nie ma kolejki.

Kasy kina Cinema City – aż przy trzech z sześciu stanowisk siedzi ktoś z obsługi. W kolejce stoją tylko Siwobrody, ojciec z dziećmi i młoda licealna parka spoglądająca na siebie cielęcym wzrokiem.

Krytyk

– Ciekawe, czy załapiemy się na lepsze miejsca.

Krytyk otwarcie wyraża swoje obawy.

Męska maruda

– Przecież dopiero dwunasta, nie świruj.

Krytyk

– Ach, zapomniałem. Ostatnio gubię się trochę w czasoprzestrzeni. Wiesz co, tak naprawdę to masz rację.

Męska maruda

– W sensie?

Krytyk

– No z tą stroną. CC mają kina wszędzie, wprowadzili fajną i opłacalną kartę Unlimited, ale już na aplikację na telefon albo wygodną stronkę brakło chęci.

Męska maruda

– Albo pieniędzy.

Krytyk

– Raczej tego pierwszego.

Męska maruda

– Powinni coś z tym zrobić, żeby wygodniej zamawiało się miejsca. Jak mnie najdzie nagła chęć na seans, a nie wyrobię czasowo z zamówieniem internetowym, muszę stać w smutnych kolejkach, bo zazwyczaj w takich chwilach tłumy biją do kina. To jest beznadziejne.

Krytyk

– Ano jest. Do tego ja moimi wielkimi paluchami ledwo trafiam w te tycie odnośniki do filmów w repertuarze na ich stronie na smartfonie… Czasem nie da się przesunąć podglądu sali jak należy. Nie wiem, o co chodzi. Appka dla użytkowników Unlimited byłaby super.

Męska maruda

– Zwłaszcza, że profil jest niedopracowany. Po zalogowaniu można co najwyżej anulować rezerwację, a rezerwacje w ogóle nie mają sensu, bo nawet nie można wybrać sobie fajnych miejsc. Same ograniczenia. Wzięliby się za to…

Krytyk

– Rezerwacja to dramat. Trzeba być pół godziny przed filmem w kinie. Co za strata czasu.

Męska maruda

– Porażka.

Krytyk

– Może to zmienią, jak zobaczą nasze marudzenie?

Męska maruda

– Jakoś w to nie wierzę. To może nie wystarczyć, ale jakby przyłączyła się wielka grupa marud, prawdopodobnie mielibyśmy szansę.

Krytyk

– To jak, organizujemy jakąś marudną akcję?

Męska maruda

– Czemu nie. Załóżmy Stowarzyszenie Filmowych Marud. Będziemy chodzić i się czepiać, i jeszcze krzyczeć o tym w sieci.

Krytyk

– Na świecie są może ważniejsze problemy i potrzeby, ale i tym trzeba się zająć.

Męska maruda

– Otóż to. Ciekawe jakie zdobędziemy poparcie w tej inicjatywie.

Krytyk

– Nie wiem, ale do roboty!

Nagle w budynku kina gaśnie światło i rozlega się dziwne chrobotanie…

CDN.

 

 

PSsst. Nikt mi nie zapłacił za ten tekst (a szkoda).

PSSssst 2. Wiecie co jeszcze jest fajne w tej karcie? Nie trzeba płacić 1 zł za zakup biletu przez Internet, a do filmów w 3D i IMAXie są niewielkie dopłaty (max. 5 zł).

Ketchup czy keczup?

Keczupowe rozterki, nie ketchapowe…

 

Burgerownia w centrum miasta. Tłok z prawej i z lewej, ale spragniony klient zawsze dotrze do lady, gdzie składa się zamówienia. Kędzierzawy chłopak zwraca się do ładnej dziewczyny z obsługi.

 

– Poproszę dodatkowy keczup.

– Słucham?

 

Na twarzy kobiety wykwita brak zrozumienia. Jej oczy zmieniają się w dwa lśniące filiżankowe spodki.

 

– Co proszę?

– Keczup proszę, po chińsku mówię? To takie czerwone coś z pomidorów, które dodaje się do jedzenia, żeby zabić jego prawdziwy smak, na przykład do niedobrej pizzy.

– Ketchup?

 

Pyta kobieta, a słowa, które wychodzą z jej ust, układają się w zgrabne „keczap”.

 

– Tak, dokładnie tak.

– Trzeba było tak od razu.

 

Odpowiada dziewczyna i wyciąga saszetki z ketchupem.

 

– Przecież mówiłem.

– Angielskiego pan nie zna?

– W Polsce jestem, to mam prawo mówić po polsku. Wszyscy moi znajomi mówią „keczup”. O co my się w ogóle spieramy? Wiedziała pani, o czym mówię.

 

W głosie mężczyzny słychać nutkę irytacji. Z jego ust znika uprzejmy uśmiech. Na twarzy kobiety pojawia się dziwny grymas, jakby walczyła z wyjątkowo odrażającym owadem. Włosy na głowie mężczyzny rozprostowują się ze zdenerwowania.

 

– No niech będzie, ale keczap, to zawsze będzie keczap.

 

Chłopak zabiera kilka saszetek czerwonego sosu.

 

– Jeden ch…omik. Widzi pani, przez panią moje loczki straciły swój kształt.

 

Uroda kobiety blaknie, przesłonięta głupim wyrazem jej twarzy. Nie wie, co odpowiedzieć.

 

– Ale przynajmniej mam mój KECZUP. Te burgery dziś wam nie wyszły.

 

Na zewnątrz pada obfity deszcz. Chłopak odchodzi zadowolony z siebie. Wie, że jak tylko wyjdzie z burgerowni, jego włosy odzyskają swoją kręconość. Koledzy radośnie witają zapas keczupu, który przynosi Pan Loczek. Krzyczą na całą salę:

 

– Mamy keczup!

Ludzie to jednak głupie stwory

Dwie dziewczynki przechadzają się ścieżkami dużego parku. Kwitnące drzewa i kwiaty roztaczają przyjemną woń i przypominają, że znowu wszystko rusza od nowa.

 

– Ostatnio zastanawiam się trochę nad ludźmi. Popatrz, jesteśmy dość duzi, trochę czasu żyjemy na tej planecie… Koty czy psy pewno uważają nas za olbrzymów…

– … i żyją kilka razy krócej niż my.

– No właśnie. Mam wrażenie, że jesteśmy gdzieś pośrodku. Są owady, małe zwierzęta, większe zwierzęta, ludzie, długowieczne zwierzęta…

– Takie żółwie?

– No na przykład. Są też rośliny. Niektóre żyją krótko, inne bardzo długo. Drzewa z natury żyją dużo dłużej niż my. Jak myślisz, co one o nas sądzą?

 

Dziewczynka z dwoma warkoczami pyta, przeskakując z nogi na nogę. Koleżanka spogląda na nią zdziwiona.

 

– Myślisz, że one myślą, Lucy?

– No pewnie, że tak. Ludzie myślą, kotki, pieski i wszystkie zwierzątka również. Dlaczego drzewa albo rośliny miałyby nie myśleć?

– Niezła z ciebie marzycielka!

– Nie mów taaaak. One na pewno coś o nas sądzą.

– Żyją dłużej niż my, pewno mają bardzo dużo do powiedzenia…

 

Dziewczynki podchodzą do drzewa o nisko wiszących gałęziach i wdrapują się na nie, żeby tam kontynuować konwersację.

 

– Taaak, na pewno. W końcu żyją setki lat! Widziały na pewno wielu ludzi. Jak myślisz, co sądzą o naszym gatunku?

– „Dobrze, że żyją w porywach 100 lat. Dłużej byśmy ich nie zdzierżyły!”

 

Dziewczynka z krótkimi kręconymi włosami naśladuje drzewo tubalnym głosem.

 

– „Przez 50 lat potrafią narobić tyle szkód, że to prawdziwe szczęście, że nie żyją tyle czasu co my!”

 

Dodaje Lucy.

 

– „Nie rozumiem ich sposobu komunikacji! Po co tyle hałasu?”

– „Wszędzie wprowadzili te kable. Dnia bez prądu by nie przeżyli!”

– „Stary dobry Leon odszedł od nas ostatnio. Ludzik z okolicy ściął go bez mrugnięcia okiem.”

– „Tak. To był dobry kumpel. Ten pan Robbins to niezły dziad! Za grosz szacunku dla starszych.”

-„Oni tak już mają. Nie wiedzą, co to znaczy być naprawdę sędziwym stworzeniem.”

– „Jak dożyją setki, to już sukces, a wtedy i tak ledwo zipią.”

– „Mogliby się od nas uczyć długowieczności.”

– „To wszystko przez tę ich złą dietę.”

– „Nas też podtruwają, Hubercie, ale całkiem silne z nas stwory.”

– „Drzewa tak łatwo od środka nie wykończysz. W końcu mamy głębokie powiązanie z innymi roślinami i z całą Ziemią.”

– „I dlatego zawsze ktoś nas podratuje! No chyba że robactwo użyje swoich niezawodnych metod.”

– „Mordując nas niczym Leona.”

– „Oj tak, ludziki. Jeszcze pożałujecie tego, że brutalnie uszczuplacie naszą populację.”

– „Wszystko jest głęboko zsynchronizowane, a wy to psujecie. Kiedyś się zemścimy.”

– „Będzie bolało.”

– „Potraficie w ogóle coś stworzyć, czy jesteście zwykłymi psujkami?”

– „Niektórzy z nich się bardzo starają i tworzą nowe dobre rzeczy. Takich ochronimy, Mikołaju.”

– „Tak, tak właśnie będzie. Pomożemy tym dobrym ziarenkom.”

 

Rozważania dziewczynek przerywa burzowe burknięcie. Obie zeskakują z drzewa, żeby pobiec przed siebie. W ich oczach gości ekscytacja.

Czy pogrzeb to taka straszna sprawa?

Właśnie, pogrzeb. Z czym się kojarzy?

To prawdopodobnie jedno z gorszych wydarzeń w życiu głównego zainteresowanego i uczestników.

Można coś z tym zrobić?

 

Umartemu wiele już nie pomoże, ale może jest chociaż nadzieja dla tych, co dalej bujają się po Ziemi?

 

Dwoje młodych ludzi siedzi na ławce w parku. Ubrana na czarno dziewczyna spogląda na ekran smartfona odzianego w ciemne ubranko na znak solidarności z właścicielką.

 

Dziewczyna (Maruda)

Ej, dlaczego po pogrzebie robi się imprezę?

Chłopak  

Co masz na myśli?

Dziewczyna (Maruda)

No… jest pogrzeb, wszyscy się smucą i płaczą, niektórzy na serio, inni udają, a potem uczestnicy uroczystości udają się do wynajętego miejsca na wielką wyżerkę. W niektórych przypadkach zdarza się chyba też alkohol, ale nie jestem pewna. U mnie tego nigdy nie było.

Chłopak 

Haha, mówisz o stypie, no tak. To spotkanie służy wspominaniu osoby, która nas opuściła.

Dziewczyna (Maruda)

To żeś Amerykę odkrył! Wszystko to jest teoretyczne. Jakoś nie zauważyłam, żeby ludzie rozpamiętywali zmarłego podczas stypy. Każdy gada, co u niego i tak dalej, byle nie schodzić na niewygodny temat… No dobra, czasem powie się parę słów o zmarłym.

Chłopak

Nie pomyślałaś, że to może być zbyt bolesne dla ludzi, żeby tuż po tym, jak ktoś z ich bliskich znalazł się pod ziemią lub został skremowany, rozmawiać o nim namiętnie?

Maruda

Pomyślałam, ale…

Chłopak

Taka stypa jest też po to, żeby odciągnąć uwagę najbardziej dotkniętych. Rodzina stara się zająć ich czymś innym, podnieść na duchu.

Maruda

Niech będzie, ale przebieg tej uroczystości zawsze jest dla mnie dziwaczny. Nawet w filmach stypy wyglądają niemal jak zwykłe przyjęcia rodzinne, takie prywatki.

 Chłopak

Wiesz, to tylko filmy.

Maruda

No ale nie powiesz mi, że wszystko w nich jest zmyślone.

Chłopak

Cóż, nie jest, ale czasem przesadzają.

Dziewczyna

Wiem. W każdym razie ostatnio przyszło mi to wszystko do głowy, jak oglądałam jeden film. Na tej całej stypie tylko rodzicie zmarłej zachowywali się na serio, a poza tym wszystko wyglądało jak miła rodzinna impreza.

Chłopak

To zależy od rodziny i sytuacji. Może to niestosowne, kiedy stypa przeradza się w miłą rodzinną posiadówkę, a może właśnie tak jest najlepiej?

Maruda

Sama nie wiem. Muszę to przemyśleć.

Chłopak

 Zmarły się chyba nie obrazi, dopóki jego pamięć jest szanowana, co?

Maruda

No. Mnie by to było chyba obojętne, a może nawet bym się cieszyła, jakby wszyscy ostro zaimprezowali.

Chłopak

No widzisz! To o co marudzisz?

Dziewczyna

Lubię.

Chłopak

To już nie marudź, bo sama nie chciałabyś smętnego spotkania.

Dziewczyna

No racja.

Młodzi ludzie śmieją się.

Dziewczyna

To jak zemrę, musi być dobra impreza. Zadbasz o to?

Chłopak

Wolałbym wtedy nie istnieć, ale w razie czego możesz na mnie liczyć.

Dziewczyna

Jak zawsze!

 

Jakby co obrazek na górze to tylko taki sobie random.

Niskokostkowa moda? To chyba nie dla mnie!

Chuda Stópka

Kupiłam ostatnio niesportowe buty i uwaga… nie kończą się za kostką. To znaczy kończą się poniżej, żeby była jasność.

Pan Pytajnik

I są wiązane? Ile to już czasu minęło od ostatniego takiego zakupu?

Chuda Stópka

Nie są wiązane! Chyba z kilka lat.

Pan Pytajnik dziwi się. Nie do końca rozumie słowa, które właśnie usłyszał.

Pan Pytajnik

A-ale… jak to możliwe?

Chuda Stópka

Szukałam wszędzie. Mierzyłam buty wszelkich marek, ale praktycznie każdy niski model odstawał na szerokość i wyglądał idiotycznie z każdym krokiem…

Pan Pytajnik

I one są dobre? Te nowe buty?

Chuda Stópka 

No właśnie nie do końca… Ostatnio zauważyłam, że są dobre na szerokość tylko dlatego, że na długość są przyciasne. Chyba jednak nie mogę ich nosić…

Pan Pytajnik

Naprawdę? Niedobrze. Potrzebujesz eleganckich butów?

Chuda Stópka

I eleganckich, i bardziej casualowych. W każdym razie takich, w których można bez obaw biegać po ulicach i nie wyglądać jak po wizycie na siłowni. Nie mogą być na obcasie, znasz mnie. Buty na wysokościach są piękne, ale co z tego?

Pan Pytajnik

Sportowy styl cię męczy?

Chuda Stópka

Trochę tak. Chcę czasem ubrać się w inny sposób. Dopasowane, eleganckie, kobiece i stylowe buty to coś, na co poluję.

Pan Pytajnik

Jeszcze nie upolowałaś?

Chuda Stópka

Nie i nie zanosi się na to…

Pan Pytajnik

Rzuć wyzwanie sklepom obuwniczym, Chuda Stópko. Wąskie i długie stopy też powinny mieć szanse. Tak samo jak te o chudziutkich kosteczkach.

Chuda Stópka

Ciekawe, czy dużo takich chodzi po świecie… lepiej bym się czuła wiedząc, że nie jestem sama.

Pan Pytajnik śmieje się, podczas gdy Chuda Stópka wygląda na zafrasowaną.

Chuda Stópka

Tak naprawdę nie o to mi w tym wszystkim chodzi. Chciałam tylko zauważyć, że od paru lat w modzie mamy niskokostkowe sneakery. Kiedyś wysokie były cool, ale czasy się zmieniły, a ja utknęłam. Nie nadaję się ani trochę do tej obecnej mody. Sportowe buty poniżej kostki ani mi się nie podobają, ani w nich nie wyglądam. To takie buty do biegania… No chyba że mówimy o Vansach, które zawsze wyglądają doskonale.

Pan Pytajnik

Kwestia gustu.

Chuda Stópka

Oj tak, a mój jest właśnie taki. Sport jest super, ale jak biegamy, to biegamy. W mieście wolę się inaczej prezentować. Na szczęście te „modne buty” na mnie nie leżą, więc problem z głowy. Byłabym tylko szczęśliwa, gdyby inne niskokostkowe dobrze leżały, były wygodne i nadawały się do chodzenia. Męczy mnie zapinanie i wiązanie wszystkich butów, które mam.

Pan Pytajnik

Ależ marudzisz! Problemy pierwszego świata!

Chuda Stópka

Och, okaż trochę współczucia.

Pan Pytajnik

No dobrze, dobrze. Użyję moich zdolności, żeby pomóc ci odnaleźć stosowne butki.

Chuda Stópka

Dzięki. Może najlepiej załóż jakąś nową markę butów? Specjalnie dla mnie? Tak przy okazji, firmy obuwnicze mogłyby się wysilić i nie ograniczać na rozmiarze 40, czy 25 cm w damskiej rozmiarówce. Jak jestem “długa”, to już nie mogę się ładnie ubrać, tylko muszę brać to, co się nada?

Pan Pytajnik

Znajdziemy jakieś rozwiązanie, Chuda Stópko. Obiecuję.

Wszystko, co może się wydarzyć, gdy wsiądziesz do autobusu

Uroki podróży transportem publicznym – cz. 1

 

Umęczony kilkugodzinną górską wspinaczką włóczykij wsiada z plecakiem do autobusu, układa się do snu i przysypia. Może dzięki temu będzie mógł jechać bez dodatkowego towarzystwa tuż obok i się wyśpi? Taką ma nadzieję. Autobus rusza. Nikt nie siada obok. To będzie dobra podróż.

– No wiesz, jestem tłumaczem. Niedawno zacząłem współpracę z Instytutem Konfucjusza. Wiesz, jak okropnie przetłumaczona jest jedna z książek, którą tam znalazłem? Tłumacz google lepiej by to zrobił. Dobrze, że tam trafiłem, zrobię porządek.

Autobusowy relaks włóczykija zakłóca przemądrzały głos młodego mężczyzny siedzącego nieopodal. Mądrala gada jak najęty, pozwalając swojej rozmówczyni jedynie na pojedyncze słowa.

– Acha, acha.

– Będą mi wdzięczni. Jestem dokładny i znam się na rzeczy. Jeździłem trochę po Azji, wiesz? Mam dużo wiedzy praktycznej. To ważniejsze niż suche studia. Dzięki nim trafiłem do Konfucjusza, ale podróże są nieocenionym doświadczeniem. W Azji Południowo-Wschodniej byłem chyba wszędzie.

– Coś o tym słyszałam.

Włóczykij próbuje spać, lecz głosy pasażerów to utrudniają. Mieszają się, tworząc bohomaz fabularny. Nowy głos wchodzi na scenę. Odzywa się starsza pani.

– Kup masę makową z Biedronki.

– Jak byłem w Tajlandii, to były wielkie trzęsienia ziemi, wiesz? Naprawdę poważne. W Polsce, na Śląsku też się zdarzają, ale to co innego, bo to tylko tąpnięcia. Wiesz?

– Tak. Nasza polska energetyka w dużej mierze wciąż opiera się na węglu. Trzeba to zmienić.

– Święte słowa. Ale patrz, co byśmy zrobili bez węgla w Polsce? Nie byłoby rozwoju, nie byłoby autobusów. Jak byśmy podróżowali…? Gdyby nie ten węgiel…

– Nie, nie, śmietanę już kupiłam, ale weź jeszcze cukier.

Rozlega się głos młodej kobiety:

– Może jakimiś tunelami powietrznymi?

– Tylko wtedy trzeba by było płacić jeszcze za powietrze.

– I śliwki suszone.

Majaki senne włóczykija przybierają kształty suszonych śliwek, wciąganych przez powietrzne tunele przenoszące je w nowe miejsca. Po każdej podróży śliwki przykładają do specjalnych czytników karty kredytowe. Śliwki występują w najróżniejszych konfiguracjach: noszą opakowania z cukrem, wirują w makowym jeziorze lub wylegują się na tajskich plażach.

– Jak przyjadę, upieczemy sernik.

– …na początku myślałem, że nie nauczę się tych tonów. Dużo czasu zajęło mi zapamiętywanie, jak wymawiać poszczególne słowa i zdania, ale gdy przebrnąłem przez pierwsze trudności, zakochałem się w chińskim. Byłem najlepszy na roku. To pozwoliło mi wyjechać na roczne studia w Chinach. Wiele się nauczyłem. Ludzie są tam niezwykle gościnni. Brakuje mi tego miejsca.

– To co tutaj robisz?

– Jadę, jadę.

Słychać głos starszej pani.