Wy(ze)znanie

 

Podobno prywata sprzedaje się najlepiej. W takim razie parę słów z przed i wiośnia. Co w trawie piszczy?

 

Nie ma mnie, bo…

 

Znikam

bo działam

za dużo.

 

TAM, nie TU

 

Wypalam się

 

Rezygnuję z A (a miało być dobre),

kiedy przyjdzie czas na B?

 

Już chcę powiedzieć: “B, dzięki, było wyczerpująco i dłużej nie dam rady”,

 

a później myślę: “a, pociągnę jeszcze troszkę i zobaczę, co to będzie”.

 

No więc ciągnę B, bo okazało się C i D.

 

 

Tak to wygląda. Jak robić wszystko, co robię i nie zwariować?

 

Mówią, że im więcej zadań, tym lepiej gospodarujemy naszym czasem.

 

TAK i NIE.

 

Trzeba bardzo dobrze planować, w zasadzie zostać mistrzem planowania i myślenia na zapas…

 

To nie takie łatwe (i męczące) zwłaszcza, jeśli…

… się nie dosypia

 

i…

… nie dojada, bo nie ma kiedy gotować albo (i) się nie chce. A “miastowe” to nie to samo i ileż można.

 

A co gdy do tego jeszcze nie ładuje się sztuką,

czy jakimś tam twórczym działaniem?

 

STRASZNOŚĆ.

 

Jest ciężko. Patrz poniżej:

 

JA - mniej więcej, więcej mniej
JA – mniej więcej, więcej mniej

 

spalona po marcu-kwietniu, w końcu doznałam odcięcia

 

takiego osobistego samo-pełno-spalenia

 

 

Wiosność

 

Dni przerwy zmieniły trochę na lepsze. Kolejne może też zmienią. Zrobiło się trochę spokojniej, na chwilę.

 

Trzeba panować nad myślaczkami:

 

“A, bo żeby zrobić TO, to muszę załatwić TO i TAMTO.

 

W piątek mam zaplanowane spotkanie, trzeba znaleźć odpowiednie miejsce.

 

Czas w końcu ogarnąć bilety na podróż.”

 

I takie tam. To trudne. To nieustanna droga. Dwa kroki w przód, trzy w tył.

 

A myślaczki (i ludzie) pożerają energię. Dlatego tak lubię bez-ludność.

 

Koniec tej prywaty.

 

Idę sobie (za)kwitnąć…

jak nasze piękne polskie drzewa
jak nasze piękne polskie drzewa

 

 

Show must go on. Jutro od nowa.

 

 

 

A Ty płoń tylko w słusznej sprawie,

w takiej przemyślanej

albo chociaż odsercowej

Absurdalia Cafe – absurdalnie dobre miejsce!

 

 

Dobra Dusza

Ej, wiesz… musimy iść do Absurdaliów! Mają świetne menu, kawy wszystkich rodzajów na dowolnym rodzaju “mleka”,

więc coś dla ciebie. Jest przytulnie, a pieseły zawsze mogą liczyć na miseczkę wody. Bardzo pozytywne miejsce!

Ja

Tak? Więc idźmy tam! Im szybciej, tym lepiej!

 

 

Po raz pierwszy wpadłam do Absurdaliów jeszcze w zimie, z komputerem, żeby pisać (jak zwykle). Kierowana niecierpliwością i ciekawością poszłam tam bez Dobrej Duszy. Wnętrze od razu mi się spodobało, a dobra energia utrzymująca się w powietrzu zachwyciła. Pomyślałam: “tu jest jak w domu i to takim z najpiękniejszych wyobrażeń!”. No ale to, że ładnie i klimat przyjemny, jeszcze nie gwarantuje sukcesu i że będę “bywać.” Menu i obsługa też muszą dać radę. Chyba się udało…

 

 

Moje absurdalne początki w towarzystwie doskonałej zimowej herbaty różanej i ciasta czekoladowego dla miłośników czekolady. Ono jest czystą harmonią!
Moje absurdalne początki w towarzystwie doskonałej zimowej herbaty różanej i ciasta czekoladowego dla miłośników czekolady. Ono jest czystą harmonią!

 

 

W sposób całkowicie niekontrolowany zaistniała absurdalna miłość

 

 

Miło tu, nie sądzisz?
Miło tu, nie sądzisz?

 

 

Do rzeczy, kobieto!

 

No więc jesteśmy w Krakowie, na Podgórzu, w Absurdaliach serwujących m.in. szeroki wybór herbat, dziwacznych kaw oraz napojo-deserów. Są też różnorodne smakołyki na ząb – na słodko i na słono. Możesz więc wpaść nie tylko na rozkoszną porcję cukru, ale również na pożywny lunch. Ja tam zawsze jakoś wpadam w kawiarniany nastrój, więc nie próbowałam jeszcze konkretów. Czas to chyba zmienić!

 

Dobrze się tu pisze, dobrze siedzi i nieźle rozmawia. Mają nawet całkiem wygodne łóżko (albo dwa, jak dwie sale). Można na nim usiąść na przykład z ulubionym… komputerem! Wnętrze jest przytulne, ciepłe i domowe w najlepszym znaczeniu. Nie można mu też odmówić nowoczesności. Na ścianach znajdują się całkiem ładne obrazy ładnych kobiet. Te ładne kobiety są naprawdę ładne! Na dodatek w Absurdaliach jest bardzo dużo światła. Mogłabym mieszkać w takim miejscu!

 

Czyje to będzie miejsce?
Czyje to będzie miejsce?

 

ATMOSFERA:

 

  • wystrój – jest jasno, świetliście, domowo i przytulnie… no i jest łóżko (a nawet dwa), i ładna poduszka, i ładne panie na ścianach
  • muzyka – nienachalna, instrumentalna, na tyle subtelna, że stanowi dobre tło do rozmów i knucia czegoś niedobrego. W skrócie: wycisza a nie drażni
  • ekstrasy – przestrzeń przyjazna dla zwierząt, toaleta przyjazna dla ludzi, prąd dla laptopów, no i łóżka (ponad wszystko)
  • gry planszowe i tony książek – nic tylko grać i czytać, jeśli akurat nie wpadłeś z własnym pomysłem!

 

 

Poza tym mają fajną poduszkę! Brałabym!
Poza tym mają fajną poduszkę! Brałabym!

 

MENU:

 

  • nieziemskie i absurdalne – pełne 8/8
  • słodkości to absurdalny festiwal doskonałości – ciasta i ciastka nie tylko cieszą oko, ale do tego smakują wspaniale
  • szeroki wybór herbat – moje serce skradła szczególnie sezonowa herbata zimowa z syropem różanym i płatkami róż (jeśli wciąż tam jest, wal śmiało i próbuj!)
  • nawet szerszy wybór kaw – i to nie tylko tzw. standardów, ale również cudacznych połączeń typu latte słony karmel czy “Donatan” (patrz poniżej)
  • świeżo wyciskane soki, smoothies, koktajle bez i alkoholowe, śniadania, panini, sałatki i lunch menu wciąż przede mną!

 

 

Oto przesławny Donatan. MUSIAŁAM. Wygląda jak eksplozja cukru? Otóż dzięki harmonijnej kompozycji gorzkiej kawy i słodkiej czekolady, napój jest W SAM RAZ. Naprawdę spodziewałam się, że całość będzie słodsza! Jeśli doskwiera Ci głód, zamawiaj - zjesz i napijesz się w jednym, jak wskazuje dekoracja. Ciekawa propozycja, prawda?
Oto przesławny Donatan. MUSIAŁAM. Wygląda jak eksplozja cukru? Otóż dzięki harmonijnej kompozycji gorzkiej kawy i słodkiej czekolady, napój jest W SAM RAZ. Naprawdę spodziewałam się, że całość będzie słodsza! Jeśli doskwiera Ci głód, zamawiaj – zjesz i napijesz się w jednym, jak wskazuje dekoracja. Ciekawa propozycja, prawda?

 

OBSŁUGA:

 

  • wspaniała, mimo że w połowie “samo” – podchodzisz do baru i zamawiasz, po czym smakołyki do stolika dostarcza Ci bardzo miła pani (a może raczej dziewczyna? Tam są same fajne dziewczyny!)
  • człowiek czuje się jak w domu niezależnie od płci, wieku i zainteresowań (taka aura i tacy ludzie pracują w Absurdalia Cafe)
  • naprawdę można gadać głupoty do tych wszystkich fajnych dziewczyn!

 

Podsumowując, obsługa jest cudowna, miła, rozmowna i zawsze pomocna. Miejmy nadzieję, że tak pozostanie! Absurdalia mogłyby oferować szkolenia z uprzejmości, kultury i doskonałej obsługi klienta mniej udolnym kolegom – nie tylko z branży!

 

 

Kosmos!
Kosmos!

 

 

LOKALIZACJA:

 

Cudowne krakowskie Podgórze z niepowtarzalnym klimatem! Jest gdzie pochodzić przed i po wizycie w Absurdaliach! Wisła w okolicy, nawet wodę można pooglądać i poprzepychać się między tłumami (jak ja dziś)

Dokładniej: ul. Kazimierza Brodzińskiego 6 – dosłownie osiem kroków od Kładki Bernatka

 

MINUSY:

 

Nie można zrobić rezerwacji na weekend (co z ludźmi, którzy wpadli do Krakowa na weekend i BARDZO chcą odwiedzić to miejsce?)

 

 

KOCHAM TO MIEJSCE!

 

Absurdalia Cafe zrobiły konkurencję wszystkim kawiarniom, które do tej pory lubiłam. Cafe Magia, Cytat Cafe (inspirujące miejsce!!!), Mleczarnia, Bunkier Cafe czy Cheder są w tarapatach, to znaczy… nie mogę przestać chodzić do Absurdaliów.

 

Czy ta faza kiedyś przejdzie?

 

Ocena: 7,5/8 (bo rezerwacje)

 

Słynne łóżko i ładna dziewczyna!
Słynne łóżko i ładna dziewczyna!

 

No weźże leć na Podgórze doznać szczypty absurdu!

 

Pierogi z węża – musisz tego spróbować!

 

 

Poważnie się ostatnio zrobiło, więc czas na trochę przyziemności!

 

Czyli na uznany w gronie bliższych i dalszych znajomych przepis na pierogi z węża… (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi z tym wężem)

 

Po raz pierwszy powstał w przypływie radosnej inwencji twórczej (sytuacja poniżej). Później powstał przy jeszcze wielu innych okazjach. Czas się podzielić!

 

Maciek

Zjadłbym pizzę.

Aleksandra

Nieee no, Maciek. Nie róbmy tego. Nie po to idziemy na trening, żeby wżerać później mączną pizzę.
Aż mi wszystko staje w żołądku na samą myśl. Zjedzmy coś lekkiego, zdrowego.
Coś przyjemnego dla żołądka i radującego mięśnie.

Maciek

Hmmm… Dobrze, masz rację. Ugotujmy coś!

Aleksandra

Mam parę rzeczy w domu, zobaczymy, co z tego może powstać.

Maciek

Super! Trzeba coś dokupić?

Aleksandra

Chyba nie. Co powiesz na kurczaka z masłem orzechowym?

Maciek

Brzmi świetnie. Nigdy takiego nie próbowałem.

Aleksandra

W takim razie kurczak. Przypomnę tylko, że nie jadam makaronów, bułek i takich tam,
więc zrobimy coś bez tych składników.

Maciek

OK, zdaję się na ciebie!

Aleksandra

Ha! Już wiem! Mam papier ryżowy. W tym to zrobimy!

Maciek

Wow! To będzie eksperyment!

 

 

I jak to eksperyment i potrzeba chwili – wyszło nienagannie.

 

Pierożek z węża

Pierogi z węża 

 

… ale, ale jak to? Z czego to w ogóle jest? {porcja na kilkanaście sztuk)

 

Świeży szpinak (baby lub niekoniecznie) – pół paczki/paczka lub 4 garście

Boczniaki lub pieczarki (lub dowolne grzyby) – 400 gram

Marchew – 2 średnie sztuki

Cukinia – 1 mała lub średnia

Świeża kurkuma – niewielki korzonek

Seler naciowy – 3 łodygi (tak, te zielone)

Masło orzechowe – 2 łyżki (polecam crunchy w wersji czystej bez olejów palmowych, soli itp.)

Mięso – 400 gram polędwiczek z kurczaka (nie lubię piersi) lub mięsa z udek, lub jakiegokolwiek chcesz albo nawet BEZ

Papier ryżowy – opakowanie (dostępne w niektórych marketach lub sklepach z azjatycką żywnością)

Olej kokosowy lub masło – niewielka ilość do smażenia

Sól himalajska – do smaku

Przyprawy do warzyw – według upodobania (kurkuma sypana, pieprz czarny, zioła, gałka muszkatołowa, majeranek)

Przyprawy do mięsa – polecam mocną korzenną kompozycję (papryka słodka, chilli, gałka muszkatołowa, imbir, cynamon)

 

 

Jak przyrządzić?

 

Warzywa razem, mięso osobno. Proste (i szybkie). Gdy wnętrze masz już gotowe, musisz tylko namoczyć papier ryżowy w zimnej wodzie, wypełnić farszem, zwinąć w kształt koreańskiego mandu i mamy to! Proste jak drut, a jakie dobre!

 

Kolejność przyrządzania: obraną i pokrojoną w niewielkie słupki/talarki marchew podsmaż na patelni na masełku lub oleju koko, dodaj oczyszczone grzyby w małych kawałkach. Dorzuć umyty szpinak, polecam go trochę posiekać, żeby nie było wielkich podłużnych, ciągnących się liści. To nie pasowałoby na farsz naszych pierogów z węża. Wszystkie składniki muszą być w niewielkim rozmiarze. Cukinia, którą dodajemy trochę później, również. Seler naciowy kroimy w półksiężyce. Na koniec leci pokrojona w malutkie kawałeczki kurkuma i gotujemy wszystko, aż warzywa zmiękną do zadowalającego nas poziomu. W międzyczasie polecam doprawić farsz tym, co nam w duszy gra. Nie bój się soli (chyba, że masło orzechowe już ją zawiera) i ziół. Jako zwieńczenie całości dodaj dwie duże łyżki masła orzechowego, podgrzej jeszcze chwilę, mieszając porządnie. Warzywny farsz jest gotowy! Wegetarianie wypełniają nim papier ryżowy, który trzeba namoczyć krótko w zimnej wodzie, najlepiej na dużym głębokim talerzu. Możesz skorzystać z instrukcji na opakowaniu, chyba że wystarcza Ci informacja, że papier musi się zrobić mięciutki i podatny na każdego rodzaju zaginanie.

 

Mięsożercy, gdy zielenina się podsmaża, równolegle przygotowują mięso – w małych kawałeczkach. Polecam je intensywnie przyprawić. Ja zazwyczaj marynuję je dzień wcześniej. Jedyne, co zostało do zrobienia, to podsmażyć mięso na oleju kokosowym. Gdy jest gotowe mieszamy cały farsz i wypełniany nim papier ryżowy, jak wspomniałam wyżej. Na środku miękkiego płata układamy łyżkę lub dwie nadzienia, zbieramy resztę papieru z brzegów i zwijamy, żeby uzyskać kształt mieszka (jak na zdjęciu). Pierogi z węża gotowe!

 

A tak wygląda wężowy pieróg po przekrojeniu
A tak wygląda wężowy pieróg po przekrojeniu

 

Smacznego!

 

PSsst. Opcjonalnie można to wszystko włożyć na moment do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika – papier stanie się chrupiący. Amatorom miękkiej, żelkowej masy ryżowej wystarczy wersja niepodgrzewana. Stanowczo odradzam smażenie pierogów z węża na patelni – danie stałoby się ekstremalnie tłuste i mogłoby unieszczęśliwić każdą wątrobę!

 

PSsst. Pierogi z węża świetnie sprawdzają się na imprezie, ale nie mówcie nikomu, co jest w środku!

A odpuść sobie! Dla zdrowotności

 

“A odpuść sobie!” Myślisz, że odpuszczanie jest złe? A może całkiem w porządku?

 

“Weźże sobie odpuść” mówi ktoś. Mówi też: “No zostań z nami, co będziesz rano wstawał. Trening nie zając, nie ucieknie! No ten jeden raaaaz”.

 

Z czym Ci się kojarzy odpuszczanie? Właśnie z tym co powyżej? Z “porzucaniem siebie” – w wyniku własnej słabości, słabości woli a może namowy innych?

 

Bez wątpienia mamy w przyrodzie takie odpuszczanie i prawdopodobnie każdy się go czasem dopuszcza. Mnie się zdarza, przyznam bez wstydu. Cele warto mieć i do nich dążyć (ja bez tego jakoś żyć nie umiem), ale… Zdarza się tzw. gorszy czas, osłabienie czy brak motywacji. Można od razu definiować problem, szybko działać, naprawiać lub też odpuścić na chwilę. Whatever works. Wiem tylko, że nie ma się co żyłować. Do tej pory zazwyczaj tak działałam i na zdrowie mi nie wychodziło to wrzucanie sobie nieustannej presji. Dlatego też dziś będzie o “odpuszczaniu” – innym niż to już wspomniane.

 

Me, myself and I

 

PRZED

Ktokolwiek mnie kiedykolwiek trochę poznał, wie, że w moim mózgu toczy się ciągła “myślaczka”. Nieustanny potok myśli przepływa w mojej głowie, zatruwając (pod)świadomość. Cóż to za myśli? Pełne fiksacji: “jeszcze to trzeba zrobić”, “o nie, prawie nic pożytecznego dziś nie zrobiłam”, “nie mam czasu”, “mam tyle spraw na głowie”, “przecież nie będę leżeć i się lenić, kto to widział”, “to strata czasu”. I faktycznie, swój czas wolny spędzam raczej aktywnie – niedawno wróciłam do malowania, piszę rzeczy (poza siecią), trenuję, czytam dobre książki, podróżuję, chodzę do kina na to, co naprawdę chcę zobaczyć i, oczywiście, spotykam się z ludźmi, którzy mnie inspirują. Nie dla mnie kilkugodzinne leżenie przed nawet najciekawszym serialem czy, o zgrozo, przed telewizorem. Nie dla mnie gra w gry komputerowe… W przeszłości udało mi się zmarnować bardzo dużo czasu. Już tego nie robię. Od zawsze wiem, że jestem TU nie po to, żeby bezmyślnie konsumować, ale żeby tworzyć.

 

PO

Ten przykładowy potok myśli przedstawiony powyżej mógłby być interesującym przekrojem codziennej aktywności mojego mózgu, ale już NIE. Odpuściłam. Pozwalam sobie na chwile “bezmyśli” (mam tu na myśli “bezmyśl”, czyli brak myślenia). Wyłączam się, sprawiając wrażenie nieobecnej dla świata zewnętrznego. To właśnie wtedy jestem najbardziej obecna, najważniej obecna. Lubię ten stan. Zatrzymuję się, nie biegnę z myślami i z życiem bezmyślnie jak cały nasz nowoczesny świat. Gdy to się jednak przytrafia, zauważam i zatrzymuję. Pozbyłam się poczucia winy, nie wrzucam sobie bez przerwy nieustannych oczekiwań wobec siebie samej. Czasem może być niedoskonale. Nie muszę być i działać perfekcyjnie. Pozbywam się myśli typu: “znowu tego nie zrobiłaś, przecież miałaś to w planie na dzisiejszy dzień”. One jedynie doprowadzają do niekończącego się wyczerpania psychicznego. Wtedy żaden wolny dzień i żaden odpoczynek nie przynosi ulgi… No, ale już PO. Obserwuję się i gdy zdarza mi się wrócić do tego myślowego młyna, interweniuję.

 

Relacje między(ludzkie) i cele

 

PRZED

Do tej pory zawsze walczyłam, inicjowałam – wszystko, nie tylko relacje z ludźmi. Taki to ze mnie go-getter. To był mój chleb powszedni: “aranżować i utrzymywać”, “wychodzić z inicjatywą”, “podejmować działanie jako pierwsza”, “robić po mojemu”, “działać”. Niby dobrze, ale doświadczenie pokazuje, że jednak nie do końca. Im bardziej się czegoś pragnie i za tym goni, tym bardziej się to wymyka. Tak, wiem, Ameryki nie odkryłam, ale uwierzcie, na co dzień naprawdę nie zdajemy sobie z tego sprawy. W ogóle o tym nie myślimy, więc ciągle trzeba przypominać – zwłaszcza o takich oczywistościach. No więc tę moją aktywną waleczność też odpuściłam. Bo może “po mojemu” nie zawsze jest najlepiej dla mnie? Mnie (jednostce) może się wiele wydawać, a później okazuje się, że te przekonania były błędne. Dobrze zrobić krok w tył i spojrzeć z boku na siebie i na różne sytuacje. Zdystansować się. Oczywiście nie jest to łatwe, ale praktyka czyni mistrza. Ja się dopiero uczę. Naprawdę nie o każdą okazję czy relację trzeba walczyć z pazurem, a o dobre znajomości w ogóle nie trzeba walczyć… Nie mówię, że nie należy się starać w relacjach z innymi, ale jestem przekonana, że gdy trafiamy na właściwych ludzi na naszej drodze, nie musimy się spalać, żeby cokolwiek wzniecić i podtrzymać.

 

PO

Przestałam więc “walczyć” o relacje, i ludzi, o każdą jedną rzecz, przestałam się fiksować. Przestałam też oczekiwać, że “wszystko pójdzie po mojej myśli”. Odpuściłam, bo takie podejście nie dawało niczego dobrego, a niepotrzebnie spalało moją energię.  Odpuściłam ludzi. Nie, nie zarzuciłam całej ludzkości (to stało się już dawno temu). Gdy ktoś chce BYĆ i chce, żebym była, jestem obecna. Otaczam ciepłem, zainteresowaniem i uważnością. Gdy ktoś nie chce mojego towarzystwa, nie narzucam się. Odpuszczam. Nie szukam niczyjej uwagi na siłę. Odchodzę, znikam (nazwij jak chcesz). I tak jest dobrze. To dla mnie działa. Polecam podobne podejście. Ma walory zdrowotne! No i wreszcie… jest milion miejsc, w których można mnie znaleźć, jeśli się chce. Nie trzeba nawet specjalnie szukać – ach ten błogosławiony XXI wiek!

 

 

Brave New Reality

Teraz stawiam na Wszechświat i na zaskoczenie. Robię swoje, robię to, co dla mnie ważne. Jestem skupiona. Gdy ktoś mnie potrzebuje, jestem obecna. Słucham siebie “ze środka”. Odsunęłam na bok chłodny racjonalizm i nieustającą kalkulację, z którymi byłam w związku od dwudziestu paru lat. Personę też wykorzeniam. Trudne i ryzykowne, no ale… idziemy do przodu. Porzuciłam nieustające rozmyślanie. I wiecie co? Tak jest lepiej.

 

Zobaczymy gdzie mnie to wszystko zaprowadzi!

 

Ty też sobie odpuść! Dla zdrowotności.

 

Jak?

 

Jak to zrobić? Pomyśleć: “dobra, zmieniam” i już?

 

Może zadziałać, na chwilę.

 

Po jakimś czasie wracamy do punktu startowego…

 

 

Może się wydawać, że tzw. “zmiana myślenia/podejścia” wystarcza, ale z podświadomością nie wygrasz świadomą postawą. Nauka może to potwierdzić.

 

 

No więc JAK…?

 

???????

 

Zaintrygowałam?

 

 

Do następnego!

 

 

 

PSSsst. Odpuszczaj innych, ale siebie się nie waż! W ostatecznym rozrachunku naprawdę zostaniesz tylko Ty.

To mogłaby być filmowa historia…

 

… filmowa historia bez happy endu, bez dodatków i osładzaczy. Życiowa, trochę brutalna i skłaniająca do refleksji.

 

Sprawdzisz?

 

 

Dwóch bezdomnych rozmawia. Poświęcają sobie pełną uwagę. Najzwyczajniej w świecie szczerze ze sobą rozmawiają. Jeden ma dużą butelkę wody, plastikową, bez etykiety. Pewno od kogoś dostał albo skądś wygrzebał, w każdym razie ma się czego napić. Pije, podaje koledze, a ten się częstuje. Nie krzywią się, więc to nie wódka. Dalej rozmawiają. Nie mają smartfonów, w które by się gapili. Tak bardzo NIE MAJĄ, że poniekąd są naprawdę wolni. Nie wiszą nad nimi zobowiązania, nie muszą troszczyć się o swój materialny „dobytek”. Wolni… Nie sądzisz?

Nie ma sposobu kontroli kogoś, kto niczego nie posiada, bo cóż więcej można mu zabrać?

Kawałek wcześniej stoi młody chłopak z głową tak zwieszoną nad telefonem, że aż przypomina słynne „f”. Kawałek później stoi pan około pięćdziesiątki z małym pieskiem na smyczy, radośnie defekującym na trawnik. I tyle. To wszystko. Taka to oto filmowa historia, a raczej scena. Kilkusekundowa.

 

Nic takiego? Nieznaczące? To naprawdę mogłaby być BARDZO symboliczna i niezła scena.

 

Tak jakoś mam, że często obserwuję świat z perspektywy “reżysera” lub też “scenarzysty”. Miłość do kina jest wieczna.

 

Co my tu mamy?

 

Młody z telefonem – symbol upadku i dezintegracji współczesnych relacji oraz narastającej samotności. Taka smaczna degrengolada i problemy z kręgosłupem na starość. Pieśń przyszłości!

 

Bezdomni – symbol przeszłości, starych czasów. Wykluczeni, niemodni, nie wpisują się w nowoczesny kolorowy obrazek. Zachowują się jak ludzie przeszłości – potrafią poświęcić pełną uwagę, zaopiekować się kimś nawet, gdy sami niewiele mają. W obecnym standardzie występuje raczej znieczulica. Panowie są całkowicie poza nawiasem, “niewidoczni” niczym pariasi, bo są bezdomni, a może… dlatego, że nie przystają? Są poza wszech-kontrolującą technologią. Szczęście czy przekleństwo? Trudno jednoznacznie ocenić.

 

Pan z pieskiem – smycz cywilizacji. Kredyty, wielkoekranowe telewizory, świetne samochody, etaty (z domieszką gówna w tle, jak na załączonym obrazku). To jest cywilizowane, to jest dobre. Co by się stało, gdyby odebrać te wszystkie obiekty, te elementy definiujące? Co gdyby zniknęły fajne gadżety, wygodny dom, modne pieski, najnowszy model samochodu? Pojawiłaby się… Pustka? Rozpacz? Dezorientacja? Poczucie bezsensu? Przerażenie? Pewno niejedno z tych uczuć. Cóż. Jeśli ktoś definiuje się poprzez obiekty, gdyby je wszystkie stracił, mógłby stracić też tożsamość. Bolesne i przerażające. Prawda?

 

Sama jeszcze nie mam dość odwagi, żeby się w pełni odciąć. Występuję na elektronicznej smyczy, występuję w społeczeństwie, standardowo, niby zwyczajnie. Mam parę przedmiotów tu i tam. Przydają się. Jest wygodnie, nie ma co narzekać. Smycz też jest, bo bez niej to jakoś dziko i nieswojo. Ale obserwuję, myślę, działam. Zmieniam i udziwniam.

 

Czy przekraczam swoje granice i mówię “papa” najlepszemu przyjacielowi Komfortowi? Czy powinnam je przekraczać?  Czy to w ogóle ważne?

 

 

Dużo pytań, a ile odpowiedzi?

 

Lubię je przekraczać. Zdarza mi się ryzykować – z różnym wynikiem. W ten sposób się uczę. I szukam. Lubię też dobrze się wyspać i kiedy jest mi wygodnie…

 

 

Jak właściwie jest lepiej?

 

 

Wygodnie i zwyczajnie, bez ekstremy i bezpiecznie?

 

 

A może w pełni ryzyka? Rzuć wszystkim i ucieknij na bezludną wyspę.

 

 

 

Jeśli kiedyś do tego dojrzeję, to Wam powiem, która opcja lepiej się sprawdza (przynajmniej dla mnie). A nie, zaraz, zaraz. Nie powiem, bo przecież się odetnę. Może napiszę list i wetknę go w butelkę?

 

 

PSSst. Listy są fajne. Może jakiś napiszę i wyślę do… no właśnie, do kogo?

Twarde z wierzchu, miękkie w środku. Co kto to?

 

Podsłuchane (czy coś):

 

No i wygadała…

 

Masełko

…mamy wiele twarzy. Jesteś tyloma osobami, ile znasz plus jedną.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Ciekawe podejście, podoba mi się! Coś w tym jest. Zakładamy różne maski, zależnie od tego,
z kim akurat rozmawiamy.

Masełko

Ty na przykład jesteś takim stworzeniem, do którego jeśli źle się podejdzie, rozleje się po ziemi
i ciężko będzie pozbierać…

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Hmm… No może, no, ale nie każdy ma do tego dostęp. Nie pokazuję tego na co dzień. Mam
twardą i grubą skorupę. Ciężko się przebić.

Masełko

Ale jak już się przebijesz, to mięciutko.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Stąd ta skorupa. Wiesz co, ja chyba jestem takim kokosem…

Masełko

Kokosem…

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

No tak. Najpierw oczywistości, czyli kokos z zewnątrz jest włochaty, a ja mam całkiem sporo włosów… No i…
choć nie odstraszam twardością na pierwszy rzut oka, to na drugi już tak. A spróbuj się dostać do środka.
Bez odpowiednich narzędzi i sensownych metod nic z tego.

Masełko

Tak, kokosy są bardzo trudne w obsłudze, ale cudowne. Ten kokos bardzo do ciebie pasuje.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Jak już się przebijesz przez twardą warstwę, w środku okazuje się miękko i pysznie, ale łatwo mnie rozlać, jak się nie obchodzi z delikatnością.

Masełko

Dokładnie. Trzeba do ciebie przyjść z miseczką, żebyś mogła się dobrze ułożyć i dopiero wtedy opuścić skorupkę.
Zdecydowanie nie można się za ciebie zabierać od dupy strony.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Oj nie. Całkiem nieźle mnie znasz, choć nie tak długo, ale SZA. Nie wszyscy muszą wiedzieć o tej kokosowatości.

Masełko

Vegas, moja droga, Vegas. O ile sama nie wygadasz, ja nic nie powiem.

Twardość z wierzchu, miękkość w środku

Wspaniale! Poza tym… kokos mi bardzo pasuje. Kocham kokosy. To znaczy że kocham siebie?

Masełko

Może troszkę?

 

 

Nic dodać, nic ująć.

Kwaskowate Orzeźwienie – sałatka ze świeżym szpinakiem, jajkiem i gruszką

 

Nie wiem jak Wy, ale ja w czasie świątecznej przerwy zjadłam różne rzeczy…  powiedziałabym – (za)DUŻO różnych rzeczy.

 

Takich, których nie jem na co dzień, bo ani mi to nie służy, ani nie zmienia niczego na lepsze. No, może smakuje od czasu do czasu, ale dość.

 

Przedwczoraj wróciłam do mojego krakowskiego dworu, by z lubością spozierać na pole (ale teraz nie o tym). To też oznacza, że wracam na właściwą ścieżkę po końcowo-grudniowej rozpuście. Zrobiłam zakupy i połączyłam zdobyte towary w jakieś takie kwaskowate orzeźwienie. Wyszło wyśmienicie! A może nie?

 

Kwaskowate Orzeźwienie

 

Dla jednej osoby potrzebujesz:

Szpinak baby – garść

Roszponka – garść

Kiełki – ile chcesz i jakie chcesz (ja wybrałam jarmuż przy tym rozdaniu)

Mała cukinia (na surowo) – 1/3

Jajka na twardo (czy jak tam lubisz) – 2 sztuki

Gruszka – 1/2, druga połowa na deser

Jabłuszkowe kapary – 2 sztuki, bo to takie okrągłe giganty, jak widać na zdjęciu

Musztarda francuska – łyżeczka

Prażone pestki dyni – ile chcesz

 

Opcjonalnie:  1/2 puszki tuńczyka (z wody lub zalewy olejowej)

 

Jak to zrobić?

 

Jak zawsze – łatwo i szybko. Opłukaj szpinak, roszponkę oraz kiełki i wszystko wrzuć do miski. Postaw jajka do gotowania. Ja na twardo gotuję dokładnie 8 minut, wtedy są idealne. Gotuj je ile chcesz, byle nie 10 minut i dłużej, bo wtedy wychodzi z nich paścioza, żółtka robią się sine (bo “szare” to nie dość dramatyczne określenie) i jajka nie są smaczne (ani zdrowe). Obierz cukinię, pokrój według upodobania – ja tym razem zrobiłam podłużne kawałeczki. Dodaj tuńczyka, jeśli chcesz. Bez niego sałatka jest równie smaczna, ale tym razem poszłam w rybę. Gruszkę pokrój na gryzalne kawałki, a kapary na małe części – mają bardzo mocny smak. Dodaj je do sałatki razem z jajkiem pokrojonym w talarki, a wszystko uzupełnij musztardowymi kroplami gorczycy (nie goryczy). Na suchej patelni podpraż pestki, posyp nimi sałatkę i jedzenie gotowe! Szybko, nie sądzisz? Jest kwaskowo, orzeźwiająco i bardzo smakowicie! Smacznego!

 

Zaufaj mi, w tym jest harmonia!
Zaufaj mi, w tym jest harmonia!

 

A może wolisz coś bardziej ZIELONEGO?

Hałaśliwa elektroniczna bezużyteczna bestia, czyli…

 

TELEWIZOR

 

Frustruje i irytuje. Sama egzystencja tego obiektu w moim najbliższym otoczeniu wpływa na mnie negatywnie. Potrafi w momencie wywołać „Hulk mode”, czyli nagły (lub narastający) atak wściekłości… Ta elektroniczna puszka włączona non stop generuje nieskończoną ilość zbędnego hałasu i bodźców, które doprowadzają mnie do szału. Tak, do SZAŁU. Wysyła mi niepotrzebnie nadmierne pokłady najbardziej przyziemnej energii (jeśli nie podziemnej).

 

Powiedzcie mi, jak w ogóle można funkcjonować z nieustannie brzęczącym, odmóżdżającym przedmiotem w tle?

 

Własnych myśli się nie słyszy (a może to o to chodzi?). Ja tak nie mogę. Wchodzę do pomieszczenia, gdzie to jest włączone i w momencie boli mnie głowa. Wkurzam się gdzieś w środku i muszę wyjść, bo dopada mnie narastająca irytacja. Ludzie sprytnie zagłuszają myśli tym jakże społecznie pożądanym przedmiotem. Najlepiej, żeby miał jak najwięcej cali i „hałasował” bez przerwy… “Bendziemy se puszczać fajne kabarety na wjelkim ekranie, Grażyna.” Bleh.

 

Cisza, książka lub własna muzyka, film na życzenie, ten, który SAMA sobie wybrałam – to jest rozwiązanie idealne. A nie zappowanie w poszukiwaniu najlepszego z durnych filmów i tracenie na to czasu albo słuchanie co jeden prezenter z drugim mają do pobzdurzenia. “Ależ on ma białe zęby!”, “Jaka ona mądra! Nie tylko ładna, ale i mądra”. Tylko, że telewizja to taka ładna ILUZJA. Byłam nie raz “za kulisami” i to nie tylko w Polsce, za granicą również, i wiem z doświadczenia, jak się sprawy mają i że prawie każda, nawet najmniejsza sytuacja jest dobrze napisana, a jeszcze lepiej wyreżyserowana. Z grą aktorską różnie to bywa… Gdyby pasowało, użyłabym jednego z ulubionych hasełek: “szkoda strzępić ryja”, ale bardziej pasuje: “szkoda płyty głównej na telewizyjne głowno”. Telewizja reprezentowana dumnie przez telewizor to naprawdę świetny sposób na wrzucanie sobie śmieci do mózgu. Do żołądka wrzucamy śmieci, do mózgu też można. Czemu nie? Ohyda.

 

Wszystko, byleby tylko nie myśleć za dużo, a tym bardziej rozmyślać. To mogłoby zaboleć.

 

 

A mnie się dobrze siedzi w ciszy, powiedziałabym wręcz, że najlepiej. Mru.

 

 

Psst. Wiem, Ameryki nie odkryłam, ale upuściłam sobie trochę żółci na papier. No, na ten elektroniczny.

Psssst. Piękny obraz, trafia w moją estetykę, ale ma w sobie coś gównianego (niczym telewizor).

Zielona Moc

Zielona Moc…

 

aż żałuje, że wykorzystuję to hasło właśnie teraz, ale bardzo wdzięcznie się wpasowuje tym (i wiele innych razy) razem

 

 

Optymistyczna Dusza

Muszę się pochwalić, patrz!

Mistrz

Hm? Co tam?

Optymistyczna Dusza

Wymyśliłam wczoraj świetną sałatkę, proste składniki!

Zdjęcie zostaje przedstawione

Mistrz

Super, ale jest ALE…

Optymistyczna Dusza

Jak to?

Mistrz

Nie miesza się dwóch rodzajów tłuszczów. Mam na myśli avocado i orzechy. Sam nie zawszę się do tego stosuję…

Optymistyczna Dusza

Ach no… nie wiedziałam, że to aż tak ważne! Jak to? Tako rzecze Ayurveda?

Mistrz

Akurat nie o to mi tym razem chodzi. Tłuszcze trudniej się trawią, zużywamy na to bardzo dużo energii, która może przydać się do ważniejszych celów.

Mistrz mruga porozumiewawczo i dodaje:

Ale podoba mi się Twój entuzjazm i minimalizm!

Optymistyczna Dusza

A dziękuję, Panie Nauczycielu. Ja wymieszałam aż trzy i będę to kontynuować! A ostatnią uwagę uznam za komplement.

Mistrz

A proszę!

 

Co wynika z powyższej wymiany zdań? Że mam pomysł i to smaczny oraz prosty do wykonania. Minimalistyczny.

 

Ostatnio u mnie w modzie Paleo. Cóż, szukam najlepszej opcji żywienia dla siebie. Takiej, która poprawi i pozytywnie wpłynie na moje treningowe osiągi, optymalnie odżywi i będzie współgrać z wnętrzem (pod każdym względem). Wzięłam się za to bardzo aktywnie. Dość zbożowo-cukrowej niestrawności!

 

Zainspirowana przez Robba Wolfa wymyśliłam coś prostego i pysznego, w sam raz dla ludzi jedzących maksymalnie 3 posiłki, które muszą być doskonałej jakości i mieć wiele wartości.

 

Zielona Moc 

 

Z czego to? (porcja jednoosobowa)

Szpinak świeży – garść

Seler naciowy – 2 łodygi

Avocado – połówka

Orzechy makadamia – 1/2 garści

Pistacje – 1/2 garści (fajna miara, prawda?)

Oliwa z oliwek (najlepiej taka prawdziwa, a nie zlewki z krajów UE)

Szczypta soli + pieprzu (jeśli potrzebujesz, ja nie dałam)

 

Jak to zrobić?

 

Szybko, prosto i na temat. Posiekaj szpinak na ulubiony rozmiar, pokrój seler na gryzalne kawałeczki. To samo uczyń z avocado. Sypnij orzechem od serca, a na szczyt sałatki zwieńcz oliwnym chlustem. Smaczek!

 

Ależ to zielone, a jakie dobre!
Ależ to zielone, a jakie dobre!

Czarownidziejka z Krainy Wiecznej Inspiracji

 

Nowicjusz

Pani Czarownidziejko, róbmy to twórczo, często i gęsto. Przecież nie liczy się nic poza tym, co po nas zostaje!

Czarownidziejka

Tak, racja. Też tak uważam. A masz dobre źródło?

Nowicjusz

Źródło?

Czarownidziejka

Z którego będziesz twórczo czerpać?

Nowicjusz

Oczywiście! Ciebie!

Czarownidziejka

Mnie?

Nowicjusz

Tak! Inspirujesz mnie bardzo, bo nieustannie wyczarowujesz coś z niczego!

Czarownidziejka

Ach tak?

Nowicjusz

Też bym tak chciał.

Czarownidziejka

Żeby to osiągnąć, musisz czerpać z siebie, nie ze mnie. Twoje pomysły muszą wychodzić ze środka, z wnętrza.

Nowicjusz

Kiedy ja tam nic nie mam.

 

Czarownidziejka wybucha serdecznym śmiechem

 

Czarownidziejka

To jedynie oznacza, że musisz tam to i owo włożyć. Musisz szukać chwil, miejsc, rzeczy i ludzi, dzięki którym do głowy będą Ci wpadać pomysły.

Nowicjusz

No! Więc jesteś jednym z nich!

Czarownidziejka

I co takiego wymyśliłeś?

Nowicjusz

Że bardzo cię lubię i wiem, że inni też ulegną twojemu czarowi.

 

Rozlega się kolejna salwa serdecznego śmiechu

 

Czarownidziejka

I w jaki sposób stworzysz coś dzięki tej emocji?

Nowicjusz

Wyjdę do ludzi i zrobię coś dobrego.

Czarownidziejka

No i tu mamy początek!

(Nie)wszystkie źródła inspiracji

Częściowo swoje powiedziałam TUTAJ, ale to jeszcze nie koniec.

 

 

Skąd przychodzi najlepsza inspiracja?

 

 

Ze “światła” czy z “mroku”?

 

 

Z odczuwania szczęścia, a może z nieszczęścia?

 

 

 

Czy twórca musi być nieszczęśliwy, żeby tworzyć?

 

 

Zawsze się nad tym zastanawiałam. Odpowiedź zawsze brzmiała: “nieszczęście to klucz”, a świat uporczywie to potwierdzał i potwierdza do dziś. Dlaczego mam wrażenie, że wielu “zapamiętanych” i uznanych artystów czerpało, i wciąż czerpie właśnie z “ciemnej strony mocy”? Z tego co ich gnębi(ło) i spędza(ło) sen z powiek?

 

Dlaczego to, co zwyczajnie dobre i pozytywne jakoś takoś nas nie pociąga? Nie budzi zaciekawienia i ekscytacji? Nie inspiruje?

 

 

Realia, a materiał i twórca

 

Świat, media i popkultura nas zepsuły, ot co. Lubujemy się w ekstremach, bo “fajnie coś takiego zobaczyć”, poczytać o tym, ale za nic w świecie nie chcielibyśmy tego przeżyć. Są emocje – może tylko w książce i na ekranie, a nie w naszym życiu, ale są. Jest strasznie, niepokojąco, ekscytująco. Taka “Gra o Tron”, niech będzie na przykład. Kto przeżyje? Kto będzie szczęśliwy? Czy im się uda? Jesteśmy żądni mocnych wrażeń i emocji, najlepiej z dwóch skrajnych biegunów. I tak, kiedy to tylko możliwe, serwujemy sobie emocje i przygody innych osób, bohaterów mniej lub bardziej nierzeczywistych historii. Potrzebujemy tego, bo w codzienności rzadko ryzykujemy na tyle, żeby przeżywać ekstremalne doznania. Trochę strach, no i po co tak ryzykować? “Bezpieczeństwo ponad wszystko”. Przecież jako gatunek chcemy zachować życie, a w ostatecznym rozrachunku przetrwać, ale nie chcemy się nudzić. Prawda?

 

Po to nam sztuka i rozrywka – kino, książki czy teatr. Bohaterowie tacy wyraziści, a historie przejmujące. Podobno najlepsze są te, które bazują na rzeczywistości, bo mają w sobie wystarczającą dozę autentyczności. Gwarantują katharsis o wielkiej mocy. ALE… Dla mnie ta rzeczywistość musi zostać poddana dekonstrukcji, bo w przeciwnym razie NIE pociąga. Gdy chcę realizm albo naturalizm, to wychodzę na ulicę. Ja potrzebuję modyfikacji. Sztuka MUSI odrywać mnie od zwyczajności, przenosić w inne światy, smakować nutami szaleństwa i dziwactwem. Kontrowersja wizualno-treściowa bardzo mi odpowiada, dopóki mieści się poza granicami kiczu. Gdzie są te granice? Wyczuwam intuicyjnie, choć wiem, że mój “nie-kicz”, może być czyimś kiczem…

 

A co z twórcami? Ci wszyscy “szaleńcy”, którzy tworzą, pociągają nas i inspirują, bo robią TO, na co większość nie ma odwagi. Wychodzą przed szereg i im się udaje. Ciężko wyjść “poza”, no nie? Jeszcze byśmy się wygłupili, ktoś mógłby niemiło skomentować, a tego nie chcemy. A może by tak puścić to luzem mimo uszu? To, co inni sobie myślą? Żeby to zrobić trzeba albo a) mieć naprawdę nierówno pod kopułą (ale kto ma “równo” i gdzie jest to “równo”?), b) mieć wszystko bardzo dobrze poukładane ze sobą. Ja dążę do tej drugiej opcji, lecz bez zatracenia dziwactwa, które we mnie siedzi. Czas wywalić zachowawczość do kosza!

 

 

Inspiracja. A może jednak jasność?

 

Ten mały obiekt  przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!
Ten mały obiekt przechowujący światło powstał wczoraj w bazie FLU Grypy Twórczej w bardzo sprzyjającej atmosferze!

 

Gdzie znajduje się moment czerpania ze “światła”? W tych rzadkich chwilach pełnego spokoju i szczęścia, a może raczej… gdy dochodzimy do odpowiedniego poziomu samorozwoju i wewnętrznego dobrostanu, i kiedy otaczają nas właściwi ludzie. Wtedy twórczość ma szansę rozkwitać, zyskuje dobre cechy i właściwości budujące. Inspiruje do dobrego, do postępu. Bo przecież jesteśmy w stanie zaoferować światu tylko to, co w nas siedzi… Tworzenie, to nic innego, jak wywalanie swoich “bebechów” na świat. Przerażające, prawda?

 

Czy są inne źródła niż wewnętrzny spokój? A są. Mogą być przebłyskami, chwilami. Stworzeniami dwu lub czworonożnymi, a nawet skrzydłymi… Niedawno “odkryłam”, a raczej przypomniałam sobie coś małego, naprawdę malutkiego: natura potrafi dać wielką inspirację, bo to życie samo w sobie, to inspiracja prosto z jasności. Czasem takich drobnych “odkryć” nie można dokonać bez namacalnego doświadczenia. Krwistoczerwone róże na klombie w ponurej dzielnicy? Krople deszczu w październikowe popołudnie? Głośny niepohamowany śmiech przyjaciela? Albo nowe, małe stwory pod opieką? Jakiś czas temu pojawił się w moim otoczeniu maleńki kot. Sprawia, że nie mogę się opędzić od twórczych myśli, nawet gdy Figa bezrefleksyjnie demoluje otoczenie (to znaczy gdy się cieszy). Myśli są wszędzie, nadchodzą w nieskończoność i łączą się z tymi o moich własnych kotach, mieszkających kawałek stąd. Ta malizna się nie zastanawia, nie jest zachowawcza, nie analizuje. Po prostu jest. Robi to, na co ma ochotę i zupełnie nie myśli o tym, że komuś mogłoby się to nie spodobać albo ktoś doznałby szoku. Przecież jest tak słodka, że wszystko się jej wybaczy… Też tak chcę – istnieć bez zbędnych przemyśleń, bo myślenie, Moi Drodzy, to ogólnie bardzo dobra rzecz, dopóki nie hamuje działania. Uczę się tego i nie ręczę za efekty!

 

 

Białe, czarne, białe

 

Zdarza mi się tworzyć różne rzeczy i wielokrotnie miałam okazję usłyszeć: “czemu w tym tyle przemocy?”, “zawsze tworzysz niepokojące historie”, “to jest bardzo mroczne”. Gdy czerpię z “mroku”, twórczość staje się pokręcona i nie da się w żaden sposób zakamuflować tych ciemnych plam, nawet jeśli obsmaruje się je lukrem. Nie ukrywam, że lubuję się w tym ciężkim, dramatycznym nastroju, ale… kiedy czerpię z radości i szczęścia, a energię mam na odpowiednim poziomie, powstają dobre i pozytywne treści. Czy ekscytują? Na pewno inspirują i niosą dobry przekaz. Gdzie w tym wszystkim miejsce na pazurek i nutę dramatyzmu? Znajdzie się, bo gdzie jest światło, tam czai się cień i na odwrót. Tak działa świat i nie ma tu przestrzeni na dyskusje. Wszystko ma “dwie strony medalu”. Obie nieustannie się przejawiają. Przecież to oczywista oczywistość i najprawdziwsza prawda. Tylko czy o tym pamiętamy?

 

 

No leć już, leć!

 

Jedno jest pewne – nie możemy czerpać z obojętności. Tylko silne emocje pozwalają tworzyć i prowadzą do postępu. U mnie wieje kreatywną pustką, gdy nie potrafię w sobie wzbudzić emocji i kiedy żadne mi nie towarzyszą. Gdy nikt ani nic mnie nie inspiruje… Gdy nic nie zachwyca. Gdy nikt nie zachwyca. Można próbować wzbudzać w sobie pomysły, wyciskać coś z siebie na siłę, ale to zawsze jest suche i beznamiętne. Czasem lepiej, żeby się waliło i paliło, o ile coś z tego powstaje, ale lepiej jest, gdy “świeci”, a w umyśle panuje zdrowy porządek. Zwłaszcza, że chaos zawsze znajdzie miejsce, żeby o sobie przypomnieć!

 

PSSst. W Krakowie panuje taka dziwaczna Grypa, FLU Twórcza się nazywa. Emanują prawdziwie twórczą energią! Ta Grypa to moja nowa inspiracja!

Weźże się zamknij!

No i żal mi dziś dścisnął… Kiedyś byłam świadkiem ekstremalnie irytującej sytuacji i pozwoliłam sobie jej NIE uwiecznić w formie dialogu. Pamiętam tylko, że siedziałam w Mleczarni jesienią 2017 roku, próbując się skupić i coś napisać, ale za nic w świecie mi to nie wychodziło, bo do mych uszu nieustannie dochodził irytujący i pełen przechwałek głos licealisty, który prawdopodobnie z braku laku pieprzył nieprzytomnie. „Weźże się zamknij!” – myślałam w duszy, rozproszona do granic NIEmożliwości. Gęba mu się nie zamykała, a jego (prawdopodobnie) dziewczyna słuchała tych głodnych kawałków, marudząc trochę, że nie chce ciasta i niewiele się udzielając.

 

Wyglądało to mniej więcej tak:

 

Hałaśliwy licealista

No i ten Robert wiesz, nie wiedział, jak odpowiedzieć na pytanie, więc mu podpowiadałem. Psorka nawet się
nie zorientowała. Ja to taki dobry z chemii jestem. Wszystkie sprawdziany na piątki.

Cicha licealistka

Acha

Hałaśliwy licealista

Poza tym ostatnio na wuefie byłem pierwszy w rzucaniu palantem. Całkiem łatwe to było, wszyscy patrzyli z podziwem.
Szkoda, że tego nie widziałaś! Polski to straszna nuda. Ta baba zadaje tyle bezsensownych ćwiczeń,
że aż odechciewa się ze szkoły wracać do domu. Tylko by chciała czytać „co autor miał na myśli”
i to zgodnie z kluczem. To też mi łatwo idzie, ale wtedy się nudzę. A ty?

 

Może rzuć sobą, powinno ci dobrze pójść. Fajnie, że trafiasz w klucz, znaczy że mózg się wyprał na tyle,
że krytyczne myślenie poszło gdzieś do kąta. Wiem, sama doświadczyłam. Szkoła spełniła swą funkcję – bravo, bravissimo.

 

Cicha licealistka 

Co?

Hałaśliwy licealista

No jak tam w szkole u ciebie?

Cicha licealistka

Może być, ale ostatni sprawdzian z historii mi średnio poszedł.

Hałaśliwy licealista

Nie martw się, następny pójdzie lepiej. Historia tych wszystkich królów jest zagmatwana, tak to bywa.
Ja umiem wymienić wszystkich po kolei. W nocy o północy po ostrej imprezie że Bolesław Piąty Wstydliwy był przed Leszkiem Czarnym, a August Drugi Mocny po Janie Trzecim Sobieskim.

 

A kogóż to obchodzi? Na co ci ta wiedza teraz? Czy twoje życie jest lepsze lub bogatsze, bo wiesz, który król był po którym?

 

Dziewczyna wzdycha, bez przekonania dziubie widelcem ciasto. Pije herbatę

 

 Hałaśliwy licealista

Może następnym razem pójdziemy do kina? Jest kilka nowych fajnych filmów. Jakiś tam nowy Wolverine na przykład.
Chętnie bym to zobaczył. On to jest gość!

Cicha licealistka

No właśnie. Gdzie są tacy panowie? Którzy działają zamiast ględzić w kółko?

 

 

No i tu zakończmy wspomnienie tego niezgrabnego spotkania sprzed roku. Wtedy byłam w innym miejscu życia, ciężko było mi tego nie słuchać. Nie potrafiłam się wyłączyć, a chłopak tak utkwił mi w głowie, że dziś, trafiając na coś podobnego, przypomniało mi się, że miałam o tym napisać tekst… Dziś jestem gdzie indziej i dobrze. To dla mnie szokujące, jak wiele się zmieniło, kiedy niby „nic się nie zmieniło”.

 

Jesień 2018

 

Siedzę pogrążona w swoich myślach, w moim świecie, w mojej książce, w głębokiej fazie relaksu. Dźwięki przechodzą obok niezauważone, ale rejestruję je na granicy świadomości. Łapię się na chwili medytacji albo dwóch. Na moje życzenie błogi stan ustaje i znów zwracam uwagę na otoczenie, zerkam na ludzi obok, słyszę ich. Jedna bzycząca mucha zaczyna mnie wkurzać, bo bzyczy i bzyczy. Wjeżdżam więc na inny level – słownictwo też będzie inne. Siedzi typ z dziewczyną i gada. Ryj mu się nie zamyka. Gada o swoich podnietach jakimś tam skejterem, który jest też muzykiem i czymś tam jeszcze, a na ślub dostał jakiś tam dom od kogoś. Chłopaczek jara się czyimś sukcesem niczym pochodnia, a jego „partnerka” słucha potulnie. Czy to ją w ogóle obchodzi? Mnie by nie obchodziło, ale ona siedzi i słucha, a on gada o tym człowieku i gada.

 

Ja się nie potrafię tak „na poważnie” kimś wzniecać, więc pewno wypaliłabym: „A po co o nim mówisz? Chcesz być jak on?” albo „Nie obchodzi mnie on. Mogłabym się od niego czegoś nauczyć?”. Wątpię. Po długotrwałej tyradzie na temat studiów, fizyki i różnych fascynujących badań, chłopak wjechał na temat jakiegoś człowieka z drugiego końca świata, jak gdyby miał on jakiekolwiek znaczenie tu i teraz.

 

Ludzie lubią mówić bez sensu, a paszcza im się nie zamyka. Po co tyle słów? Przypuszczam, że jakieś 90% rozmów to bełkot bez znaczenia. Ludzie nie potrafią słuchać. Ego? Nerwy? Za mało są na co dzień słuchani? Nie wiem. Ja też mam chwilę, gdy gadam i gadam, a gęba mi się nie zamyka, ale słuchać też potrafię, co więcej – z uwagą. Zawsze i we wszystkich aspektach wierzę w złoty środek – trzeba mówić i słuchać w odpowiednich proporcjach, i to Z UWAGĄ. Bez tego nie ma dialogu i szkoda strzępić ryja.

 

 

A Ty? Potrafisz słuchać?

 

Czy mówisz w nieskończoność, a Twój słowotok jest jak Velvet?

 

Czyli… nigdy się nie kończy i jest do dupy?

Lubię siadać na jeżowcach. Dziennik pokładowy, część 1: wskazówki

 

Lubisz siadać na jeżowcach? Tak? Nie? Sam(a) nie wiem.

 

Jeśli jak ja jesteś fanem ekstremalnych doznań i silnych emocji, polecam przysiąść lub chociaż otrzeć się o jeżowca, najlepiej przez przypadek. Wtedy, znienacka, cieszy najbardziej. To niezwykłe doświadczenie potrafi pozostawić nietrwały ślad w postaci wyglądających na wysypkę kropeczek na Twoim pośladku/udzie czy gdzie tam chcesz. Jeżowiec może nawet wpuścić Ci jad! Najlepiej, kiedy parę kolców się wbije, przynajmniej jest co wybierać!

 

Tak, takie atrakcje mogą Cię spotkać na morzu. Jeśli masz pecha lub bywasz nieuważny(a) jak ja to nawet więcej niż raz!

 

Ta limuzyna grzecznie stoi w porcie znudzona… Za to ego właściciela musi być całkowicie zadowolone!

 

Niedawno spędziłam tydzień na jachcie (po raz pierwszy), w grupie świeżo poznanych ludzi. Mieliśmy wielkie szczęście, bo dopasowaliśmy się na tyle, że byliśmy w stanie funkcjonować bez kłótni i p(b)ijatyk na pokładzie. Mało tego, udało nam się osiągnąć porozumienie także w kwestii wspólnych finansów, destynacji i kolacji. Uważam to za sukces!

 

Ciasno ale własno, jak mawia klasyk!

 

Jaka była nasza trasa?

 

  1. Marina Alimos Kalamaki
  2. Przylądek Sunio
  3. Maleńka wyspa Kythnos
  4. Wyspa Poros
  5. Port Vathy na Półwyspie Methana
  6. Epidavros na Peloponezie
  7. Marina Alimos Kalamaki na zakończenie

 

 

 

 

Gdzie zaczynasz, tam kończysz. Proste prawo. Marina Alimos Kalamaki ma tę zaletę, że posiada bezpłatne prysznice i toalety na lądzie. Co prawda oferuje zimną wodę i drzwi bez zamków w rejonie ubikacyjnym, ale to zawsze miła odmiana dla klaustrofobicznej łazieneczki na pokładzie, gdzie wszystko, co nalane trzeba spuścić w dół siłą własnych mięśni. Tak, żeglarze spuszczają do mórz i oceanów wodę z mycia i mocz. Nie trzeba chyba wspominać, że papier toaletowy i inne śmieci wrzuca się do worka, a cięższe sprawy zaleca się robić na lądzie? No dobra, wspomniałam o tym, bo to ważne.

 

Marina Kalamaki nie posiada niestety w pobliżu przyzwoitych knajpek, w których można by zjeść grecką klasykę lub napić się dobrego frappé* w dobrej cenie, ale nie można mieć wszystkiego! Możemy się za to napić średniej kawy w wyższej = turystycznej cenie w Dia Noche, gdzie panuje całkiem nieturystyczna metoda obsługi klientów… albo właśnie turystyczna? Jakkolwiek by jej nie określić, podsumowanie zawiera się w prostych acz wymownych słowach “byle jaka”.

 

Ostatni wieczór w marinie Kalamaki uświetnił naprawdę malowniczy zachód słońca!
Ach te zachody słońca! Można się rozmarzyć!

 

Jak to się robi na jachcie?

 

Płyniesz w świat pierwszy raz? Jeśli tak, to sprawdź poniższe wskazówki:

 

  1. Na pokładzie robimy wspólny budżet na okrętowe paliwo, postoje w portach i zakupy żywnościowo-niezbędne. Błogosławiony skarbnik zarządza całym funduszem. Czasem nawet ochotnik zgłasza się sam z siebie!
  2. Gdziekolwiek się przemieszczasz, trzymaj się choć jedną ręką. Gdy fale zarzucają łódką, łatwo o siniaki, wywrotki, ofiary w ludziach i przedmiotach.
  3. Nie schodź pod pokład w trakcie podróży chyba, że masz bardzo pilną potrzebę, żelazny żołądek albo upośledzony błędnik. Zdrowe błędniki gwarantują nudności!
  4. Oszczędzaj wodę, bo więcej niż w zbiornikach nie będzie, chyba że dobijecie do portu.
  5. W trakcie rejsu nie doładujesz swojego sprzętu elektronicznego, chyba że ładowarką samochodową. Przecież nie jesteś na lądzie! Nie ma co liczyć na standardowe napięcie w gniazdkach!
  6. Warto mieć ze sobą buty do wody (chyba, że uwielbiasz stawać na jeżowcach), maskę i rurkę do nurkowania (dla dobrych podwodnych widoków).
  7. Trzeba zabrać więcej niż jeden strój kąpielowy i dużo kremu do opalania.
  8. Nawet gdy buja, możesz gotować wodę albo inne frykasy, bo kuchenka w mesie ma specjalne uchwyty. Mimo wszystko nie polecam z przyczyn żołądkowych!
  9. Nagłe wstawanie po przebudzeniu do pozycji “siedzącej” może się skończyć guzami. Sufit jest bardzo blisko powierzchni Twojego łóżka.
  10. Jedz przed wypłynięciem. Wtedy wszystko staje się łatwe, przyjemne i strawliwe.
  11. Nie warto pływać wokół jachtu podczas postoju – wszystko co wypłynie z łazienek jest w pobliżu!
  12. Dokładne sprawdzenie pieniędzy otrzymanych w kantorze jest ważne! Dostałam 5 hrywien zamiast 5 euro, ale zorientowałam się dopiero w Grecji… Dobrze, że “pomyłka” nie dotyczyła 50 euro!
  13. Gdy otwierasz lodówkę, zawsze trzymaj uchwyt jedną ręką, w przeciwnym razie pokrywa spadnie i obije Ci drugą rękę. Sama sprawdzałam!
  14. Zawsze sprawdź(cie) na początku, czy wszystkie zbiorniki, światła i inne funkcje jachtu są w doskonałej kondycji, żeby zminimalizować przykre przygody i ewentualne przepychanki przy oddawaniu łodzi.
  15. Pamiętaj o jednej parze zabudowanych butów. Mogą się przydać, gdy rozwalisz sobie palec albo chcesz się bezpiecznie wspiąć na górę!

 

Przygód nie brakowało, oj nie i zabudowane buciwo się przydało!

 

To chyba wszystko w temacie podstawowego przetrwania na jachcie i niezbędnego ekwipunku. Jakby Cię coś jeszcze gnębiło, wal śmiało!

 

Będzie więcej!

 

 

* Co ciekawe frappé* powstało właśnie w Grecji, kiedy jeden pracownik Nestlé z braku laku ukręcił kawę rozpuszczalną z duuużą pianką na zimnej wodzie!

 

PSsst. Do miejsca ze zdjęcia wyróżniającego nie dotrzesz inaczej niż jachtem/katamaranem etc. To urokliwe maleństwo leży gdzieś na środku morza!

O kocie, który spał w kuwecie

Jestem mała i

przestraszona

miałuję co minutę lub pięć łudząc

się, że mama

albo siostra mnie

usłyszą.

Chcę uciec stąd lecz

wcale nie tak do końca

ale

się boję olbrzymich twych oczu.

Piasek, żwirek jest wygodny

tam się złożę na noc pierwszą w tym

dużym obcym domu

 

TAK

 

Jest u mnie maleństwo. Ma nowy dom, tymczasowy dom i jest dzika.

Powoli się oswajamy. Co ciekawe, w swoim towarzystwie musi mieć dokładnie OBA olbrzymy, bo inaczej przeraźliwie miałuje. Czasem brzmi to jak tęsknota, innym razem jak wykrzyczana wściekłość: “kto mnie zabrał od mamy!”, “gdzie jest mama!?”, “nie chcę tu być!”, ale kotek się oswaja.

 

Ciekawe co powie następnym razem…

Alexander McQueen i te mroczne miejsca

Sukces czy porażka?

 

Jakiś czas temu obejrzałam film biograficzny “McQueen”, opowiadający drogę projektanta mody od trudnych finansowo początków (geniusz i talent przejawiał od zawsze) po spektakularny sukces i życie zakończone nieszczęśliwie, bo samobójstwem. Poza swoją marką “Alexander McQueen”, projektant tworzył kolekcje dla Givenchy czy Gucci, ale nie o tym będzie mowa… Nawet spektakularny sukces w swojej branży nie gwarantuje szczęścia, jak okazało się na jego przykładzie, a branża na pewno ma znaczenie. Moda, kino, teatr, muzyka to trudne “działki” – trzeba dać z siebie wiele, żeby coś osiągnąć. Trzeba się dosłownie obnażyć emocjonalnie i wewnętrznie, co wyczerpuje. Przecież silne emocje wyczerpują tak samo jak demaskowanie swojego wnętrza ku uciesze publiki. Czasem trzeba “się sprzedać”, żeby dojść na szczyt. Powiem Wam, jak to zrobić, jak już będę “po”. Wracając jednak do tematu… kiedy publika robi się gigantyczna, napięcie wzrasta i nigdzie nie można znaleźć spokoju. To musi być ciężkie i obezwładniające, zwłaszcza, gdy w pakiecie nosi się nieciekawe rany z dzieciństwa, a jakoś brakuje sposobu, żeby je zaleczyć.

Czy życie artysty naznaczone międzynarodowym sukcesem, zapisane na kartach historii można uznać za udane, za sukces? Nawet wtedy, gdy zakończyło się z woli głównego zainteresowanego, samobójstwem? To zależy od ambicji i aspiracji. Czuję, że mnie by takie burzliwe życie zadowoliło dużo bardziej niż spokojny żywot bez wzlotów i upadków. Nawet, gdyby było bardzo dramatycznie (lecz z umiarem). Kto wie, co przyszłość przyniesie i co sobie sama “ugotuję”? Ale… niezależnie od wszystkiego nie chcę żeby pożerał mnie…

 

…mrok 

 

Mimo całego swojego magnetyzmu, mrok jest ciężki do zniesienia. Męczy i przytłacza. Jeśli w nas siedzi, prędzej czy później znajdzie ujście…

 

Nie mamy pojęcia jak bardzo żarł od środka Lee McQueena. Można jedynie przypuszczać, patrząc na kontrowersyjne projekty i kolekcje Brytyjczyka – wykonane naprędce z taśmy klejącej albo innego “niegodnego uwagi” materiału lub z odpowiednim przygotowaniem i nabożnością z najlepszych surowców dla uznanych domów mody (ale i tak na ostatnią chwilę). Kicz? Czemu nie. Jego pomysły były piękne, przejmujące i niebywale charakterystyczne. Brzydkie? Kwestia gustu. Z jednej strony wychwalały kobiety, innym razem koncentrowały się na poniżeniu. Skrajności. Lee zdecydowanie był po stronie kobiet, nie przeciwko, choć media lansowały inną wizję. Media to zawsze pokażą jedyny słuszny obrazek dla mas. No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nieważne jak mówią, ważne, żeby mówili! Zadziałało, bo właśnie od kontrowersji wszystko się u McQueena zaczęło.

 

Lee w swoją pracę wkładał siebie. To była dla niego forma terapii. Tworzył bardzo autentycznie. Okropne doświadczenia z dzieciństwa? Stworzyły nieszczęśliwego geniusza. Chwała złu za to. Żart, nieśmieszny, wiem, ale McQueen to tylko jeden z wielu przypadków… Prawda jest taka, że mrok siedzi chyba w sercach wszystkich artystów (i nie tylko). Nikt nie jest “nieskażony”, czy to dzięki innym, czy na własne życzenie. Na chwilę obecną śmiem twierdzić, że to MROK jest najlepszą pożywką dla sztuki, a przynajmniej najlepszą pożywką dla tej naprawdę przejmującej twórczości.

 

Co z nim dalej zrobić?

 

Co ja w ogóle przez to rozumiem? Czym jest ten cały MROK, te mroczne miejsca?

 

To wszystkie negatywne uczucia, które w nas siedzą. To odczuwanie nieszczęścia, cierpienie różnego rodzaju, wewnętrzna pustka, zagubienie, samotność, złe wspomnienia, strach czy niepokój. Wszystkie te okropne, przytrafiające się nam w różnych okolicznościach smutki. Pytanie: spychać na peryferie świadomości, żeby zakwitły dorodnie? A może twórczo wyganiać? Pozbywać się i czerpiąc z tych smętnych wpływów, wyrzucać z siebie ciężkie treści, siejąc je dalej? Czy to moralnie dobre tak truć kolejne osoby? Ciężko ocenić. Zakładam, że rozum każdy posiada i świadomie wybierze kto i co będzie kształtowało jego poglądy i (pod)świadomość. Gorzej z tymi, co trafią przypadkiem i nie będą mieli jak się obronić… jakieś dzieci i tak dalej. No cóż.

 

Czyli lepiej jednak ciągnąć w stronę światła? Tak byłoby idealnie, tylko czy istnieje rzeczywistość idealna?

 

Nie w tym wymiarze.

 

 

PSSst. Niezły czaszko-rower, co nie? Jestem przekonana, że sam McQueen by takim nie pogardził!

PSsst 2. Ja dobrze wiem, jak czerpać z tego ciemnego, obiecuję sobie, że spróbuję i z jasnego!

Woda TYLKO dla sportowców

 

 

Czy wiecie, że jest na rynku woda tylko dla sportowców?

 

O czym mowa? Specjalny skład? Niezwykłe właściwości? Sprawdź poniżej!

 

 

 

Ognista

Widzisz to? Widzisz?

 

Sceptyk spoziera na wskazane przez Ognistą miejsce – rząd plastikowych butelek średniego rozmiaru.

 

 Sceptyk

Co masz na myśli?

Ognista

Woda! Sport! Fitness! Tylko dla aktywnych!

Sceptyk

No widzę… to tylko „etykiety” przypięte dla potrzeb marketingowych…

Ognista

Bzdura! Prawda gówno!

Sceptyk

Co cię tak wznieca?

Ognista

WSZYSTKO! Dlaczego każda woda większa niż 0,5 litra i mniejsza niż 1 litr, to woda „dla sportowców”? Dla aktywnych?
To oznacza, że jeśli ktoś nie uprawia sportu, nie powinien jej w ogóle kupować? Czy zwykły człowiek nie może mieć ochoty i potrzeby,
żeby wypić właśnie 0,7 litra wody zamiast połówki, która starcza na trzy łyki?

Sceptyk

Hahaha! Ale się nakręciłaś! Po co to wszystko? To zwykła woda. Czemu szukasz dziury w całym?

Ognista

Wkurzają mnie te… takie małe, głupie, dziwne sugestie. Takie mikro-programowanie. To wkładanie kupy do mózgu,
wciskanie ludziom do głowy bezsensownych przekonań.

Sceptyk

Za sprawą etykietowania butelek?

Ognista

Tak właśnie! Ludzie to widzą, kodują. Przecież wiesz jak działa reklama i marketing. Czasem bardzo skutecznie.

Sceptyk

Ale to coś złego, że ta ciut większa woda ma „pro-sportową” nazwę?

Ognista

Tak! Niepotrzebne szufladkowanie. Załóżmy, że się nie ruszam i mam zamiar to manifestować. Nie lubię ruchu, ale pasuje mi tylko pojemność 0,7 litra.
Każdy rzut oka na butelkę z etykietką „sport” i „fitness” mnie rani. Rani do głębi! I wkurza!

Sceptyk

To sobie wódkę od razu kup, będzie lżej. I uważaj, bo zaraz zapłoniesz!

Ognista

Wódka to byłoby chyba jedyne wyjście… No nie, on też mnie nie rozumie. Znikąd pomocy!

 

Zauważyliście?

 

W sklepach mamy wodę 0,5 – 1,5 litra i nie licząc Muszynianki 600 ml, wszystkie wody 500 ml + i poniżej litra są klasyfikowane jako sportowe. Dla sportowców, może od razu dla biegaczy? Bo lżej niż litr, a więcej niż pół. Kto to wymyślił? Dlaczego akurat TA pojemność otrzymała taką kategorię? Co więcej, po co w ogóle powstała taka kategoria? Jakie znaczenie z marketingowego punktu widzenia ma ta etykietka? Jakoś do tego nie dotarłam. Mam próżnię, gdy szukam powodów, a sprawa mnie uwiera.

Uwiera, bo lubię znać sens, powód czegoś – przyczynę danej sytuacji lub decyzji, powód dla którego miałabym coś robić w ten sposób czy w inny i w ogóle powód dlaczego coś robić. Skąd się to bierze albo tamto? Kiedy nie znam odpowiedzi, będę zadawać pytania lub co najmniej kwestionować sens. Tak już mam, to się nie zmieni. Nie widzę powodu, by butelki wody o pojemności 700 ml miały zyskiwać przywilej sportowości, więc dalej w głębi i na powierzchni będę się tego czepiać.

 

„Kup sobie maść na ból dupy” powiecie, a ja na to: „no właśnie nie, już taką mam, ale w tym przypadku jakoś nie działa!”

 

 

A jakby tak…?

 

Kwestia pojemności wody niezmiennie mnie zastanawia… Temat odpływa i zapominam o nim, aż tu nagle przypływa nieproszony zwłaszcza wtedy, gdy stoję przed półką sklepową, zastanawiając się, jaki rozmiar wody kupić. Może 0,5 litra powinno być nazywane „bezkacówka” albo coś w tym stylu? Bo wypijesz pół litra i nic złego się nie dzieje. Określenie na butelki litrowe mogłoby brzmieć „podlejesz mną także swoje kwiatki”, „sport plus” albo „poidełko”. Co z 1,5 litra? „Wielka liga”, „kacover”, „na każdą wyprawę”. Jakaś nazwa na 700 ml? Może „między wódką a zakąską”? Tym pięknym akcentem podsumujmy powyższe dywagacje.

 

Wiem, wiem, zahaczyłam o problemy pierwszego świata, o niezwykłą, niecierpiącą zwłoki i milczenia kwestię. Bo czemu nie zwrócić na to uwagi? Jestem przekonana, że na tej ziemi żyją ludzie, którzy rozważają równie kluczowe kwestie. Na 99,8% nie jestem jedyna!

 

I pamiętaj… woda tylko dla sportowców jest tylko dla sportowców.

 

Jeśli nie jesteś jednym z nich, trzymaj się z dala od tej 700 ml! I nie myśl, ze jak zaczniesz ją pić, to nagle dołączysz do tej grupy!

 

 

Pssst. Audycja nie zawiera lokowania produktu. Akurat taką butlę miałam na podorędziu. Miś też nie jest jakoś szczególnie zadowolony.

Kokosowo-cytrynowe Pianki

 

Czas na nową kategorię, nowe miejsce w Labiryntowym Uniwersum

 

 

Dlaczego?

 

Pod publiczkę?

 

Może chociaż na jedzenie złapię ludzi, ha!

 

 

W rzeczywistości nie do końca o to chodzi…

 

Na co dzień jem dziwne rzeczy, bo tak życzy sobie moje ciało (to, czego sobie nie życzy, też jem, ale ciiiiii!). To sprzyja nowym pomysłom i szalonym przepisom. Co chwilę wymyślam kolejne kompozycje. Dlaczego nie podzielić się tym ze światem, przy okazji tworząc sobie małe kulinarne archiwum? Dane w moim przenośnym Labiryncie są ulotne. Zapisane nie zginą (chyba).

 

Przede wszystkim, nie lubię “niezdrowego” jedzenia, więc jeśli uwielbiasz pożerać naręcza tłustych kiełbas, koryta frytek i ociekających lukrem donutów, a McDonald’s to Twój drugi dom, nie znajdziesz tu miejsca dla siebie, sorry. Taki styl żywienia dosłownie by mnie zabił, więc podążam inną drogą. Poza tym… czemu miałabym karmić maszynę, która ma doskonale działać, byle czym? Racjonalnie rzecz biorąc, to nie ma sensu (szkoda, że nie zawsze myślę racjonalnie!)

 

Poranek zaczynam od surowych żółtek, tak, tak! 3-5 żółtych kuleczek dobrze wymieszanych z łyżeczką miodu i mieszanką przypraw, m.in. cynamonu (reszta tajna) i mogę ruszać na trening! Nie trudno się domyślić, że takie śniadanie generuje niezliczone ilości bezpańskiego białka kurzego, które oczywiście można wyrzucić albo zagospodarować w smaczny sposób. Ja cały czas pracuję nad nowymi pomysłami.

 

Sprawdzasz?

Kokosowo-cytrynowe Pianki
Czy to się już gdzieś kiedyś nie pojawiło? Dotrzymuję słowa i proponuję…

 

Kokosowo-cytrynowe Pianki

 

Jak wszystko co najlepsze powstały z potrzeby – w tym przypadku z potrzeby niemarnacji!

 

To alicjowa propozycja na śniadanie, deser lub przekąskę!

 

Składniki ciasta (proporcje bliżej nieznane):

białka kurze – 5-10 lub ile fabryka dała

mąka kokosowa – na wyczucie

nierafinowany olej kokosowy – łyżeczka + do smażenia

starta skórka z cytryny

sok z połowy cytryny

sól himalajska – szczypta (do ubicia białek)

miód – łyżka+ (zależy jak słodko lubisz)

ciepła woda

 

Opcjonalnie:

cynamon, wanilia (czy inne przyprawy, których zapragniesz!)

żurawina, rodzynki i tak dalej (co Ci przyjdzie do głowy)

 

Dodatki:

banany, maliny, truskawki, borówki amerykańskie, orzechy włoskie (lub inne), masło orzechowe (lub dokładnie to, na co masz ochotę!)

 

 

Jak to ukręcić?

 

Jak ja to robię? Ano mikserem. Wlewam białka do miski lub garnka i ubijam ze szczyptą soli himalajskiej aż będą się trzymać w przysłowiowej kupie. Dosypuję mąkę kokosową, kontynuując miksowanie i kontrolując poziom gęstości powstałego ciasta “na oko”. Nie może być zbyt płynne – tak, żeby nie dało się z niego nic uformować ani zbyt gęste, bo wyjdzie ciężko i… ciężko. W międzyczasie rozpuszczam łyżkę (lub ciut więcej) miodu i pół łyżeczki oleju kokosowego w kilku łyżkach ciepłej wody. Do miski/garnka z ciastem ścieram na tarce o tych najbardziej sadystycznych, “zbrojonych” oczkach skórkę ze sparzonej (lub nie) cytryny. Kwestia gustu czy chcemy ją sparzyć, czy zwyczajnie umyć. Każda opcja zadziała. Wyciskam połowę cytryny i wlewam sok oraz miodowo-kokosową miksturę do ciasta. Miksuję całość ostatecznie. Tak naprawdę wszystko robię na przysłowiowe “oko”, aż nie zauważę, że konsystencja jest odpowiednio zwarta. Cyk i ciasto gotowe!

 

Proporcje są orientacyjne w tym przepisie, więc musisz samodzielnie ocenić sytuację (nie mówiłam, że będzie łatwo).

 

Możesz dodać to, na co masz ochotę – rodzynki, żurawinę, kardamon, orzechy, morwę białą… czegokolwiek dusza zapragnie. Ja póki co tworzę takie “plain” placuszki, bez dodatków na poziomie ciasta. Żeby produkcji stało się zadość, trzeba uformować niewielkie placki na patelni z rozgrzanym olejem (kokosowym). Ja używam nierafinowanego, bo kocham smak i zapach kokosa. Wszystko co rafinowane, brzmi jak zaraza. Nie sądzisz? Obracanie pianek podczas smażenia jest nieco problematyczne. Mąka kokosowa nie ma glutenu, więc nic nie uelastycznia ciasta. Mogą wychodzić połamane, bo ciasto jest kruche z natury. Prawdopodobnie wkrótce ulepszę przepis, dodając niewielką ilość innej mąki albo składnika X.

 

Jako dodatki stosuję głównie banany, masło orzechowe, maliny, borówki amerykańskie i miód – lub dokładnie to, na co akurat jest sezon.

 

Piankoprzepis jest prosty i szybki w wykonaniu, a efekty pyszne i bardzo pożywne. Pianki mają niezwykle przyjemną konsystencję i słyszałam, że przypominają małe serniczki, mimo że nie mają ani grama sera! Zabijają głód na długi czas, także ten słodyczowy!

 

Tak się właśnie prezentują te smakoty! Kokosowo-cytrynowe Pianki są piankowo cudowne jak Pianka!
Tak się właśnie prezentują te smakoty! Kokosowo-cytrynowe Pianki są piankowo cudowne jak Pianka!

Trójkąt mocy

Trójkat jest super, prawda?

 

… zwłaszcza Trójkąt Mocy

 

Zastanawiałeś się kiedyś, jaki kształt jest najdoskonalszy na świecie?

 

Koło?

Kwadrat?

A może trójkąt równoboczny?

3 x 60°. CUDO

 

Japończycy postrzegają liczby nieparzyste jako szczęśliwe i harmonijne. Nieparzystość to asymetria. Asymetria ociera się o doskonałość! Trzy robi większe wrażenie niż cztery. Lepiej wygląda, lepiej się układa. Trójkąt równoboczny ma trzy kąty i dobrze się prezentuje. Dużo lepiej niż taki kwadrat, no ale nieważne. Zapamiętaj tylko, że asymetria i nieparzystość to doskonałe formy istnienia nie tylko w Japonii, ale wszędzie. Wystarczy się rozejrzeć (no, nie mówię tu o ludziach, ha ha). Zboczyliśmy trochę z dróżki… Wróćmy więc.

 

Czasem w świecie pojawiają się trójkąty ważniejsze od innych…

 

Zainspirowana pewnym szkoleniem (ho ho) wpadłam na trójkątną koncepcję na temat życia.

 

Wchodzisz?

 

Injury Triangle

 

Na pewno nigdy się nie zastanawiałeś, co jest potrzebne, żeby doszło do wypadku, prawda?

Ja też nie rozkminiam takich rzeczy na co dzień, ba, nawet na “nie co dzień” tego nie robię, bo po cóż koncentrować się na negatywie? Moim zdaniem to bez sensu, ale jak temat się już pojawił, podejmę…

Podobno żeby doszło do wypadku, potrzebne są trzy składowe:

  1. uczestnicy (osoby)
  2. przedmioty (+miejsca)
  3. energia

Układa się to wszystko w taki ładny trójkąt. O, patrz! My Lord, ależ ja pięknie rysuję, aż się sama wzruszyłam…

 

Zinterpretuj to pięknie dzieło sztuki współczesnej! Mogłoby robić za pouczający wzór na koszulkę?

 

W każdym razie… bez ludków, którzy mogą być uszkodzeni, obiektów, które mogą powodować uszkodzenie oraz energii, która bierze udział w wypadku, nie dojdzie do obrażeń i zniszczenia. Więc mamy trójkąt. Inna forma się tu nie wpasuje (tak przynajmniej mówi szkolenie). Tak sobie słuchałam o tych wszystkich obrażeniach i nieszczęściach, i moje myśli jak zwykle zboczyły… całkowicie.

 

 

Pomyślałam: co by to było, gdyby w powietrzu latały takie niewidzialne trójkąty “nieszczęścia”?

 

 

Wyobraź sobie…

 

Chodzisz niewinnie po ziemi, nikomu nie szkodząc, aż tu nagle nadlatuje nad Ciebie taki trójkąt i bum, ciach! Cięcie nożem, zderzenie z rowerzystą, upadek ze schodów, wywrotka na nartach. Z niczym tego nie wiążesz, ot, mały peszek, a w rzeczywistości “siła wyższa” serwuje Ci taką zabawę. Trójkąt nadleciał i nic nie możesz zrobić. Ała!

 

Idąc dalej, gdy wiele takich trójkątów nadfrunie nad grupę osób na raz – bum, wypadek autobusu, wykolejenie pociągu, samolot spadający wprost do wody. Nadmiernie stężenie trójkątów w czasie i przestrzeni to przypadek? Niekoniecznie! Tu pojawia się miejsce na teorię o przyciąganiu zdarzeń i osób do swojego życia. Przypadkowa ludzka zbiorowość w tym samym momencie przypadkowo obawia się, że zdarzy się wypadek? Ciaps! Zdarza się. Spodziewasz się crapu? Crap dostaniesz. Podobno tak to działa. U mnie wszystko się mniej więcej sprawdza, więc muszę uważać na myśli! A Ty? Przyciągasz siłą umysłu, czy nie masz takiej supermocy?

 

Wracając jednak do tej trójkątnej koncepcji – co by to było, gdyby świat faktycznie funkcjonował w ten sposób?

A co jeśli funkcjonuje! Przecież tego nie sprawdzisz i nie udowodnisz, no nie? Komu się uda, ten geniusz!

 

Skąd takie pomysły w mojej głowie? No właśnie ciężko stwierdzić. Czasem myśli zbaczają w dziwne kierunki, tworząc alternatywne odnogi. Innym razem panuje pustka, jak ostatnio. Zbieramy się jednak do kupy i szykujemy znaczny upgrade. More to come!

 

PSSst. NIE myśl za dużo o trójkątach, bo jeszcze nadlecą!

PSstt 2. Wystarczająco trójkątna ta lokacja ze zdjęcia głównego?

Życioskładanka

Życioskładanka to takie unikalne puzzelki. To wszelkie elementy tworzące konfigurację mniej lub bardziej skuteczną. Zależnie od jednostki do wygrania gry potrzebne są różne puzzle. Czasami nie da się wygrać i ponosi się porażkę, ale ważne, żeby choć kilka elementów udało się dopasować. W przeciwnym razie życie przeradza się w mozolną grę przynoszącą jedynie frustrację. Prawda?

 

Mamy więc różne scenariusze.

 

Czego potrzeba do wygrania gry w każdym z nich?

 

 

Życioskładanka w pigułce

 

Życioskładanka jest obecnie dogłębnie analizowana przez Specjalistów ds. Upiornej Rozrywki Labiryntu Cudowności. Na podstawie obserwacji 3 141 592 653 mieszkańców Ziemi, Specjaliści doszli do pewnych niepodważalnych wniosków i scharakteryzowali kilka życioskładankowych scenariuszy. O dziwo jeden z nich cieszy się największą popularnością. Dlaczego? Tego nie wiemy. Zarówno moi Specjaliści, jak i ja sama jesteśmy po prostu bez-nadziej-nie bezradni w próbach rozwikłania tej tajemnicy. Czyżby większość ludzi dało się wrzucić do jednego wora? A może w rzeczywistości mamy aż ponad 7 miliardów rozwiązań? Nieee, to niemożliwe. Sądzę, że większość ludzi bazuje na jednym. Zgadniesz którym?

 

Specjaliści ds. Upiornej Rozrywki Labiryntu Cudowności postanowili podzielić się paroma wyselekcjonowanymi scenariuszami gry. Dalsza analiza ludności powinna przynieść nowe, ekscytujące rozwiązania. W końcu zanalizowano mniej niż połowę populacji!

 

Jesteś gotowy?

 

Spójrz na te nazwy i nie miej tego za złe moim Specjalistom!

 

I Nudny Standard

  1. Rodzina
  2. Dobra praca
  3. Względny dobrobyt (dom + zwierzątko domowe obowiązkowe)
  4. Zdrowie
  5. Rodzinne wakacje raz (lub więcej) w roku
  6. Udany rozwój dzieci
  7. Wnuki

Cel: stabilizacja i bezpieczeństwo

 

II Ekstremalna Rozgrywka

  1. Mocne wrażenia
  2. Bogactwo (i przepych)
  3. Dobra zabawa
  4. Nutka niebezpieczeństwa zwana ryzykiem
  5. Brak odpowiedzialności
  6. Atrakcyjne towarzystwo (bo jak szaleć to tylko z takim)
  7. Kontrola nad sytuacją

Cel: przygody, wolność i brak zobowiązań

 

III Wiele Dobra

  1. Pomoc innym
  2. Dobre i miłe towarzystwo o podobnym podejściu do życia
  3. Pomocny zawód (lekarz, policjant, pielęgniarka, strażak, ratownik i tak dalej…)
  4. Ktoś, kim można się opiekować (wysokie prawdopodobieństwo założenia rodziny)
  5. Fundusze, którymi można się dzielić
  6. Wspieranie rozwoju innych (praca jako nauczyciel, trener i tak dalej)
  7. Pragnienie zgłębiania pomocnej innym specjalizacji (fizjoterapia, weterynaria, medycyna – chińska i nie tylko)

Cel: uczynienie Ziemi lepszym miejscem

 

IV Artystyczny Szał

  1. Niepohamowane tworzenie (moda, aktorstwo, muzyka, pisarstwo, sztuki wizualne)
  2. Uznanie w oczach odbiorców + przyjemne grono fanów (artystyczne ego musi być głaskane)
  3. Czysty zysk ze sztuki
  4. Brak ograniczeń
  5. Inspirujące towarzystwo
  6. Opcjonalnie: podróże jako źródło inspiracji
  7. Eksplorowanie nowych możliwości twórczych

Cel: spełnienie poprzez tworzenie nowej rzeczywistości, sławę i wpływy

 

V Cały Świat w Objęciach

  1. Podróże ponad wszystko
  2. Dobre towarzystwo (do eksploracji nowych miejsc)
  3. Niezależność finansowa (pozwalająca na liczne wyprawy)
  4. Zwiedzenie wszystkich kontynentów
  5. Międzynarodowi przyjaciele
  6. Poznawanie zaginionych lądów
  7. Dobra baza wypadowa (czyli miejsce, gdzie można wracać – nie dotyczy wszystkich!)

Cel: obywatel świata

 

Warto zauważyć, że elementy poszczególnych scenariuszy mogą się mieszać do woli. Strach przyznać, ale prawdopodobnie dopiero taki mix ma coś wspólnego z rzeczywistymi życioskładankami. Przecież nic w praktyce nie działa podręcznikowo. Wszelkie odstępstwa od normy to… norma.

 

Specjaliści ds. Upiornej Rozrywki Labiryntu Cudowności zanalizowali jedynie pięć scenariuszy gry, ale to pewne, że jest ich duuużo więcej. Dalsze badania trwają. Jeśli masz w zanadrzu jakiś “scenariusz”, zainspiruj mnie! Na pewno dam znać tym moim specjalistom!

 

 

A Ty jak sądzisz? Które składowe są na Twojej liście? Jaki chcesz stworzyć scenariusz?

Myślisz, że idziesz dobrą drogą, czy może należałoby przerzucić któryś punkt z innej rozgrywki?

 

 

WRÓĆ

 

Do Początku proszę!

Słowotok (albo Tokosłow) o statusie z aktorską refleksją w tle

Aktorstwo i inne rozterki

 

To jeszcze nie jest oficjalnie rozpuszczone, te plotki, że w wolnym czasie lubię się bawić w aktorstwo… To znaczy właśnie wszystko się uoficjalniło… Taka prawda. Lubię sobie poudawać, pobawić się i podramatyzować, a aktorstwo to świetna okazja do realizacji tych aspiracji.

 

To naprawdę super sprawa, lekarstwo na życie. Można być kimś innym, z kimś innym, gdzie indziej, ale nie jest to łatwe. Piękny lek na nudę… to recepta na codzienność, wyczerpujący w skutkach dreszczyk emocji, kiedy trzeba dać z siebie wiele. Gra to ryzyko. Nie ma wyjścia, aktor musi trochę zatracić siebie i równocześnie trochę się pokazać. Nieraz bardziej niż by tego chciał. W którym miejscu gra jest wciąż grą, a kiedy wkrada się prawda? Co wtedy? Na ile widz może się zorientować, że gra przestała być grą? Sądzę, że jest to niemożliwe, o ile nie zna się aktora prywatnie. Jak można się z tym zdradzić?

 

Gra

 

To całe aktorstwo wcale nie jest łatwe. Mimo że to dobra zabawa, można pogubić się po drodze i stracić orient kim i gdzie się było, zanim wszystko się pokręciło. Na ile stajemy się graną postacią, a na ile ona staje się nami i przejmuje dowodzenie? Prawdopodobnie niejeden Heath Ledger przeżywał te rozterki. Ja jeszcze ich nie doświadczam, zbyt lekko się tym wszystkim bawię. Sądzę, że to aktorskie zatracenie może być bardzo niebezpieczne. Czy to nie ekscytujące? Fajnie byłoby zrobić “save” sprawdzić, na ile groźne (dla psychiki) jest wchodzenie w kolejne role całym sobą i w razie potrzeby wrócić do zapisanego momentu.

 

Tak w ogóle to ze wszystkim mogłoby tak być, no nie?

 

Gram w “grę”, próbuję czegoś, co może bardzo zaszkodzić, więc robię “save” i nie muszę się martwić. Zawsze mogę wrócić i naprawić to, co się nie udało albo pójść inną ścieżką. Niestety życie to nie Simsy. Nie ma łatwych rozwiązań bez konsekwencji i nikt nie ukradnie nam drabinki z basenu, żeby nas utopić, ale nie o tym miało być, prawda?

 

Wracając do grania, ale tego scenicznego… Trzeba się naprawdę postarać, żeby robić to dobrze. Są różne sztuczki. Będzie o nich wiele w Labiryncie. Jest jedna podstawa – porzucenie “rozumu”. Nic się nie uda, o ile nie zrezygnujemy z racjonalizmu. W TEJ grze trzeba totalnie dać się ponieść emocjom (nie to co w życiu, ha!). Pewien nauczyciel improwizacji powiedział, że wiarygodne aktorstwo wymaga uwolnienia kreatywnej bestii, która w nas siedzi. Efekty mogą być, delikatnie ujmując, niepokojące. Spieszę z wyjaśnieniem, jeszcze tam nie byłam! Co poza bestią jest ważne? Odrzucenie świadomości, że ktoś nas ogląda (i ocenia), zapomnienie o ludziach poza sceną. Myślenie o publice blokuje. Także do kosza z tymi wszystkimi ludkami i jazda! Swoją drogą powoli nadciąga moment, kiedy będę musiała publicznie udowodnić, na ile jestem w stanie odrzucić to wszystko, co przeszkadza w wiarygodności i pozbyć się (nie)zbędnych oporów. Zobaczymy co z tego wyjdzie!

 

Dlaczego nie mogę dojść do sedna sprawy? Dygresje o aktorzeniu przejęły kontrolę nad tym postem. Tak to już bywa w Labiryncie – żyje swoim życiem, ale dość! Koniec tej rozkminy! Czas na…

 

Pro-tip z nutką “statusu” w tle

 

Już uprzedzam – nie skończyłam żadnej super szkoły aktorskiej ani epickiego kursu rocznego, semestralnego czy jakiegoś takiego i póki co nie planuję takiej przygody, ale próbuję w różnych miejscach i wiem, że na granie są różne inne sposoby niż “jedyna słuszna” wyuczona metoda (jak na wszystko). Gotowi na kolejnego pro-tipa ze świata niekończącego się oszustwa?

 

 

Status

 

Czym jest status?

 

Nie mówię tu o tym z fejsbunia albo innych mediów społecznościowych. No pomyśl troszkę, jakie inne statusy nas otaczają? Taki najprostszy, podstawowy to…

 

…”pozycja” w hierarchii, w społeczeństwie, czy gdzie tam chcesz. Każdy ma jakąś pozycję. Zróbmy sobie przykład:

 

Jestem Tadeusz, jestem managerem w dużej firmie. Mam pod sobą ze 100 osób czy coś. Przyzwoicie zarabiam, więc czuję się nieprzyzwoicie zadowolony z siebie i swojej pozycji w ludzkim stadzie… Taki samiec alfa ze mnie.

 

Ale…

 

Tomek: Na imprezach zawsze mocno się upija, opowiada słabe żarty, wygłupia się i nieudolnie podrywa wszystkie wolne (i zajęte) dziewczyny z firmy/knajpy.

Andrzej: Z Tadkiem znam się już dwadzieścia lat, od liceum. Zawsze był typem podrywacza, ale coś mu mocno nie wychodzi. Kobiety patrzą na niego pobłażliwie, z politowaniem i nawet cała ta kasa nie pomaga. No ale przynajmniej ma najnowsze BMW, a ja tylko Opla.

Sabina (jedna z wielu niepoderwanych): Tadeusz nie ma pojęcia o tym, jak powinno się rozmawiać z kobietami. W ględzeniu nie zna umiaru. Straszny z niego egocentryk. Nie można się dopchać do głosu… Na nic cała ta kasa i niezgorszy wygląd – one relacji nie stworzą.

Dawid: Słabiak z niego. Gdybym był kobietą i taki typiarz odważyłby się podejść albo uciekłbym gdzie pieprz rośnie, albo uderzył. Powinien uczyć się od najlepszych i poobserwować mnie w akcji. Może wtedy i on miałby szansę?

Marta: Nudziarz jakich mało. Za nic w świecie nie spotkałabym się z nim drugi raz, mimo że auto fajne… Żarty ma bardzo słabe.

Szef Tadeusza: Bardzo ambitny facet, pnie się coraz wyżej, nie bacząc na okoliczności. Zaraz i mnie “wy-pnie”. Czy to jakaś forma rekompensaty?

Matka: Tadzik to wspaniały chłopak. Tyle osiągnął, dba o siebie. Nie zginie. Tylko gdzie ta piękna jedyna? Czekam na wnuczęta.

 

Nawet jeśli nam się to nie podoba, status, który mamy w społeczeństwie, jest nadawany przez otoczenie, a nie przez nas. Możemy myśleć jedno, a ludzie będą widzieć co innego. Co z tego, że Tadeusz ma się za fajnego faceta, jeśli ludzie sądzą inaczej? Może odnosi sukces w pewnych kwestiach, ale w innych ponosi porażkę, a reputacja ciągnie się za nim jak… dobrze wiecie co. I tak w grupie pięciu osób, każda może przydzielić Tadeuszowi inną cyferkę. On sobie myśli “jestem jedynką, jestem świetny”, a tu bach, sam koniec kolejki. Na co dzień swój status mamy w głowie – zależny od okoliczności i nastroju. Trzeba jednak pamiętać, że zdanie innych bardzo się liczy. No niestety… Na szczęście możemy trochę wymuszać status swoją postawą i działaniami – i to jest super!

 

Status to nie tylko to, jaką mamy pozycję w stadzie, ale też to, jak my sami postrzegamy siebie. Zależnie od tego, gdzie się umiejscowimy na “drabince” w danej sytuacji, tak będziemy się zachowywać. Przetestowałam, m.in. na scenie. Tak prawdziwe, że aż straszne. Kiedy jestem gdzieś i czuję, że “rządzę”, zachowuję się inaczej niż wtedy, kiedy ustawiam się na pozycjach nr 2 lub 3. Tak naprawdę, to lubię być tylko nr 1, czyli panować nad sytuacją i stadem. Kiedy jest inaczej, mocno się irytuję, ale nie powiem, co wtedy robię (poza przeklinaniem). Tajemnica! Ciekawostka: ubiór, wygląd mają bardzo duży wpływ na osobisty “status”, przynajmniej w moim przypadku. Jakie odzienie, taki nastrój i energia. Czasem przymilny kotek, innym razem dziewczę z liceum albo władcza bestia i tak dalej… A jak Twój wygląd i styl wpływają na Twoje zachowanie i na “status”?

 

No i jaki status u kobiet ma Pan Tadeusz?

 

Niski, dlatego może się spodziewać co najwyżej słabego traktowania, chyba że trafi na kogoś o innym spojrzeniu na świat…

 

Status jako stworzenie sceniczne 

 

Jak to wszystko ma się do grania? Jak w życiu, tak w grze. Zasady są te same, tylko aktorzymy podobno “na niby”. Wyobraźmy sobie tę samą scenę między czterema różnymi osobami:

 

Malutka impreza urodzinowa, dwóch facetów i dwie dziewczyny. Solenizant T jest wyraźnie zainteresowany dziewczyną A, a o dziewczynie B nie ma zdania. Mężczyzna D myśli z niechęcią o dziewczynie A, natomiast interesuje się mężczyzną T. Dziewczyna A postrzega dziewczynę B jako zagrożenie. Obie są zafascynowane mężczyzną D.

 

Trochę mi szkoda tych dziewczyn…

 

Wszystkie “wewnętrzne spostrzeżenia” mają mocne odzwierciedlenie w zachowaniach uczestników sceny. Można to świetnie zagrać, w trakcie nawet zmieniając postrzeganie partnerów scenicznych. Różnice będą kolosalne. Poza tym każda z osób A, B, D i T może myśleć co innego o sobie nawzajem w alternatywnych wersjach sceny, co daje nam wiele możliwych scenariuszów. Ale co z tego, że ja Wam to tu wykładam, jak wyobrażenie sobie sytuacji może być trudne? A może nie? Wierzę w Was – przecież bezwyobraźniowe osobniki nie miałyby szans na przetrwanie w Labiryncie… Tak czy siak, najlepiej byłoby to zobaczyć! Może kiedyś cuś nakręcę dla celów edukacyjnych? A może mam napisać kilka historyjek obrazujących sytuację?

 

Na scenie możemy postrzegać “współgraczy” jako ważniejszych lub mniej ważnych od nas, jako interesujących, niebezpiecznych, nudnych, atrakcyjnych, irytujących i tak dalej. Możemy ignorować. To daje duże pole do popisu i miliony możliwości. Dzięki tej statusowej sztuczce możemy bardzo mocno zamieszać, nawet w tej samej scenie. I ja, jak to ja – zachęcam do testowania skrajnego nastawienia do ludzi w życiu codziennym (żeby uchronić się przed nudą). Dla bezpieczeństwa radzę poinformować, że są obiektem eksperymentu.

 

PSSst. Tak naprawdę to nie róbcie tego w domu!